Bóg stwarza Świat ex nihilo


DLACZEGO ISTNIEJE
RACZEJ COŚ NIŻ NIC?

OSTATECZNE WYJAŚNIENIA WSZECHŚWIATA



Zbigniew Modrzejewski


www.zbigniew-modrzejewski.webs.com/parmenides_index.html




SPIS TREŚCI


  1. WSTĘP

  2. DLACZEGO ISTNIEJE RACZEJ COŚ NIŻ NIC?

  3. WIELKI WYBUCH, CZYLI NIEOSOBOWY BÓG-STWORZYCIEL MATERIALISTÓW NAUKOWYCH

  4. BRAK ONTOLOGICZNEJ ALTERNATYWY

  5. KOSMOLOGIA DOGMATYCZNA

  6. DLACZEGO ISTNIEJE RACZEJ BÓG-STWORZYCIEL NIŻ NIC?

  7. NOWA FIZYKA I KOSMOLOGIA PRZYSZŁOŚCI

  8. NIETEISTYCZNY MISTYCYZM BUDDYZMU

  9. BRAK DOWODU NA NIEISTNIENIE BOGA

  10. NIEDOSKONALI PÓŁBOGOWIE NIESTWORZYCIELE

  11. PODSUMOWANIE

  12. PRZYPISY







M o t t o


Słowo Bóg jest dla mnie niczym więcej niż wyrazem i wytworem ludzkiej słabości, a Biblia zbiorem dostojnych ale jednak prymitywnych legend, które są ponadto dość dziecinne. Żadna interpretacja, niezależnie od tego jak subtelna, nie może dla mnie tego zmienić.

– Albert Einstein, 3 stycznia 1954 r. (w liście do filozofa Erika Gutkinda)


Jeśli chodzi o mój światopogląd, a także moją praktykę życiową, uważam buddyzm za najbardziej pożyteczną religię. W swojej modlitwie mówię: Niechaj wszystkie istoty osiągną stan Buddhy poprzez buddyzm. Z praktycznego punktu widzenia zdaję sobie natomiast sprawę, tak jak Buddha i jego kontynuatorzy, że istnieją różne predyspozycje umysłowe, wymagające odmiennych punktów widzenia. To jasno pokazuje, dlaczego jest tak wiele teorii w obrębie jednej tylko religii. Daje to również pogląd na religie nie buddyjskie; tłumaczy, dlaczego nie powinniśmy nawracać ani propagować myśli buddyjskiej wśród tych, którzy nie zrozumieją jej sensu. W samej społeczności buddyjskiej istnieją cztery szkoły filozoficzne: madhjamaka, cittamatra, sautrantika i waibhaszika. Madhjamaka jest filozofią samego Buddhy, zatem uważamy, że jest najwłaściwsza. Jednak Buddha nie powiedział swoim uczniom, że akurat ta szkoła filozoficzna jest najlepsza. Powiedział jedynie, że madhjamaka jest bardzo dobra. Dlatego też zdajemy sobie sprawę, że trzeba respektować punkty widzenia ludzi spoza kręgu buddyjskiego i być ich świadomym. Buddyzm nie jest dla nich zrozumiały, natomiast inne religie, religie chrześcijańskiego Boga, są dla takich ludzi użyteczne, są efektywne. Podejście buddyjskie ich nie zmieni. Tak jak pacjentów nie interesuje, który lek jest najdroższy. Interesuje ich, który lek jest najbardziej odpowiedni dla konkretnego przypadku, w konkretnych okolicznościach. Wszak celem jest wyleczenie choroby, a nie zwiększenie sprzedaży leku. Nie przepiszemy wszystkim tego samego specyfiku. Dlatego nie mogę powiedzieć, z praktycznego punktu widzenia, czy buddyzm jest najlepszą religią; trzeba to osądzić, biorąc pod uwagę przede wszystkim okoliczności, sytuację życiową każdego człowieka.”

– Jego Świątobliwość Tenzin Gjatso, XIV-sty Dalaj Lama Tybetu






  1. WSTĘP
  2. Poniższy tekst jest próbą poszukiwania alternatywnych odpowiedzi na, być może, najciekawsze pytanie: Dlaczego istnieje raczej coś niż nic?

    William Blake's etching-watercolour - Ancient of Days. British Museum, London W rozdziale drugim zapoznamy się z genezą tego doniosłego pytania oraz poznamy jedną z perspektyw na to zagadnienie autorstwa ks. prof. Michała Hellera. Czy to aby nie Bóg-stworzyciel jest tą pierwszą przyczyną, z powodu której istnieje raczej nasz Wszechświat niż nic? Czy Bóg-stworzyciel jest bytem koniecznym? W rozdziale trzecim zapytamy o to, kto, lub co, stworzyło Wszechświat? Czy był to Wielki Wybuch, czy raczej Bóg-stworzyciel? A może to właśnie Bóg-stworzyciel spowodował Wielki Wybuch? Zapoznamy się też z kosmologiczną krytyką modelu Wielkiego Wybuchu i naszkicujemy alternatywne modele kosmologiczne. W rozdziale czwartym zastanowimy się, czy aby Parmenides przypadkowo nie udzielił już odpowiedzi na pytanie Leibniza ; czy ontologiczny Byt ma swoją alternatywę ; czy teologia uznaje zasadę sprzeczności i co z tego wynika dla odpowiedzi na pytanie Leibniza. W rozdziale piątym przyjrzymy się kosmologicznym preferencjom ks. prof. Michała Hellera i zestawimy je z alternatywnymi modelami kosmologicznymi w kontekście pytania Leibniza. W rozdziale szóstym zadamy pytanie: Dlaczego istnieje raczej Bóg-stworzyciel niż nic? Jeżeli istnienie Boga-stworzyciela miało by wyjaśniać istnienie naszego Wszechświata, to naturalnie z analogicznych powodów wypadało by zapytać dlaczego istnieje Bóg-stworzyciel. Trudno odpowiedzieć na pytanie o przyczyny istnienia naszego Wszechświata, a o ile trudniej na pytanie o przyczyny istnienia Boga-stworzyciela. O ile istnienie naszego Wszechświata jest dla nas bezpośrednim, namacalnym faktem, o tyle przypuszczalne istnienie Boga-stworzyciela może być w najlepszym przypadku tylko aksjomatem roboczej hipotezy lub dogmatem teologii. Dlaczego istnieje raczej Bóg-stworzyciel niż nic, skoro najprościej było by, gdyby nie istniało nic? A może Bóg-stworzyciel jednak nie istnieje? Czy możemy wykluczyć taką możliwość? Dokonamy też krytycznej analizy ortodoksyjnego panenteizmu chrześcijańskiego, jaki proponuje nam w kontekście pytania Leibniza ks. prof. Heller.

    W rozdziale siódmym przyjrzymy się powodom konieczności rozszerzenia obowiązującego naukowego paradygmatu, w którym „być może musi zostać miejsce na mistycyzm”, jak proponuje Lee Smolin, nazwany przez magazyn „Discover” nowym Einsteinem. W rozdziale ósmym rozważymy potencjalne zastosowanie mistycyzmu buddyjskiego, jako naukowej metody empirycznej, w celu rozszerzenia obowiązującego naukowego paradygmatu, by w rezultacie uzyskać nową perspektywę na pytanie Leibniza.

    Czy to aby nie Bóg-stworzyciel jest tą pierwszą przyczyną, z powodu której istnieje raczej nasz Wszechświat niż nic? Czy Bóg-stworzyciel jest bytem koniecznym? W rozdziale dziewiątym zastanowimy się, czy brak dowodu na nie istnienie Boga jest argumentem wspierającym hipotezę o jego istnieniu. Rozważymy przesłanki u podstaw hipotezy istnienia Boga-stworzyciela. Niektóre z tych przesłanek, jak opisy ze świętych ksiąg, to zbyt mało. Zastrzeżenia wobec wiarygodności opisów ze świętych ksiąg sformułował filozof David Hume w swoim dziele „Badania dotyczące rozumu ludzkiego”, które wstrząsnęło podstawami filozofii jego czasów. Jego zastrzeżenia nie straciły nic na swojej aktualności. W rozdziale dziesiątym dowiemy się, co święte księgi wszystkich religii mają nam do powiedzenia na temat Boga. Każda religia, w przeszłości i obecnie, ma swoje święte księgi. Każda z tych ksiąg inaczej opisuje Boga i historię stworzenia świata. Czy któraś z tych wszystkich świętych ksiąg jest może bardziej święta niż inne? Jak mamy to odróżnić, która księga jest obiektywnie święta, a która nie? Co miało by o tym decydować? A w rozdziale jedenastym dokonamy podsumowania.


  3. DLACZEGO ISTNIEJE RACZEJ COŚ NIŻ NIC?
  4. Dlaczego istnieje raczej coś niż nic?” To słynne pytanie postawił Gottfried Wilhelm Leibniz(1646-1716) w swojej rozprawie „On the Ultimate Origination of Things”. Filozof Leszek Kołakowski(1927-2009) w swojej książce O co nas pytają wielcy filozofowie” tak napisał o Leibnizu:

    Portret Leibniza pędzla Bernharda Christopha Franckego, Brunszwik, Herzog Anton Ulrich-MuseumMówi się o Leibnizu - nie pamiętam, kto pierwszy to powiedział - że był ostatnim człowiekiem w Europie, który wiedział wszystko. Rzeczywiście, wchłonął całą kulturę duchową swojego wieku i we wszystkich dziedzinach, jakie sobie przyswoił, był twórczy: matematyka i fizyka, filozofia i teologia, logika i jurysprudencja, nauki historyczne i geologia, wszystko było w jego zasięgu. Czegokolwiek się jął ten umysł genialny, wszystko wzbogacał. Rychło już taka wszechwiedza nie była możliwa, różne odnogi kultury rosły zbyt spiesznie. [...]Trzeba nieustannie pamiętać o dwóch naczelnych prawidłach naszego myślenia, twierdził Leibniz. Jedno z nich, nie budzące na ogół sprzeciwu, to zasada sprzeczności, czyli reguła, wedle której to, co sprzeczność zawiera lub do sprzeczności prowadzi, musi być fałszywe. Druga reguła nie jest, jak się wydaje, czysto logiczna, lecz metafizyczna. Jest to zasada racji dostatecznej. [...]Leibniz stawia sławne pytanie: dlaczego istnieje coś, zamiast by raczej nic nie istniało, zaważywszy, że nic jest łatwiejsze niż coś? gdy uznamy, że jest to pytanie sensowne ( czemu niektórzy filozofowie przeczą ), odpowiedź jest jedna: tylko Bóg jest taką przyczyną. Skoro zaś dla Leibniza zasada racji dostatecznej jest wymogiem logiki, wydawałoby się, że istnienie Boga jest prawdą logiczną.


    Na słynne pytanie Leibniza często powołuje się ks. prof. Michał Heller, laureat prestiżowej nagrody Templetona, przyznawanej corocznie za działania związane z pokonywaniem barier pomiędzy nauką i religią. W swojej książce „Podglądanie Wszechświata”, ks. prof. Heller zaprasza nas do tego, aby odważnie podążać drogami ludzi myślących:

    Jedną z cech Myślących jest to, że myślą dogłębnie, nigdy nie zatrzymując się w pół drogi. Nie wystarczy im dociekanie, jak zbudowany jest świat, jak dla pożytku swojego i innych wykorzystać prawa przyrody, jakie skarby kultury nagromadzi. Stawiają pytania sięgające jeszcze dalej: skąd się wziąłem i dokąd zmierzam, jakie jest moje miejsce we Wszechświecie, jaki jest cel mojej życiowej wędrówki? Na pierwszą grupę tych pytań - o budowę świata, o prawa przyrody, o ludzką historię i kulturę - odpowiadają nauki przyrodnicze i humanistyczne, na drugą - o ludzkie miejsce we Wszechświecie, o sens i cel ludzkiego życia - filozofia i religia. Bez współpracy pytań naukowych, filozoficznych i religijnych nie można myśleć dogłębnie. Stawiając tylko pytania naukowe i poszukując na nie odpowiedzi, zatrzymujemy się w pół drogi, nie pytamy o to, co dla naszego życia najważniejsze. Nie pytamy o to, dzięki czemu nasze istnienie możemy wygrać lub przegrać, a więc nie myślimy dogłębnie. Gdy z kolei stawiamy tylko pytania religijne, stroniąc od tego, co może dać nam nauka, narażamy się na wypełnianie religią dziur w naszej wiedzy, a to łatwo prowadzi do spłycenia naszej religijności, a nawet ośmieszania religii w oczach innych. To prawda, że między pytaniami nauki i pytaniami religii niekiedy istnieje napięcie, a czasem nawet dochodzi do konfliktów, ale jest też prawdą, że oba rodzaje pytań - naukowe i religijne - uzupełniają się wzajemnie. Poszukując dogłębnego zrozumienia rzeczywistości, nie można pominąć ani pytań naukowych, ani pytań religijnych. Nauka i religia wspierają się wzajemnie w tym poszukiwaniu. Religia bez nauki często przeradza się w zaślepienie i fanatyzm. Nauka bez religii daje obraz ostry, ale niepełny i fragmentaryczny. Aby podjąć próbę zrozumienia świata, musimy odważnie podążać drogami ludzi myślących. Te drogi różnią się od wszystkich innych, są trochę samotne i bardziej pną się pod górę, ale są też znacznie ciekawsze i pewniej prowadzą do celu. Człowiek myślący musi zawsze kroczyć własną ścieżką, którą przeciera po to, by stać się przewodnikiem ludzkości.”

    Trudno nie zgodzić się z ks. prof. Hellerem - między pytaniami nauki i religii niekiedy istnieje napięcie, a czasem nawet dochodzi do konfliktów, jednak by podjąć próbę zrozumienia świata, musimy odważnie podążać drogami ludzi myślących. Człowiek myślący musi zawsze kroczyć własną ścieżką. Filozofia i wszechświat. Wybór pism” to pierwsze wydanie zebranych pism filozoficznych ks. prof. Michała Hellera. Autor zagłębia się w poszukiwanie odpowiedzi, między innymi na takie pytania, jak: co łączy fizykę i metafizykę?; co to są prawa przyrody?; jaka jest natura czasu i przestrzeni?; dlaczego istnieje raczej coś niż nic? Tak pisze o słynnym pytaniu Leibniza:

    [...]słynne pytanie Leibniza: Dlaczego istnieje raczej coś niż nic? Już w samym sformułowaniu tego pytania mieści się ważna treść metafizyczna. Trudno lepiej wyrazić metafizyczne zdziwienie istnieniem Wszechświata z równoczesnym podkreśleniem tego, że w samym Wszechświecie nie da się znaleźć usprawiedliwienia tego, że on istnieje. Co więcej, pytanie to jest pozbawione wszelkich skojarzeń czasowych i ma wyraźny aspekt globalny. W pytaniu Leibniza jest mowa tylko o istnieniu Wszechświata, a nie o istnieniu Boga.

    Czy to aby nie Bóg-stworzyciel jest tą pierwszą przyczyną, z powodu której istnieje raczej nasz Wszechświat niż nic? Czy Bóg-stworzyciel jest bytem koniecznym? Czy w samym Wszechświecie rzeczywiście nie da się znaleźć usprawiedliwienia tego, że istnieje? Jeżeli w pytaniu Leibniza rzeczywiście jest mowa tylko o istnieniu Wszechświata, a nie o istnieniu Boga, to, być może, należałoby je uogólnić i odnieść do istnienia Boga-stworzyciela, aby wyrazić nasze metafizyczne zdziwienie istnieniem Boga z równoczesnym podkreśleniem, że w samym Bogu nie da się znaleźć usprawiedliwienia tego, że istnieje. Dlaczego istnieje raczej Bóg-stworzyciel niż nic, skoro najprościej było by, gdyby nie istniało nic?


  5. WIELKI WYBUCH, CZYLI NIEOSOBOWY BÓG-STWORZYCIEL MATERIALISTÓW NAUKOWYCH
  6. Oto jest pytanie. Kto, lub co, stworzyło Wszechświat? Czy był to Wielki Wybuch, czy raczej Bóg-stworzyciel? A może to właśnie Bóg-stworzyciel spowodował Wielki Wybuch ex nihilo?

    Profesor Kenneth G. Denbigh w swojej książce „Świat i czas”, tak przedstawia rozwój nowoczesnej kosmologii w zarysie: „Wstępne założenia są zawsze obecne u korzeni nauki. Emil Meyerson wyraził to tak: Metafizyka przenika cała naukę z tej bardzo prostej przyczyny, że zawiera się w jej punkcie wyjścia. Dlatego wiele z naszych "wierzeń" naukowych nie budzi większych zastrzeżeń; jednym z nich jest pojęcie porządku naturalnego, jako czegoś biernego i bezwładnego. Idea, że świat jest niezdolny do tworzenia samego siebie i musi mieć twórcę — mogła śmiało mieć swój początek w teologicznej doktrynie transcendentnego bóstwa. W każdym razie dawała ona z pewnością bardzo pomocne oparcie szybko rozwijającej się XVII-sto i XVIII-stowiecznej nauce, zwłaszca, gdy przyjęto, że twórca nie interweniował już więcej w swoje dzieło. Można było bowiem założyć, że nieożywiona część Wszechświata podąża deterministycznie swoją drogą, zgodnie ze stałymi "prawami" ułożonymi na początku. Taki światopogląd jest ograniczony ideą, że w początkowym momencie zerowym miało miejsce stworzenie [Big-Bang lub Bóg]. I rzeczywiście, jak to już widzieliśmy, cały ciężar wyjaśnienia nieodwracalnego rozwoju czasowego bywa umieszczany przez ogólnie przyjmowane teorie kosmologiczne w takim właśnie warunku brzegowym — warunku, który ma naturę cudu. [...] Aby wyłożyć sprawę prosto i jasno, sądzę, że większość przyjmowanych obecnie w kosmologii teorii zakłada milcząco, iż świat znajdował się w momencie Wielkiego Wybuchu w jakimś osobliwym stanie "nakręcenia" i że wszystko w jego późniejszym rozwoju wynikało z niesłychanych zasobów nieprawdopodobieństwa — możliwości wzrostu entropii i ekspansji [inflacji], zachodzących z niewyjaśnionego powodu bycia "nakręconym". Oznacza to odrzucenie rozumu i przywołanie cudu.

    No właśnie! Wielki Wybuch wcale nie wydaje się być mniej cudowny, niż jego główny konkurent, czyli Bóg-stworzyciel, gdyż obaj potrafią zrobić coś z niczego! Wielki Wybuch, to taki nieosobowy Bóg-stworzyciel, w którego wierzą materialiści naukowi.



    Mogło by się wydawać, że koronnym astronomicznym dowodem zaistnienia Wielkiego Wybuchu są obserwacje ucieczki galaktyk i związane z tym przesunięcie ku czerwieni. Jednak sam Edwin Hubble, odkrywca przesunięcia ku czerwieni, nie wykluczył i takiej możliwości, że przesunięcie to może być rezultatem czegoś innego niż Wielkiego Wybuchu. Jego wątpliwości podzielali również Albert Einstein, Aleksander Friedmann, matematyk, fizyk i kosmolog, profesor uniwersytetu w Permie oraz George Gamow, fizyk jądrowy i kosmolog.

    Angielski kosmolog W. B. Bonnor tak obrazowo ujął proces kosmicznej inflacji rozszerzającego się Wszechświata: wolimy myśleć o przestrzeni kosmicznej, jako rozszerzającej się i niosącej ze sobą galaktyki niczym wiatr, nie zaś o mgławicach oddalających się od siebie w biernej i obojętnej przestrzeni. (Rival theories of Cosmology, Oxford University Press, 1960).

    Halton Arp jest zawodowym astronomem. Wcześniej był asystentem Edwina Hubble'a. Pracował w obserwatorium Mount Palomar w Kalifornii. Obecnie prowadzi badania astronomiczne w Max Planck Institute, w Niemczech. Halton Arp, zwany Galileuszem XX wieku, przedstawił dowody na to, że Wszechświat się nie rozszerza. Arp zaobserwował dużą liczbę kosmicznych obiektów wykazujących przesunięcia ku czerwieni niezgodne z prawem Hubble'a. Badania te wskazują jego zdaniem, że przesunięcie ku czerwieni mogą być wynikiem innego zjawiska niż efekt Dopplera (zobacz: Halton Arp — Wszechświat się nie rozszerza. Anomalie w przesunięciu ku czerwieni ). Według Arpa, wiele współczesnych koncepcji kosmologicznych, takich, jak zakrzywiona czasoprzestrzeń, jest w istocie próbą skompensowania zniekształceń wynikających z pomiarów Wszechświata przy użyciu metody opartej na błędnej interpretacji przesunięcia ku czerwieni. Halton Arp ujmuje to następująco: „Geometria przestrzeni Wszechświata jest płaska i euklidesowa. Koniec z zaprzeczającym logice zakrzywieniem przestrzeni, tak trudnym do wyobrażenia, nie mówiąc już o zakrzywionym czasie! Koniec z hipotetycznymi osobliwościami i czarnymi dziurami, w których załamują się prawa fizyki. Koniec z Wszechświatem, który w 90% składa się z niewykrywalnej empirycznie "ciemnej" materii i energii.” Halton Arp uważa, że Wielki Wybuch nigdy się nie wydarzył, a Wszechświat jest wieczny.

    Kolejną wątpliwą kwestią jest interpretowanie ucieczki galaktyk, jako rezultatu rozszerzającej się, w wyniku Wielkiego Wybuchu, czasoprzestrzeni. Z tego, że możliwe przez nas do zaobserwowania galaktyki mogą się poruszać akurat w taki sposób, że oddalają się od siebie, nie wynika jeszcze, że to czasoprzestrzeń musi koniecznie się "rozszerzać"! Obserwowane są bowiem również kolizje galaktyk. Ale czym niby miałaby być czasoprzestrzeń, aby mogła się rozszerzać? Czy czasoprzestrzeń zbudowana jest może z niewidzialnej, "ciemnej" gumy? Kosmologia Wielkiego Wybuchu jest oparta na teorii względności Einsteina. Jeżeli koncepcja obiektywnej, substancjalnej, fizycznej czasoprzestrzeni Einsteina nie opisuje rzeczywistości taką, jaka ona jest naprawdę, to hipoteza Wielkiego Wybuchu zostaje automatycznie pozbawiona swoich podstaw. Teoria względności została obalona już wiele razy, co oficjalna nauka wygodnie przemilcza. Ostatnio dokonał tego w unikalny sposób prof. Janusz Drożdżyński z Uniwersytetu Wrocławskiego w swojej pracy „Evidence for an Invalidity of the Principle of Relativity”. Albert Einstein po prostu stworzył pewną teorię naukową. Nikt nie może go za to winić. To jedno. Natomiast z drugiej strony jego teoria jest do tej pory wykorzystywana w nienaukowy, irracjonalny sposób do prowadzenia ideologicznej walki w celu obrony starej doktryny naukowego materializmu, starego paradygmatu, który obecnie stał się przeszkodą na drodze postępu nauki. Przykładów tego istnieje, niestety, zbyt wiele i nie trzeba ich daleko szukać. Dobrym tego przykładem jest przypadek wspomnianego właśnie powyżej prof. Janusza Drożdżyńskiego.

    Nie wolno nam zapominać, że na gruncie teorii kosmologicznych Wielki Wybuch nie jest jedyną hipotetyczną przyczyną potrafiącą wytłumaczyć ucieczkę galaktyk. Ucieczka galaktyk może równie dobrze odbywać się z innych powodów niż Wielki Wybuch (zobacz: PhysOrg.com, Rati Ram Sharma, Eric J. Lerner oraz Paul Marmet i Grote Reber ). Znamiennym jest, że takie empirycznie potwierdzone przez obserwacje astronomiczne fakty, jak przesunięcie ku czerwieni i mikrofalowe promieniowanie tła, przytaczane zwykle na poparcie hipotezy Wielkiego Wybuchu, mogą i są równie dobrze przytaczane na poparcie alternatywnych teorii kosmogenezy. Takie sytuacje są na tyle powszechne, że problem ten szczegółowo opracował amerykański filozof analityczny Willard Van Orman Quine(1908-2000). Fakty nabierają swojego znaczenia dopiero w procesie ich interpretacji w kontekście danej teorii i jej aksjomatów. Dlatego przesunięcie ku czerwieni i mikrofalowe promieniowanie tła pasują nie tylko do scenariusza Wielkiego Wybuchu, ale są również kompatybilne z innymi modelami kosmologicznymi. Przesunięcie ku czerwieni i mikrofalowe promieniowanie tła same w sobie nie stanowią ostatecznego dowodu na prawdziwość ani hipotezy Wielkiego Wybuchu ani żadnej innej teorii kosmologicznej.

    Już w 1976 na sympozjum Międzynarodowej Unii Astronomicznej w Paryżu, grupa wybitnych kosmologów przedstawiła 21 argumentów przeciwko interpretowaniu przesunięcia ku czerwieni, jako dowodu na zaistnienie Wielkiego Wybuchu. Laureat nagrody Nobla z Fizyki z roku 1970, profesor Hannes Alfven, nie wahał się publicznie twierdzić, że: „hipoteza Wielkiego Wybuchu jest tylko wspaniałym mitem”.

    A może Wielkiego Wybuchu nigdy nie było? Tak twierdzi m.in. grupa naukowców z Focus Fusion Society. Udokumentował to jeden z jej członków, Eric J. Lerner, w swojej książce zatytułowanej Wielki Wybuch nigdy się nie wydarzył”.

    Wszechświat bez Wielkiego Wybuchu: „Wun-Yi Shun z Thing Hua University na Tajwanie zaproponował nowe modele kosmologiczne, które mogą lepiej wyjaśniać budowę wszechświata niż teoria Wielkiego Wybuchu. Modele Shuna pozwalają objaśnić np. problem coraz szybszego rozszerzania się wszechświata i to bez konieczności odwoływania się do takich stałych jak np. ciemna energia. Shu postanowił spojrzeć w zupełnie nowy sposób na takie pojęcia jak czas, przestrzeń masa i długość. W zaproponowanym przezeń modelu czas i przestrzeń mogą zmieniać się jedno w drugie, a czynnikiem zmiany może być różna prędkość światła. Do podobnych przemian dochodzi pomiędzy masą a długością, a czynnikiem zmiany jest tutaj zmieniająca się "stała" grawitacji oraz zmieniająca się prędkość światła. Innymi słowy Shu proponuje by uznać, że w miarę jak wszechświat się rozszerza, czas zmienia się w przestrzeń, a masa w odległość. Gdy wszechświat się kurczy, zachodzą odwrotne przemiany. Model Shu zakłada przede wszystkim, że: 1) prędkość światła i stała grawitacji nie są stałe, a ulegają zmianom w miarę ewolucji wszechświata, 2) czas nie ma początku, ani końca, 3) wszechświat ma kształt hipersfery, a więc nie występuje w nim problem horyzontu i problem płaskości związane z teorią Wielkiego Wybuchu, 4) tempo rozszerzania się wszechświata czasami przyspiesza, a czasami zwalnia. Shu przetestował swój model wykorzystując do tego celu najnowsze obserwacje dotyczące supernowej typu 1a. Ujawniają one, że rozszerzanie się wszechświata przyspiesza. Model Shu pasuje do tych obserwacji. Tymczasem teoria Wielkiego Wybuchu nie pasuje, co skłoniło naukowców do szukania wyjaśnień w istnieniu ciemnej energii. Moja praca przedstawia nowy model teoretyczny opisujący, w jaki sposób oddziałują na siebie geometria czasoprzestrzeni oraz dystrybucja masy i energii - mówi Shu. Rozwiązuje ona współczesne problemy kosmologiczne, takie jak wielki wybuch, ciemna energia i problem płaskości - dodaje.” [1]


    Jacob Barnett ma współczynnik IQ na poziomie 170. To więcej, niż tuza światowej nauki, za jaką zawsze uważany był Albert Einsten. Barnett przyszedł na świat w 1998 r. w Indianapolis, USA. Szybko okazało się, że prawdziwą pasją chłopca jest matematyka i kosmologia. Władze jego uczelni zastanawiają się, czy jest sens, by chłopak dalej realizował się jako student. Nastolatek miałby zostać zatrudniony na uczelni jako naukowiec. „Powiedzieliśmy mu, że po tym semestrze nastąpi koniec pracy z książkami. On jest tu po to, by zdziałać coś na polu naukowym” – opowiada rozentuzjazmowany profesor John Ross z Indiana University, Indianapolis. Jacob Barnett stwierdził niedawno, że jest w stanie udowodnić, że teoria względności Alberta Einsteina jest błędna. Profesor Scott Tremaine z Institute for Advanced Study at Princeton przyznał ostatnio, że Jacob Barnett zamierza też wkrótce zająć się prezentacją argumentów, które pokażą mylność niektórych założeń w teorii Wielkiego Wybuchu [2].

    Hipoteza Wielkiego Wybuchu budziła kontrowersje od momentu swojego powstania. W niekończącym się procesie prób jej empirycznej weryfikacji pojawiło się więcej nowych problemów niż tych, które udało się przy jej pomocy do tej pory rozwiązać. Hipoteza Wielkiego Wybuchu przeżywa obecnie swój największy kryzys, gdyż nie potrafi w satysfakcjonujący sposób wyjaśnić najnowszych obserwacji astronomicznych. Właśnie z tego powodu zaistniała konieczność spekulatywnego postulowania istnienia czysto hipotetycznej ciemnej energii i ciemnej materii ( Dwarf galaxies suggest dark matter theory may be wrong).

    To właśnie m.in. z powodu tych spekulatywnych postulatów dotyczących rzekomego istnienia czysto hipotetycznej ciemnej energii i ciemnej materii w 2004 roku grupa światowej sławy naukowców i niezależnych badaczy wystosowała List Otwarty na łamach prestiżowego czasopisma New Scientist” w sprawie zasadniczej rewizji hipotezy Wielkiego Wybuchu, apelując o rozpoczęcie badań empirycznych nad alternatywnymi teoriami kosmogenezy. List Otwarty - CosmologyStatement.org - został do tej pory podpisany przez około 500 naukowców i badaczy z całego świata, w tym przez polskiego astronoma profesora Konrada Rudnickiego. Liczba ta wciąż rośnie.

    W 2010 brytyjscy astrofizycy stwierdzili, że formuła obliczeniowa użyta w Modelu Standardowym może zawierać fatalny błąd. Z tego wynikałoby, że ciemna energia i ciemna materia nie istnieją [3].

    Jeżeli nie Wielki Wybuch, to co? Nieskończony Wszechświat!

    W 1584 Giordano Bruno przedstawił koncepcję Wszechświata na wskroś nieskończonego, który został w ten sposób pozbawiony potrzeby posiadania swojego centrum oraz swojego początku. Bruno twierdził, że nasze Słońce jest jedną z nieskończenie wielu gwiazd wypełniających ten nieskończony Wszechświat, a nasza Ziemia jest jedną z nieskończenie wielu podobnych sobie, zamieszkanych planet. Wniosek, jaki Bruno wyprowadził ze swojej koncepcji Wszechświata nieskończonego był na owe czasy szokujący: Wszechświat nigdy nie mógł zostać stworzony, gdyż istniał zawsze. Nie może też on zostać unicestwiony i będzie istniał wiecznie. Otwarcie głosząc te nowatorskie poglądy w Rzymie i w Europie, Bruno śmiertelnie naraził się Watykanowi. Inkwizycja uznała go za heretyka, za co został skazany na karę śmierci przez publiczne spalenie na stosie w 1600 roku, o czym tak przejmująco napisał Czesław Miłosz w swoim pięknym wierszu Campo di Fiori.

    Model wiecznego Wszechświata nieograniczonego w czasie nie implikuje, że taki Wszechświat musiałby być koniecznie Wszechświatem "stacjonarnym", takim, jak np. ten opisany przez model kosmologiczny, który opracowali Fred Hoyle, Thomas Gold, Hermann Bondi w swojej Teorii stanu stacjonarnego. Teoria stanu stacjonarnego została bowiem zastąpiona w 1993 przez teorię stanu quasi-stacjonarnego Quasi-steady state cosmology (QSS) rozwijaną przez Freda Hoyle'a, Burbidge'a i Narlikara. Model Wszechświata wiecznego, nieograniczonego w czasie, można rozumieć raczej w sensie modelu cyklicznego, jako nieskończony szereg oscylacji kurczenia się i rozszerzania, co wyklucza potrzebę zaistnienia Wielkiego Wybuchu, jako absolutnego prapoczątku, praprzyczyny wszechrzeczy. To właśnie faza rozszerzania sprawia wrażenie, jak gdyby koniecznie musiała być rezultatem Wielkiego Wybuchu. Być może to, co zachodzi w czasie przejścia z fazy kurczenia w fazę rozszerzania, z braku lepszego określenia, można by właśnie określić terminem „wielkiego wybuchu”. Ale taki „wybuch” nie jest wtedy ani pierwszym wybuchem, ani ostatnim, ani przyczyną istnienia naszego Wszechświata.

    Nieskończony Wszechświat! Nieskończony Wszechświat - Poza teorię Wielkiego Wybuchu” to książka, której autorami są Paul J. Steinhardt, profesor na wydziale fizyki i astrofizyki Uniwersytetu w Princeton, jeden z twórców cyklicznej i inflacyjnej teorii Wszechświata, wybitny kosmolog oraz Neil Turok, kierownik Katedry Fizyki Matematycznej w oddziale Matematyki Stosowanej i Fizyki Teoretycznej w Cambridge University, uznany specjalista w zakresie podstawowych fizycznych teorii kosmosu. Prace naukowe obu autorów dotyczące wczesnych etapów ewolucji Wszechświata są wysoko oceniane przez środowisko kosmologów i fizyków. Steinhardt i Turok opisują nowy cykliczny model wiecznego Wszechświata, zbudowany w oparciu o najnowsze konstrukcje teoretyczne teorii strun. Autorzy krytycznie odnoszą się do poprzednich modeli kosmologicznych, a szczególnie do powszechnie zaakceptowanego modelu Wielkiego Wybuchu. "Najbardziej niezwykły jest fakt, że ta nowa teoria wiecznego Wszechświata jest zdolna wytłumaczyć wszystkie dane obserwacyjne z taką samą dokładnością jak zmodyfikowana teoria Wielkiego Wybuchu, a ponadto może wyjaśnić te aspekty Wszechświata, których Wielki Wybuch wyjaśnić nie potrafi" - podkreślają Steinhardt i Turok. Zdaniem autorów, Wszechświat wciąż pozostaje dla ludzkości zagadką. "W ciągu wieków ludzkiej historii pojawiło się wiele teorii o Wszechświecie. Jednak to ostatnie czterdzieści lat było pod tym względem wyjątkowe. Teoria gorącego Wielkiego Wybuchu jako jedyna zdominowała dyskurs naukowy i publiczny, a nawet stała się stałym punktem szkolnego programu nauczania" - zauważają. Przypominają, że jej podstawowe założenie, że Wszechświat powstał 14 miliardów lat temu z bardzo gęstego i gorącego stanu oraz od tego czasu stale się rozszerza i ochładza, zostało zdecydowanie potwierdzone w wielu niezależnych pomiarach. Jednak, według nich, niemal wszystkie inne założenia tej teorii muszą zostać zmodyfikowane. "Każda ze składowych teorii - ciemna materia, inflacja, ciemna energia - zostały dodane i niezależnie dopasowane do pomiarów, a wszystkie te dopasowania zdecydowanie zmieniły naszą koncepcję historii Wszechświata. Pomimo to obraz tej historii pozostaje dalej niekompletny" - podkreślają naukowcy. Przyjęto, że Wielki Wybuch jest początkiem czasu i przestrzeni, ale ich zdaniem, nauka nie ma żadnego pomysłu na wyjaśnienie dlaczego on nastąpił. "Nie ma także solidnej hipotezy dotyczącej przyszłości Wszechświata. Większość kosmologów nie uważa tych wad za niepokojące" - piszą autorzy we wstępie do książki. "Każdy taki cykl rozpoczyna się wybuchem, nie będącym jednak początkiem czasu i przestrzeni. Ma za to swoją przeszłość i przyszłość, które mogą być opisane prawami fizyki. Każdy z cykli wpływa na następujący po nim" - mówią autorzy. Dodają także, że możliwe jest, że czas i przestrzeń powstały wiele cykli temu, ale jest także możliwe, że są one dosłownie wieczne. Naukowcy zaznaczają, że ich koncepcja wiecznego Wszechświata jest w początkowym stadium rozwoju. Ale, jak podkreślają, zagadnienia, które niesie nowa teoria mogą tak silnie wpłynąć na sposób, w jaki postrzegamy wszechświat i nasze w nim miejsce, że zasługują na upowszechnienie.


    Michio Kaku jest profesorem fizyki teoretycznej na City University w Nowym Jorku. Jest współtwórcą teorii strun i autorem bestsellera Hiperprzestrzeń”. Jak twierdzi, często spotyka się z pytaniem: Co wydarzyło się przed Wielkim Wybuchem? Oto co ma on na ten ciekawy temat do powiedzenia:

    Jednak prawie zawsze ktoś z publiczności zadawał mi następne niewinnie brzmiące pytanie: Ale co się wydarzyło przed Wielkim Wybuchem, panie profesorze? W tym momencie zauważałem zwykle nieznaczny uśmieszek satysfakcji pojawiający się na twarzach niektórych osób na sali, przekonanych, że zapędzili wykładowcę w kozi róg. Wiedziałem, że oczekiwali, iż rozłożę ręce i ze wzrokiem utkwionym w sufit westchnę filozoficznie: My, naukowcy, po prostu nie wiemy. Nie mamy o tym pojęcia. Jest to jedna z wielkich nie wyjaśnionych tajemnic natury. Możliwe, że nigdy się nie dowiemy. Zobaczyłem wiele zaskoczonych twarzy, gdy odpowiedziałem: Cieszę się, że pan o to zapytał, ponieważ jest to temat dzisiejszego wykładu. Zajmiemy się dzisiaj właśnie tym, co prawdopodobnie wydarzyło się przed narodzinami Wszechświata. Analizowaniem tego problemu zarabiam na życie. Moich słuchaczy zbija z tropu stwierdzenie, że fizyka Wszechświata przed Wielkim Wybuchem stała się jedną z najmodniejszych dziedzin badań w przodujących laboratoriach na całym świecie. Narodzinom nowej nauki, zwanej kosmologią kwantową, których świadkami właśnie jesteśmy, towarzyszy wyczuwalna atmosfera podniecenia. Chociaż nie ma jeszcze doświadczalnych dowodów przemawiających za poprawnością kosmologii kwantowej, teoria ta ma tak nieodparty urok, że znalazła się w centrum intensywnych badań naukowych. Już teraz zmusiła nas, niemal wbrew naszej woli, abyśmy stawili czoło niezwykłym możliwościom istnienia wszechświatów równoległych, tuneli czasoprzestrzennych i dziesiątego wymiaru. Tematyka ta pociąga wielu fizyków, idących w ślad za takimi pionierami, jak Stephen Hawking czy laureat Nagrody Nobla Murray Gell-Mann. [...]Fizycy potrzebują kwantowej teorii grawitacji, która opisywałaby zarówno subatomowy świat kwantów, jak i strukturę Wszechświata. Z tego niezwykłego mariażu ogólnej teorii względności i teorii kwantowej wynikają jeszcze bardziej niezwykłe konsekwencje, takie jak wszechświaty równoległe i hiperprzestrzeń. Nasz Wszechświat może więc być po prostu kwantowym pęcherzykiem, powstałym w wyniku fluktuacji kwantowej w nieskończonym oceanie pieniącym się wszechświatami. W tym nieskończonym oceanie, zwanym wieloświatem, ciągle powstają z próżni nowe wszechświaty. [...]Andriej Linde z Uniwersytetu Stanforda, jeden z twórców teorii inflacji, jest przekonany, że takie pęcherzyki ciągle powstają i przecinają się nawzajem. W artykule, który ukazał się w styczniowym numerze "Świata Nauki" z 1995 roku Andriej Linde napisał: Jeśli moi koledzy i ja mamy rację, to może już wkrótce pożegnamy się z wyobrażeniami, według których Wszechświat pojawił się jako ognista kula w wyniku Wielkiego Wybuchu. Ten nowy obraz Wszechświata powoduje, że inaczej patrzymy na religijną mitologię. Większość mitów dotyczących pochodzenia Wszechświata można podzielić na dwie kategorie: judeochrześcijański mit Genesis, według którego świat został stworzony w pewnym określonym momencie, oraz hinduistyczno-buddyjski mit Nirwany, mówiący o bezkresnym Wszechświecie, który nie ma początku ani w czasie, ani w przestrzeni. [...]Brałem kiedyś udział w dyskusji z laureatem Nagrody Nobla Stevenem Weinbergiem. Kiedy wspomniałem o milionach Wielkich Wybuchów zachodzących ciągle, Weinberg powiedział: Ta wizja wydaje mi się bardzo pociągająca i z pewnością należy ją traktować poważnie. Wynika z niej ważny wniosek: nie było początku, tylko coraz większe Wielkie Wybuchy, a Wieloświat trwa wiecznie. Nie trzeba zmagać się z pytaniem, co było przed Wielkim Wybuchem.



    Słynny brytyjski fizyk Roger Penrose stawia hipotezę, że w danych obserwacyjnych z sondy WMAP możemy zobaczyć ślady zdarzeń sprzed Wielkiego Wybuchu. Znany fizyk i matematyk Roger Penrose uważa, że w kosmicznym mikrofalowym promieniowaniu tła widać echo wydarzeń, które nastąpiły przed Wielkim Wybuchem. Ślady te mają być widoczne jako "pierścienie" wokół gromad galaktyk, w których fluktuacje w promieniowaniu tła są niespotykanie małe. Kwestię powtarzalności Wielkiego Wybuchu profesor Penrose porusza też w swojej książce "Cykle czasu: niezwykłe, nowe spojrzenie na Wszechświat". Autorzy artykułu, Vahe Gurzadyan z Yerevan State University (Armenia) oraz Roger Penrose z Uniwersytetu Oxford (Wielka Brytania), przeanalizowali dane na temat mikrofalowego promieniowania tła pochodzące z sondy WMAP. Aby wyeliminować możliwość, że mają do czynienia jedynie z efektem instrumentalnym, sprawdzili także dane z eksperymentu BOOMERanG98. Naukowcy przeanalizowali prawie 11 tysięcy obszarów na niebie w poszukiwaniu miejsc, w których wielkie galaktyki mogły się zderzać. Podczas takich zderzeń supermasywne czarne dziury w ich centrach mogły łączyć się ze sobą, powodując uwolnienie wielkich ilości energii. Gurzadyan i Penrose znaleźli 12 miejsc, które posiadają koncentryczne pierścienie, w których odchyłki od średniej temperatury promieniowania tła są niezwykle małe. Niektóre ze znalezionych punktów mają wokół siebie aż pięć pierścieni, które mogą świadczyć o pięciu gwałtownych zdarzeniach w historii, dotyczących tego samego obiektu. Według Penrose'a obszary te pasują do hipotezy zwanej "konforemną kosmologią cykliczną" (CCC - conformal cyclic cosmology), według której Wielki Wybuch nie był jedynym w historii Wszechświata, a podobne zdarzenia miały miejsce częściej.” [ Astronomia.pl ]


    Prof. Krzysztof Meissner, to naukowiec z Wydziału Fizyki UW, specjalista w zakresie teorii cząstek elementarnych, zastępca dyrektora Instytutu Problemów Jądrowych im. Andrzeja Sołtana, który uczestniczy w badaniach w CERN. Wszystko wskazuje na to, że prof. Krzysztof Meissner - choć jeszcze nie ogłosił tego oficjalną publikacją - odkrył koncentryczne pierścienie, będące pozostałością po poprzednim wszechświecie. Są one, mówiąc pokrótce, "echem poprzedniego eonu", czyli jednego z niekończących się cykli istnienia wszechświata. Jeśli udałoby się udowodnić istnienie tzw. pierścieni Penrose'a, prof. Krzysztof Meissner wywróciłby do góry nogami wszystkie teorie (jak teoria względności Einsteina), zakładające wielki wybuch, jako początek wszechświata Tajemnicza wizyta Penrose'a w Polsce: wiadomosci.onet.pl/kraj/tajemnicza-wizyta-penrose-a-w-polsce


    Sir Roger Penrose to emerytowany profesor uniwersytetu w Oksfordzie, jeden z największych matematyków i fizyków naszych czasów. Naukowca, który kończy w tym roku 79 lat, spotkałem na majowej konferencji "Droga do rzeczywistości" w Instytucie Matematyki PAN. Opowiedział o swej nowej teorii Wszechświata. Mówiąc: - Jest na tyle szalona, że jest szansa, iż jest prawdziwa. Opublikował poświęconą temu książkę: "Cykle czasu: niezwykłe, nowe spojrzenie na Wszechświat". Największe zaszczyty - m.in. Nagroda Wolfa (1988 r.), także tytuł szlachecki od angielskiej królowej (1994 r.) - spotkały Penrose'a za prace z teorii relatywistycznej. W swej nowej teorii twierdzi, że Wielki Wybuch był początkiem, ale tylko jednego z cykli Wszechświata, których zapewne jest nieskończenie wiele. Koncepcja "oscylującego" Wszechświata jest równie stara jak teoria Einsteina, z której wynikało, że kosmos może puchnąć jak bańka mydlana. Wielu kosmologom łatwiej było przyjąć, że świat jest wieczny i cyklicznie przechodzi z fazy rozszerzania do kurczenia się, zamiast uwierzyć w to, że był jakiś początek, a więc akt stworzenia czegoś z niczego. Wielki i dotychczas nierozwiązany problem dla tej hipotezy stwarza jednak druga zasada termodynamiki, która mówi, że w naturze stale wzrasta nieporządek. Filiżanka z kawą może z łatwością się rozbić na tysiące kawałków, ale nikt jeszcze nie widział, by one same na powrót się skleiły. Mleko miesza się z kawą, ale trudno o proces odwrotny - by te ciecze same się rozdzieliły. Oczywiście można posprzątać bałagan, ale wymaga to pewnego nakładu pracy, co skutkuje jeszcze większym wzrostem nieporządku w innym miejscu. Fizycy mierzą stopień nieuporządkowania wielkością zwaną entropią, a druga zasada termodynamiki mówi, iż entropia zawsze wzrasta. Świat zmierza w kierunku większego bałaganu, a energia stale się rozprasza. Nie odwróci tej tendencji nawet to, że kosmos zacznie się kurczyć. Z tego wynika, że każdy kolejny cykl Wszechświata musi być inny, bardziej zabałaganiony, a u zarania musiał być ten pierwszy cykl, w którym Wszechświat był maksymalnie uporządkowany. I znowu wracamy do problemu początku i aktu stworzenia. To, że Wszechświat musiał się zacząć od bardzo uporządkowanego stanu, jest również problemem dla klasycznej teorii Wielkiego Wybuchu. Bo niby skąd w tej chwili wielkiego zamieszania i chaosu miał się wziąć unikalny porządek? Wydaje się, że powinno być akurat na odwrót. [ Wyborcza.pl ]

    No właśnie! To jest po prostu nieprawdopodobne! Profesor Kenneth G. Denbigh w swojej książce „Świat i czas”, podziela powyższe wątpliwości, pisząc, że: „Aby wyłożyć sprawę prosto i jasno, sądzę, że większość przyjmowanych obecnie w kosmologii teorii zakłada milcząco, iż świat znajdował się w momencie Wielkiego Wybuchu w jakimś osobliwym stanie "nakręcenia" i że wszystko w jego późniejszym rozwoju wynikało z niesłychanych zasobów nieprawdopodobieństwa — możliwości wzrostu entropii i ekspansji [inflacji], zachodzących z niewyjaśnionego powodu bycia "nakręconym". Oznacza to odrzucenie rozumu i przywołanie cudu.

    Skoro tylko weźmiemy pod uwagę w naszych rachubach niemożliwe, to jego możliwości stają się wtedy prawie nieograniczone!

    Wielki Wybuch nie był początkiem wszechrzeczy. Tak twierdzi znakomity brytyjski badacz Roger Penrose, który odkrył w kosmicznym promieniowaniu tła sygnały być może pochodzące z innego, istniejącego przed Wielkim Wybuchem kosmosu. Roger Penrose, emerytowany profesor Oksfordu, jest jednym z najbardziej renomowanych matematyków, fizyków i kosmologów. Autor licznych książek, wydanych także w Polsce, ostatnio opublikował pracę "Cykle czasu: niezwykłe, nowe spojrzenie na Wszechświat". Przedstawia w niej hipotezę konforemnej kosmologii cyklicznej (CCC - conformal cyclic cosmology), zgodnie z którą Wielki Wybuch był tylko fazą przejściową między erami kosmicznymi, nazwanymi przez Penrose'a eonami. Profesor przypuszcza, że dzieje uniwersum to cała seria eonów, która być może nigdy nie dobiegnie końca. Według powszechnie przyjętego modelu początek wszechświata, czasu i przestrzeni nastąpił 13,7 mld lat temu, kiedy ze stanu punktowego o nieskończonej gęstości i ogromnej temperaturze doszło do Wielkiego Wybuchu. Odtąd kosmos rozszerza się jak pompowany balon, galaktyki oddalają się od siebie ze wzrastającą prędkością. Roger Penrose dowodzi jednak, że wszechświat nie miał początku. Czas i przestrzeń istniały już przed Wielkim Wybuchem, który był tylko jednym z wielu w dziejach wiecznego uniwersum. Do tej pory konforemna kosmologia cykliczna była tylko teorią, jednak Penrose wspólnie z armeńskim astronomem Vahe Gurzadianem przedstawił fakty świadczące, że być może jest prawdziwa. Gurzadian przez siedem lat poszukiwał w kosmicznym promieniowaniu tła hipotetycznych sygnałów sprzed Wielkiego Wybuchu i analizował dane z amerykańskiej sondy kosmicznej WMAP (Wilkinson Microwave Anisotropy Probe), która rozpoczęła misję w 2001 r. Mikrofalowe promieniowanie tła nazywane jest poetycko echem Wielkiego Wybuchu, aczkolwiek powstało około 380 tys. lat po nim (wcześniej promieniowanie elektromagnetyczne nie przenikało przez kosmos). W kosmicznym promieniowaniu tła Gurzadian odnalazł koncentryczne kręgi, w których wahania temperatur są wyraźnie mniejsze niż w otaczających je rejonach. Prawdopodobieństwo, że taki krąg powstanie przypadkowo, wynosi według obliczeń obu naukowców 1 do 10 mln. Jeśli chodzi o kilka kręgów ułożonych koncentrycznie, prawdopodobieństwo przypadkowego zaistnienia jest jeszcze mniejsze. Penrose i Gurzadian doszli do wniosku, że osobliwe kręgi to pozostałości fal grawitacyjnych powstałych podczas zderzenia gigantycznych czarnych dziur. Do tych niezwykłych kolizji doszło jeszcze przed Wielkim Wybuchem, w innej kosmicznej erze czy też eonie. Hipoteza Rogera Penrose'a oznacza także atak na tzw. teorię wszechświata inflacyjnego amerykańskiego fizyka Alana Gutha. Według tej teorii, kosmos już ułamek sekundy po Wielkim Wybuchu rozszerzał się z niewyobrażalną prędkością, szybciej niż prędkość światła. Jest to jednak zgodne z teorią względności Einsteina, ponieważ nie zachodził wtedy ruch w przestrzeni, lecz rozszerzanie się samej przestrzeni. "Nigdy nie byłem zwolennikiem modelu wszechświata inflacyjnego. W moim schemacie kosmos także rozszerzał się wykładniczo, jednak już przed ostatnim Wielkim Wybuchem", powiedział matematyk z Oksfordu. Podkreśla on, że teoria wszechświata inflacyjnego nie pozwala wyjaśnić powstania temperaturowych kręgów w promieniowaniu tła, natomiast model kosmosu cyklicznego doskonale ten fakt tłumaczy. Penrose zwraca uwagę, że dziwne kręgi nie mogą być wynikiem wadliwego działania aparatury sondy WMAP, wykryły je bowiem także instrumenty balonu pomiarowego nad Antarktydą. Julian Barbour, astrofizyk z Oksfordu, uznał odkrycie kręgów w promieniowaniu tła za potencjalnie sensacyjne. Hipoteza cyklicznego, wiecznego kosmosu jest jednak intrygująca. Już wcześniej niemiecki fizyk Martin Bojowald [4], pracujący na uniwersytecie stanu Pensylwania, za pomocą serii skomplikowanych równań z teorii względności i teorii kwantów przedarł się przez pozornie ostateczną granicę Wielkiego Wybuchu i wyliczył, że wcześniej istniał inny wszechświat z negatywnym czasem, szalonymi dla nas relacjami czasu i przestrzeni, kompletnie zwariowany kosmos, który się skurczył, aby potem eksplodować w Wielkim Wybuchu.” [ Przeglad-tygodnik.pl ]


    Loop Quantum Cosmology


    W swojej książce „Krótka historia czasu”, prof.
    Stephen Hawking pisze, iż w klasycznej teorii grawitacji możliwe są tylko dwa warianty zachowania się Wszechświata: albo istniał wiecznie, albo rozpoczął się w pewnej chwili przeszłości, podczas gdy w teorii kwantowej pojawia się trzecia możliwość:

    prof. Stephen Hawking Problemem pochodzenia i losu Wszechświata zainteresowałem się w 1981 roku, gdy uczestniczyłem w konferencji na temat kosmologii, zorganizowanej przez jezuitów w Watykanie. Kościół katolicki popełnił ogromny błąd w sprawie Galileusza, gdy ogłosił kanoniczną odpowiedź na pytanie naukowe, deklarując, iż Słońce obraca się wokół Ziemi. Tym razem, kilka wieków później, Kościół zdecydował się zaprosić grupę ekspertów i zasięgnąć ich rady w sprawach kosmologicznych. Pod koniec konferencji Papież przyjął jej uczestników na specjalnej audiencji. Papież powiedział nam, że swobodne badanie ewolucji Wszechświata po Wielkim Wybuchu nie budzi żadnych zastrzeżeń, lecz od zgłębiania samego Wielkiego Wybuchu należy się powstrzymać, gdyż chodzi tu o akt Stworzenia, a tym samym akt Boży. Byłem wtedy bardzo zadowolony, iż nie znał on tematu mego wystąpienia na konferencji - mówiłem bowiem o możliwości istnienia czasoprzestrzeni skończonej, lecz pozbawionej brzegów, czyli nie mającej żadnego początku i miejsca na akt Stworzenia. Nie miałem najmniejszej ochoty na to, by podzielić los Galileusza, z którego postacią łączy mnie silna więź - uczucie swoistej identyfikacji, częściowo z racji przypadku, który sprawił, iż urodziłem się dokładnie 300 lat po jego śmierci! [...] W klasycznej teorii grawitacji, opartej na rzeczywistej czasoprzestrzeni, możliwe są tylko dwa warianty zachowania się Wszechświata: albo istniał wiecznie, albo rozpoczął się od osobliwości w pewnej określonej chwili w przeszłości. W teorii kwantowej pojawia się trzecia możliwość. Ponieważ używamy czasoprzestrzeni euklidesowych, w których czas jest traktowany tak samo, jak przestrzeń, czasoprzestrzeń może mieć skończoną rozciągłość i równocześnie nie mieć żadnych osobliwości stanowiących granice lub brzeg. Czasoprzestrzeń może przypominać powierzchnię kuli w czterech wymiarach. Powierzchnia kuli ma skończoną rozciągłość, a jednak nie ma granic ani brzegów! W kwantowej teorii otwiera się nowa możliwość: czasoprzestrzeń może nie mieć żadnych brzegów, a więc nie ma potrzeby, by określać zachowanie Wszechświata na brzegu. Nie ma żadnych osobliwości, w których załamują się prawa nauki, ani żadnych brzegów czasoprzestrzeni wymagających odwołania się do pomocy Boga lub do jakiegoś zbioru nowych praw wyznaczających warunki brzegowe dla czasoprzestrzeni. Taki Wszechświat byłby całkowicie samowystarczalny i nic z zewnątrz nie mogłoby nań wpływać. Nie mógłby być ani stworzony, ani zniszczony. Mógłby tylko być. [...] Zatem istnienie wszystkich skomplikowanych struktur, jakie widzimy we Wszechświecie, może być wyjaśnione przez brak granic i warunków brzegowych czasoprzestrzeni oraz zasadę nieoznaczoności mechaniki kwantowej. Tak długo, jak Wszechświat ma początek, można przypuszczać, że istnieje jego Stwórca. Ale jeżeli Wszechświat jest naprawdę samowystarczalny, nie ma żadnych granic ani brzegów, to nie ma też początku ani końca, i po prostu istnieje! Gdzież jest wtedy miejsce dla Boga-stworzyciela?

    Przy okazji powyższych rozważań warto zadać sobie to, być może, nie tak oczywiste pytanie: czym tak naprawdę jest czas i jaka jest jego natura? (zobacz: www.zbigniew-modrzejewski.webs.com/naturyczasu_index.html )


  7. BRAK ONTOLOGICZNEJ ALTERNATYWY
  8. W swojej książce Filozofia i wszechświat. Wybór pism” ks. prof. Heller podejmuje kwestie nieskończoności w kosmologii oraz początkowej osobliwości, które konfrontuje z ideą stworzenia Wszechświata przez Boga. Tak pisze o tajemnicy stworzenia:

    Jednakże Wszechświat naprawdę istnieje. "Niedozwolony przeskok" od nieistnienia do istnienia musiał się jakoś dokonać. To jest właśnie "tajemnica Stworzenia". Czuję się w obowiązku przestrzec Czytelnika przed zbyt łatwą pokusą traktowania "niedozwolonych przeskoków", o jakich pisałem wyżej, jako miejsc, które należałoby wypełnić "hipotezą Boga". Powołaniem nauki jest nigdy nie zatrzymywać się w łańcuchu pytań i nigdy nie porzucać strategii poszukiwania na nie odpowiedzi za pomocą naukowych metod. Sądzę, że to, co wydaje się nam dziś "niedozwolonym przeskokiem" ( np. od nie-życia do życia lub od nie-świadomości do świadomości ) jest czymś niedozwolonym tylko z punktu widzenia naszej dzisiejszej logiki, ale w gruncie rzeczy stanowi fundamentalną strategię przyrody w rozwiązywaniu jej najtrudniejszych problemów. [...]Czy "nowa logika" rzuci rozjaśniający snop światła na to najważniejsze pytanie: Dlaczego istnieje raczej coś niż nic? Mam nadzieję, że tak. Ale sądzę, że pytanie to na zawsze pozostanie źródłem metafizycznej fascynacji. Bo przecież istniejemy, a najprościej byłoby, gdyby nie istniało nic.


    Czuję się w obowiązku przestrzec Czytelnika przed zbyt łatwą pokusą traktowania "hipotezy Boga", o jakiej pisał wyżej ks. prof. Heller, jako hipotezy sensu stricto, gdyż "hipoteza Boga" nie podlega zasadzie falsyfikowalności sformułowanej przez Karla Poppera w dziedzinie filozofii nauki, a zatem "hipoteza Boga" nie może być nigdy wysunięta, jako hipoteza stricte naukowa.

    Richard Swinburne, jeden z najbardziej wpływowych filozofów chrześcijańskich w świecie anglosaskim, ponownie sformułował niektóre tradycyjne argumenty na rzecz istnienia Boga. W swojej książce Czy istnieje Bóg?” ( wydanie w przekładzie Ireneusza Ziemińskiego, wydawnictwo "W drodze", Poznań 1999 ) Swinburne przywołuje klasyczny argument kosmologiczny:

    Niezwykłe jest to, że w ogóle cokolwiek istnieje. Z pewnością najbardziej naturalnym stanem jest po prostu nicość: żadnego wszechświata, żadnego Boga, nic w ogóle.

    W jednym zgodzę się ze Swinburnem całkowicie. Jeżeli, jak twierdzi Swinburne, najbardziej naturalnym stanem jest po prostu nicość, to wtedy, jak on sam trafnie zauważa, nie tylko nie ma żadnego wszechświata, ale nie ma też żadnego Boga. O ile istnienie naszego Wszechświata jest dla nas bezpośrednim, namacalnym faktem, o tyle przypuszczalne istnienie Boga-stworzyciela może być w najlepszym przypadku tylko aksjomatem roboczej hipotezy lub dogmatem teologii. Jeżeli, jak twierdzi Swinburne, najbardziej naturalnym stanem jest po prostu nicość, to z jakiego powodu zaistniał nasz Bóg-stworzyciel? Czy naszego Boga-stworzyciela stworzył Super-bóg-stworzyciel? Ale skoro najbardziej naturalnym stanem jest po prostu nicość, to z jakiego powodu miałby zaistnieć ten Super-bóg-stworzyciel? Dlaczego istnieje raczej Bóg-stworzyciel niż nic, skoro najprościej było by, gdyby nie istniało nic?

    Ale dlaczego, jak proponuje Swinburne, w ogóle istnienie czegokolwiek miałoby być "niezwykłe"? Dlaczego stanem najbardziej naturalnym miałaby być nicość? Według ks. prof. Hellera, tajemnica Stworzenia, to niedozwolony przeskok od nieistnienia do istnienia. Czy rzeczywiście najprościej byłoby, gdyby nie istniało nic? Czy "nowa logika" rzuci rozjaśniający snop światła na to najważniejsze pytanie, pytanie Leibniza? Czy pytanie to na zawsze pozostanie źródłem metafizycznej fascynacji? W swojej książce Ostateczne wyjaśnienia wszechświata” ks. prof. Heller zauważa, że:

    Jednym z najprostszych sposobów wyjaśniania świata jest próba przekonania siebie samego, że nie ma nic do wyjaśnienia. Jeżeli Wszechświat istniał zawsze, to nie ma żadnej racji, by pytać o jego przyczynę. [...]Nic dziwnego, że doktryna o "wieczności materii" zawsze stanowiła jedną z centralnych tez wszelkiego rodzaju materializmów.

    Być może doktryna o "wieczności materii" zawsze stanowiła jedną z centralnych tez wszelkiego rodzaju materializmów, ale stanowi ona również jedną z centralnych tez duchowych tradycji Wschodu, takich jak m.in. hinduizm, dżinizm i buddyzm, które są kompletnym zaprzeczeniem wszelkiego rodzaju materializmów. Święta księga dżinizmu z IX wieku, Mahapurana, objawia nam następującą świętą prawdę: „Wiedz, że świat jest nie stworzony, podobnie jak czas, bez początku i bez końca.


    Czy rzeczywiście trzeba wyjaśnić, dlaczego istnieje raczej coś niż nic? W przeciwieństwie do Michała Hellera, Henri Bergson uważał, że nie ma potrzeby, aby to wyjaśniać. Henri Bergson(1859-1941), pisarz i filozof francuski, laureat Nagrody Nobla, tak mógłby odpowiedzieć Michałowi Hellerowi na jego powyższe zarzuty:

    Część metafizyki obraca się, świadomie lub nie, wokół pytania, dlaczego coś istnieje. Dlaczego jest materia, duch, niźli raczej nic? Jednakże pytanie to zakłada, że rzeczywistość jest otoczona przez pustkę, że pod bytem ukryta jest nicość, że w zasadzie nic nie powinno istnieć, że zatem trzeba wyjaśnić, dlaczego rzeczywiście coś jest. Jest to jednak czysta iluzja, bo idea absolutnej nicości[ niebytu ] ma tyleż znaczenia, co idea kwadratowego koła.

    Czy nasza rzeczywistość jest otoczona przez nicość( ontologiczny Niebyt )? Leibniz stawia słynne pytanie: Dlaczego istnieje raczej coś niż nic? Dla Leibniza odpowiedź jest jedna: tylko Bóg jest przyczyną istnienia wszelkiego bytu. Skoro zaś dla Leibniza zasada racji dostatecznej jest wymogiem logiki, wydawałoby się, że istnienie Boga jest prawdą logiczną. Ale czy rzeczywiście najprościej byłoby, gdyby nie istniało nic? Warto się uważnie przyjżeć zasadzie racji dostatecznej. Zobaczmy, co ma na ten temat do powiedzenia filozof Leszek Kołakowski(1927-2009). W swojej książce Obecność mitu” Kołakowski tak pisze o zasadzie racji dostatecznej w kontekście pytania Leibniza:

    W szczególności, ze względu na doświadczenie określone przez konstytucję nauki, nie mogę uznać zasady racji dostatecznej. Zasada ta ( w leibnizjańskim sensie ) nie jest ani analityczną regułą logiki, ani sprawozdaniem z obserwacji. Jest postulatem, który nadaje projektowi mitycznemu pseudo-logiczną postać artykulacyjną. [...]W rzeczywistości założenie Leibniza jest inne: nie głosi on, że cokolwiek się dzieje ma cel, lecz, że istnienie świata jest wynikiem wyboru między istnieniem i niebytem. Rozumowanie jest takie: można wytłumaczyć każde zdarzenie przypadkowe innymi zdarzeniami, z których każde jest przypadkowe i przypadkowa jest ich suma; żadna empiria nie potrafi znieść przypadkowości. Lecz uznać przypadkowość każdego zdarzenia z osobna oraz ich sumy, to uznać przypadkowość istnienia świata. Otóż, wedle Leibniza, tego uznać nie wolno, albowiem istnienie jest trudniejsze aniżeli nieistnienie. Pytanie, dlaczego coś w ogóle istnieje, jest tedy, wedle Leibniza, sensowne i nieodparte, a odpowiedź na nie znosi zarazem przypadkowość zdarzeń poszczególnych. Aby uprawomocnić zasadę racji dostatecznej, trzeba przeto uznać, że istnienie świata jest dziełem wyboru, ponieważ jego nieistnienie jest łatwiejsze. Zawodność doktryny Leibniza nie pochodzi tedy z konfuzji dwóch odmian przyczynowości, ale z dowolności tego właśnie założenia co do wzajemnej pozycji bytu i niebytu. Przekazywalne doświadczenie nigdy nie odnajdzie tej obserwacji, nie ma w nim bowiem żadnej intuicji niebytu, a tym samym nie ma intuicji istnienia w znaczeniu bezwarunkowym. Zatem powiedzenie, iż niebyt jest łatwiejszy niż byt ( tj. łatwiej wyobrażalny? - albo obdarzony zawsze presumpcją dodatnią? - albo dany świadomości jako idea zaczątkowa póki brak dowodów na byt? itd. ) umyka rozumieniu dopuszczalnemu w kręgu reguł naukowych. [...]Świat jest, czym jest, nie odsyła do niczego, nie wymaga pytania o racje. Kiedy nazywamy byt przypadkowym - jak czyni Sartre - również dajemy do zrozumienia, iż mamy dobrą intuicję tego, co jest bytu nieobecnością, intuicję nicości; zakładamy wtedy, wbrew Leibnizowi, że istnienie nie jest wynikiem wyboru między istnieniem a nieistnieniem i że nicość nie jest wcale od bytu "łatwiejsza", ale zakładamy, w zgodzie z Leibnizem, że [ te dwie idee ]byt i nicość są dostępne wypowiadalnej konfrontacji w pomyśleniu[ lecz nie w rzeczywistości ]. [ Domniemana teoretyczna ] ekwipotencja bytu i nicości umożliwia wiarę w przypadkowość świata, ale jest założeniem równie mitycznym, jak ich nierówność[ nie ekwipotencja ].

    To najważniejsze pytanie Leibniza należałoby sformułować w sposób bardziej precyzyjny: Dlaczego istnieje raczej Byt niż Niebyt( totalna nicość )? Gottfryd Wilhelm Leibniz nie był pierwszym filozofem, który sformułował ten problem. Odpowiedź na to pytanie pojawiła się na długo przed Leibnizem. Filozof Leszek Kołakowski(1927-2009) w swojej książce O co nas pytają wielcy filozofowie” napisał:

    Parmenides z EleiWolałbym, prawdę mówiąc, nie wspominać o Parmenidesie z Elei wcale, bo tylu ludzi znacznie ode mnie uczeńszych miało kłopoty z rozumieniem właściwego sensu i spierało się o sens tych kilkudziesięciu zdań, jakie ocalały z heksametrem pisanego poematu, gdzie Parmenides metafizykę swoją objawił. Nie wspominać jednak o nim niepodobna, on to był bowiem siłaczem, który w ruch wprawił wielki strumień myśli europejskiej, trwający nie tylko przez tysiąc lat, jakie od jego czasu do końca akademii ateńskiej zbiegły, ale trwający i potem przez wieki w filozofii i teologii chrześcijańskiej, ale także niechrześcijańskiej, aż do naszych dni.

    Wydaje mi się, że odpowiedź na słynne pytanie Leibniza jest zdumiewająco prosta. W jednym zdaniu można by ująć ją tak: Dlatego, że Niebyt nie stanowi ontologicznej alternatywy dla Bytu.

    Parafrazując antycznego greckiego filozofa Parmenidesa, odpowiedź można wtedy zawrzeć w dwóch zdaniach: Dlatego, że wszystko to, co istnieje[czyli ontologiczny Byt], to jest, a wszystko to, co nie istnieje[czyli ontologiczny Niebyt - totalna nicość ], tego nie ma. Byt jest, a Niebytu nie ma. I z tej to prostej przyczyny istnieje właśnie Byt zamiast Niebytu. Byt jest, czym jest, nie odsyła do niczego poza sobą( bo niby do czego miałby odesłać, skoro poza bytem byłby już tylko niebyt, gdyby istniał! ); ontologiczny Byt nie wymaga pytania o swoją rację bytu!

    Dlaczego Niebytu nie ma? Bo gdyby był, to byłby wtedy już jakąś formą Bytu. Być, to może tylko ontologiczny Byt, bo ontologiczny Niebyt, z definicji, nie istnieje. To takie proste.

    Niebyt, to właśnie taki Święty Mikołaj ontologii. Wiele się o nim rozprawia, wiele mu się przypisuje. A on? A on nie istnieje! Aby istniała alternatywa, muszą istnieć oba jej składniki, a Niebyt, z definicji, nie istnieje, gdyż jest totalną nicością. Zatem Niebyt nie może stanowić ontologicznej alternatywy dla Bytu. Niebyt, z definicji, nie istnieje, ale istnieje idea Niebytu, tak, jak istnieje popularna wśród małych dzieci idea Świętego Mikołaja zostawiającego w nocy prezenty pod choinką. Istnieje idea Świętego Mikołaja, ale nie oznacza to, że istnieje Święty Mikołaj rzekomo osobiście odpowiedzialny za wszystkie prezenty pod wszystkimi choinkami. Idea Niebytu istnieje, ale Niebyt, opisany przez tę ideę, w rzeczywistości nie istnieje. Niebyt, to właśnie taki Święty Mikołaj ontologii. Wiele się o nim rozprawia, wiele mu się przypisuje. A on? A on nie istnieje!

    Być może jednym z powodów, dla których Nicość, Niebyt nie istnieje jest to, że nawet sam wszechmogący Bóg-stworzyciel nie byłby w stanie go stworzyć?

    Zatem Byt, w sposób naturalny, nie posiada ontologicznej alternatywy dla swojego istnienia. Byt jest. Byt po prostu istnieje, jako niestworzony, bez początku i bez końca, tak, jak istniałby Bóg-stworzyciel. Ale Bóg-stworzyciel nie jest konieczny do tego, aby istniał ontologiczny Byt, lub Wszechświat, bo nie istnieje taka potrzeba, aby najpierw pokonać Niebyt w prestidigitatorskim Creatio ex nihilo i w ten sposób utorować drogę dla zaistnienia Bytu. Bóg-stworzyciel nie jest bytem koniecznym. Z natury, ontologiczny Byt( a w tym i nasz Wszechświat ) jest właśnie takim bytem koniecznym. Bóg-stworzyciel jest bytem zbytecznym. Bóg-stworzyciel nie istnieje. Przecież nie ma potrzeby pokonywać Niebytu, który nie istnieje. Przecież nie ma potrzeby stwarzać Bytu, który zawsze istniał.Tak długo, jak Wszechświat ma początek, można przypuszczać, że istnieje jego Stwórca. Ale jeżeli Wszechświat jest naprawdę samowystarczalny, nie ma żadnych granic ani brzegów, to nie ma też początku ani końca, i po prostu istnieje! Gdzież jest wtedy miejsce dla Boga-stworzyciela?” - pyta nas retorycznie profesor Stephen Hawking. Zastanówmy się nad tym:


    Ontologiczny Byt, to Istnienie.

    Ontologiczny Niebyt, to Nieistnienie.

    Istniejący Niebyt, to "Istniejące Nieistnienie".

    "Istniejące Nieistnienie", to sprzeczność.

    Czy sprzeczność mogłaby jakoś zaistnieć, jako aktualna rzeczywistość, inaczej, niż tylko jako koncepcja w naszym umyśle( logiczna konkluzja, wniosek )? Czy wszechmogący Bóg-stworzyciel mógłby dokonać cudu i stworzyć sprzeczność w rzeczywistości? Idea kwadratowego koła jest sprzecznością i dlatego nawet ja nie oczekiwałbym w tej kwestii od wszechmogącego Boga-stworzyciela cudów. Ale czy nie jest również sprzecznością tworzenie czegoś z niczego? Czyżby dla wszechmogącego Boga-stworzyciela tylko niektóre sprzeczności były możliwe? Czy filozoficzne rozumowanie w stylu Parmenidesa byłoby do zaakceptowania dla teologów katolickich? W swojej książce „Podglądanie Wszechświata”, ks. prof. Heller przytacza argumentację w stylu Parmenidesa:

    Dla wielu z nas będzie zapewne zaskoczeniem, że współczesne pojęcie prawa przyrody wywodzi się ze średniowiecznych sporów o Bożą wszechmoc, a więc z dyskusji ściśle teologicznej. Przypomnijmy sobie w tym miejscu nasze dziecinne dyskusje. Chyba każdy zadawał pytania: czy Pan Bóg może stworzyć kwadratowe koło? Albo: czy Pan Bóg może stworzyć kamień tak ciężki, że nie mógłby go podnieść? Przypomnijmy sobie także odpowiedź katechety, gdyśmy takie pytania stawiali: nie może, bo kwadratowe koło i kamień tak ciężki, że Pan Bóg nie mógłby go podnieść, są sprzecznościami, a sprzeczność nie może zaistnieć, gdyż sprzeczność jest niebytem, jest niczym, a niebytu, nicości nie można stworzyć.


    A więc nawet sam wszechmogący Bóg-stworzyciel nie jest w stanie stworzyć niebytu, nicości. Nic dziwnego więc, że niebyt, nicość nie istnieje. "Istniejące Nieistnienie", to przecież sprzeczność, a sprzeczność jest niebytem, jest niczym. Parmenides miał jednak rację. Niebyt nie istnieje. Jak pamiętamy, Leibniz uznawał zasadę sprzeczności, wedle której to, co sprzeczność zawiera lub do sprzeczności prowadzi, musi być fałszywe. A stąd prosty wniosek, że totalne, globalne, zupełne Nieistnienie, czyli ontologicznie "istniejący Niebyt", to idea fałszywa. Dokładnie tak samo uważa cytowany już powyżej Henri Bergson: „[...] bo idea absolutnej nicości [niebytu] ma tyleż znaczenia, co idea kwadratowego koła.”

    Dlaczego istnieje raczej coś niż nic, skoro najprościej byłoby, gdyby nie istniało nic? Czy rzeczywiście najprościej byłoby, gdyby nie istniało nic? Jak niezbicie wynika z rozważań zawartych w tej pracy, nie jest prawdą, że najprościej byłoby, gdyby nie istniało nic. Dlaczego? Dlatego, że jest to po prostu całkowicie niemożliwe, żeby istniało totalne, globalne, zupełne nic( Niebyt )! Zatem, jest jednak najprościej, że zawsze istniało coś. Co? Byt! Ontologiczny Byt. Cały, nieskończony, niestworzony, naturalnie spontanicznie istniejący ontologiczny Byt, który naturalnie i logicznie nie posiada swojej ontologicznej alternatywy w postaci Niebytu. Być może częścią tego Bytu są również bogowie, tacy, jak starotestamentowy Jahwe, hinduski bóg Brahma i jego Święta Trójca( Trimurti: bóg Brahma, bóg Wisznu i bóg Sziwa ), staroirański bóg Ahura Mazda, słowiański bóg Świętowit( Światowid ), sumeryjski bóg Anu i jego Święta Trójca( bóg Anu, bóg Enlil i bóg Enki ) czy muzułmański Allah, ale ani wszyscy oni razem, ani żaden z nich z osobna nigdy nie był Bogiem Stwórcą Wszechrzeczy, ponieważ nigdy nie było takiej potrzeby, aby stworzyć cały ontologiczny Byt, który zawsze naturalnie, spontanicznie istniał z tego jedynego prostego powodu, że naturalnie i logicznie nie posiada i nigdy nie posiadał on swojej ontologicznej alternatywy w postaci Niebytu, gdyż taka alternatywa nie istnieje i nigdy nie istniała z tego prostego powodu, że jest niemożliwa. Istniejący Niebyt, to "Istniejące Nieistnienie". "Istniejące Nieistnienie", to sprzeczność. Idea kwadratowego koła jest sprzecznością i dlatego nie może zaistnieć, jako aktualna rzeczywistość, inaczej, niż tylko jako koncepcja w naszym umyśle (logiczna konkluzja, wniosek).


    Ziemia jest Płaska !!!


  9. KOSMOLOGIA DOGMATYCZNA
  10. Jeżeli w mrocznych otchłaniach Bytu znalazło się trochę miejsca na jeden kwantowy wszechświat Hawkinga, to może ich tam istnieć nieskończenie wiele. Implikuje to istnienie hiperwszechświata - wszechświata wszechświatów( metawszechświata ), albo tzw. wieloświata (multiwersum). Bo jeżeli kwantowy wszechświat Hawkinga jest ograniczony w przestrzeni, to co jest poza nim? Co jest na zewnątrz kwantowego wszechświata Hawkinga? Nieskończona, nieograniczona hiperprzestrzeń? Piekło? Smoki? A może kompletna, totalna nicość - Niebyt? „Samotna wyspa Bytu na nieskończonym oceanie Niebytu... Samotna wyspa Bytu walczy o przetrwanie, aby nie zostać pochłonięta przez rozszalały ocean Niebytu... Poezja!

    Ponieważ Niebyt, z definicji, nie istnieje inaczej, jak tylko idea, koncepcja, zatem nie może on realnie istnieć na zewnątrz kwantowego wszechświata Hawkinga. Na zewnątrz ograniczonej przestrzeni kwantowego wszechświata Hawkinga istnieje hiperprzestrzeń wszechświata wszechświatów. Nieskończona ilość wszechświatów równoległych stanowi jeden z kosmologicznych postulatów fizyki kwantowej. Jedną z ilustracji tego postulatu jest kosmologiczny model inflacyjnego Wieloświatu Lindego-Vilenkina( Andriej Linde, Alex Vilenkin ).

    Nasz Wszechświat powstał w wyniku zderzenia dwóch wszechświatów, a nie jak dotychczas uważano w skutek Wielkiego Wybuchu - twierdzą naukowcy z uniwersytetów w Cambridge i Princeton na łamach New Scientist. Według tej teorii nasz Wszechświat był zupełnie pusty, kiedy doszło do zderzenia z innym wszechświatem. Na skutek tej kolizji powstała zarówno materia jak i energia wypełniająca nasz kosmos. Podobnie jak w teorii Wielkiego Wybuchu zakłada się istnienie w pierwszych ułamkach sekund po wybuchu bardzo gorącej i gęstej "zupy" składającej się z cząstek elementarnych i promieniowania elektromagnetycznego. Wszechświat zgodnie z tą teorią miał skończone wymiary i temperaturę, w przeciwieństwie do Wszechświata z teorii Wielkiego Wybuchu. Naukowcy tłumaczą, że do zderzenia mogło dojść ponieważ nasz trójwymiarowy Wszechświat leży na jednej z dwóch granicznych powierzchni cienkiej czterowymiarowej przestrzeni. Inny kosmos znajdował się w środku tej przestrzeni i zbliżając się do jej granicy zderzył się z naszym, w wyniku czego doszło do gwałtownego wypełnienia naszego Wszechświata materią i energią. Nowy model jest dobrą alternatywą dla teorii kosmicznej inflacji, która została wprowadzona, aby rozwiązać pewne problemy związane z klasyczną teorią Wielkiego Wybuchu - np. nieustanne rozszerzanie się kosmosu. Teoria kosmicznej inflacji zakłada bardzo szybką ekspansję Wszechświata w pierwszych ułamkach sekund jego istnienia. Nasz nowy model rozwiązuje te same problemy - mówi jego współautor Paul Steinhardt z Princeton University, który był 20 lat temu zaangażowany w tworzenie teorii kosmicznej inflacji. Jednak w przeciwieństwie do starej, nowa teoria pasuje także doskonale do naszego aktualnego stanu wiedzy o cząstkach elementarnych. To jeden z najbardziej ekscytujących szczegółów tej teorii - mówi Neil Turok z Cambridge University, inny jej współautor. Kosmolodzy są bardzo zadowoleni z faktu, że teoria Wielkiego Wybuchu doczekała się sensownej alternatywy. Według Jima Peeblesa (Princeton University) klasyczny model Wielkiego Wybuchu został zbyt łatwo zaakceptowany przez naukowców. [ zobacz: Nie było Wielkiego Wybuchu? http://news.astronet.pl/401 ]

    Modele Bytu nieograniczonego w czasie z filozofii antycznej w naturalny sposób zostały zaadaptowane we współczesnej kosmologii. Jako kosmolog, ks. prof. Heller w swojej książce „Podglądanie Wszechświata” wspomina o istnieniu kosmologicznych modeli Wszechświata nieograniczonego w czasie:

    Ks. prof. Heller Kosmologiczne modele Andrieja Lindego, Lee Smolina i kilka innych rozwiązują problem genezy Wszechświata poprzez odsunięcie go do minus nieskończoności. Takie postawienie sprawy opiera się na założeniu, że jeżeli Wszechświat nie ma czasowego początku, to nie pozostaje nic do wyjaśnienia [ani nic do stworzenia]. ”

    Jeżeli nasz Wszechświat nie ma czasowego początku, to nie ma genezy - jest wieczny, nieograniczony w czasie, niestworzony, w podobnym sensie, jak wszechświat opisany już wyżej przez kwantowy model Hawkinga. Ale dosłownie dwie strony dalej Heller zapomina o tych wnioskach i z uporem, po raz kolejny wraca do swojego ulubionego pytania, jak gdyby pytanie to było ostateczną odpowiedzią na wszystkie inne trudne, fundamentalne pytania:

    Nawet jeżeli przekonamy się, że Wszechświat wraz ze swoimi prawami istniał zawsze od czasowej minus nieskończoności, pozostanie słynne pytanie Leibniza: dlaczego istnieje raczej coś niż nic?

    Niestety. Słynne pytanie nie pozostanie.

    Po pierwsze, ks. prof. Heller powinien pamiętać, że Bóg-stworzyciel również istniał zawsze, zatem w tym sensie nie miał on początku i dlatego teologia twierdzi, że Bóg-stworzyciel istnieje, jako byt niestworzony. Teologia nie zadaje sobie pytania, co stworzyło wiecznego Boga-stworzyciela; dlaczego istnieje raczej wieczny Bóg-stworzyciel, niż nic! Ks. prof. Heller powinien zatem zwrócić uwagę teologom, że: „Nawet jeżeli przekonamy się, iż Bóg-stworzyciel wraz ze swoimi prawami istniał zawsze, pozostanie słynne pytanie Leibniza: dlaczego istnieje raczej Bóg-stworzyciel niż nic?

    Po drugie, jeżeli Wszechświat istniał zawsze (od czasowej minus nieskończoności), odpowiedź na pytanie: Dlaczego istnieje raczej wieczny Wszechświat niż nic, jest bardzo prosta. Wszechświat istnieje dlatego, że istniał zawsze, bo nie było takiego momentu, kiedy by nie istniał i kiedy można byłoby go stworzyć. Ogólnie, ontologiczny Byt, lub w szczególności, nasz Wszechświat (jako np. nieskończony szereg następujących po sobie oscylacji kurczenia się i rozszerzania), jako szczególny przejaw ontologicznego Bytu, istniał zawsze, bo jego istnienie po prostu nie posiada swojej ontologicznej alternatywy. Niebyt nie stanowi ontologicznej alternatywy dla Bytu, bo Niebyt, z definicji, nie istnieje. Aby coś mogło być alternatywą, musi istnieć. I tak słynne pytanie Leibniza otrzymuje w końcu należytą odpowiedź, ale ks. prof. Heller wyraźnie jej nie zauważa. Dlaczego? Może dlatego, że ma on już swoją własną, preferowaną odpowiedź na słynne pytanie Leibniza i inne odpowiedzi po prostu go nie interesują? Małgorzata Glabisz-Pniewska w rozmowie z ks. prof. Hellerem pyta go: „Gdzie zatem mamy szukać Boga i o Niego pytać?” Ks. prof. Heller odpowiada jej:

    Jeśli chcemy szukać miejsca dla Boga i argumentować za Jego istnieniem, musimy wyjść poza naukę i zadać pytanie, którego ona nie zadaje. Pytanie to, które udramatyzował Leibniz, było od dawna znane: dlaczego istnieje raczej coś niż nic? Na to pytanie nie odpowiada nauka, tylko teologia. Istnieje coś – człowiek, wszechświat – bo zostało stworzone!

    Na to słynne pytanie odpowiada nie tylko teologia katolicka. Na to słynne pytanie odpowiada m.in. Parmenides, Arystoteles, Mistrz Eckhart i Buddha, jak również niektórzy współcześni astrofizycy i kosmologowie, jak: Halton Arp, Andrei Linde, Andre Koch Torres Assis, Yurij Baryshev, profesor Konrad Rudnicki, Steinhardt i Turok, Lee Smolin, Michio Kaku, Stephen Hawking i wielu innych.

    Dr Johan Masreliez jest twórcą kosmologicznej teorii Ekspandującej Czasoprzestrzeni - EST( The Expanding Spacetime Theory ). Teoria EST doktora Masrelieza w swoich założeniach odwołuje się do wniosków z filozofii Parmenidesa. Doktor Masreliez tak o tym pisze:

    Zanim pomysł Wielkiego Wybuchu zyskał w połowie XX wieku popularność, większość ludzi uważała, że Wszechświat istnieje od zawsze. Koncepcję wiecznie istniejącego Wszechświata głosił około 2500 lat temu Parmenides. Przekonywał, że Wszechświat albo istnieje, albo go nie ma. Jeśli istnieje, to nie mógł być stworzony z czegoś, co nie istnieje, ponieważ nieistnienie oznacza nicość. Stąd wniosek, że Wszechświat musiał istnieć zawsze. Tego rodzaju rozumowanie jest absolutnie logicznie poprawne, jednak umysł buntuje się przeciwko idei odwiecznego istnienia.


    Ten nowy obraz Wszechświata[ bez absolutnego prapoczątku i praprzyczyny ] powoduje, że inaczej patrzymy na religijną mitologię. Większość mitów dotyczących pochodzenia Wszechświata można podzielić na dwie kategorie: judeochrześcijański mit Genesis, według którego świat został stworzony w pewnym określonym momencie, oraz hinduistyczno-buddyjski mit Nirwany, mówiący o bezkresnym Wszechświecie, który nie ma początku ani w czasie, ani w przestrzeni”, napisał Michio Kaku, profesor fizyki teoretycznej. „Tak długo, jak Wszechświat ma początek, można przypuszczać, że istnieje jego Stwórca. Ale jeżeli Wszechświat jest naprawdę samowystarczalny, nie ma żadnych granic ani brzegów, to nie ma też początku ani końca, i po prostu istnieje! Gdzież jest wtedy miejsce dla Boga-stworzyciela?” - pyta nas retorycznie profesor Stephen Hawking.


    Adam i Jahwe


  11. DLACZEGO ISTNIEJE RACZEJ BÓG-STWORZYCIEL NIŻ NIC?
  12. Ks. prof. Michał Heller pyta i odpowiada: „Dlaczego istnieje raczej coś niż nic? Na to pytanie nie odpowiada nauka, tylko teologia. Istnieje coś – człowiek, wszechświat – bo zostało stworzone!” Jeżeli w pytaniu Leibniza rzeczywiście jest mowa tylko o istnieniu Wszechświata, a nie o istnieniu Boga, to należałoby je uogólnić i odnieść również do istnienia Boga-stworzyciela, aby wyrazić nasze metafizyczne zdziwienie istnieniem Boga z równoczesnym podkreśleniem, że w samym Bogu nie da się znaleźć usprawiedliwienia tego, że istnieje. Parafrazując słynne pytanie Leibniza, pytam ks. prof. Hellera: Dlaczego istnieje raczej Bóg-stworzyciel niż nic, skoro najprościej byłoby, gdyby nie istniało nic? Istnieje Bóg – bo został stworzony? Bo jeżeli Bóg istnieje, to musiał być stworzony, prawda? Istnieje coś/ktoś, bo zostało stworzone – twierdzi ks. prof. Heller.

    Nie ma takiej konieczności, aby teologia katolicka, w dobie kosmologii kwantowej oraz tolerancji i pluralizmu kulturowo-religijnego, musiała rościć sobie wyłączne prawo do monopolizowania debaty filozoficznej na temat istnienia Boga-stworzyciela. Rozpoczął się ważny etap w debacie między nauką a religią, ponieważ fizyka kwantowa i kosmologia zrewolucjonizowały naukę, umożliwiając badanie cząstek elementarnych oraz odległych obiektów Wszechświata. Filozofia i religia muszą wobec tego odpowiedzieć na nowe pytania i wyzwania, podważające tradycyjne poglądy na naturę Wszechświata.

    Dlaczego istnieje nasz Wszechświat? Jeżeli istnienie Boga-stworzyciela miało by wyjaśniać istnienie naszego Wszechświata, to naturalnie z analogicznych powodów wypadało by zapytać dlaczego istnieje Bóg-stworzyciel.

    Dlaczego istnieje Bóg-stworzyciel? Trudno odpowiedzieć na pytanie o przyczyny istnienia naszego Wszechświata, a o ile trudniej na pytanie o przyczyny istnienia Boga-stworzyciela. O ile istnienie naszego Wszechświata jest dla nas bezpośrednim, namacalnym faktem, o tyle przypuszczalne istnienie Boga-stworzyciela może być w najlepszym przypadku tylko aksjomatem roboczej hipotezy lub dogmatem teologii.

    Argumentacja używana przez Platona, św. Tomasza z Akwinu i Kanta opierała się na założeniu, że wszystko ma jakąś przyczynę. Zatem nie może bez przyczyny istnieć nieskończony łańcuch przyczyn i musi się on w końcu zatrzymać na pierwotnej praprzyczynie, czyli Bogu. Ale z jakiego powodu łańcuch przyczyn nie może być nieskończony w czasie i w swej złożoności? Czy to sprzeciwia się jakiemuś prawu lub zasadzie? Na jakiej liczbie przyczyn musielibyśmy się zatrzymać, aby móc powiedzieć, że już wystarczy, i nie kontynuować ad infinitum tej podróży w czasie, przechodząc tym samym do Boga-stworzyciela, jako absolutnie pierwszej praprzyczyny, nie mającej już swojej wcześniejszej przyczyny? Ale jeżeli argumentacja używana przez Platona, Arystotelesa, św. Tomasza z Akwinu i Kanta opierająca się na założeniu, że wszystko ma jakąś przyczynę, ma być prawdziwa, to czy nie wynika z niej wtedy, że i Bóg-stworzyciel musi mieć swoją przyczynę?

    Jako filozof i kosmolog, ks. prof. Heller bardzo dobrze zdaje sobie sprawę z tego, że klasyczna teologia nie potrafi zaproponować satysfakcjonujących rozwiązań dla powyższych problemów filozoficzno-kosmologicznych. Niemniej, przedstawia on ciekawą propozycję w swojej książce Filozofia i wszechświat. Wybór pism”. Popatrzmy:

    [...]za bardzo trafne należy uznać rozróżnienie tradycyjnej filozofii, specjalnie opracowane przez św. Tomasza z Akwinu, podkreślające, że początek Wszechświata i stworzenie Wszechświata to dwa całkiem różne pojęcia. Bez popadania w sprzeczność można sobie wyobrazić sytuację, w której Wszechświat jest wieczny( istnieje nieskończenie długo ), a więc nie miał początku, a mimo to jest stwarzany przez Boga, przy czym stwarzanie rozumie się jako zależność Wszechświata w istnieniu od Boga.

    Ks. prof. Heller od razu upewnia nas, że nie grozi nam popadnięcie w sprzeczność. Zatem nie musimy się już o to martwić. Co za ulga.

    Ks. prof. Heller pisze, że jednak można sobie wyobrazić taką sytuację, w której Wszechświat jest wieczny, istnieje nieskończenie długo i nie miał początku. To dobrze!

    Wszechświat nie miał początku, ale mimo to jest cały czas, ciągle stwarzany przez Boga, przez całą wieczność. Jak wyjaśnia Heller, pogląd, że Wszechświat istnieje w Bogu, ale Bóg wykracza poza Wszechświat, nazywa się panenteizmem chrześcijańskim i bezpiecznie mieści się w chrześcijańskiej ortodoksji.


    Bóg-stworzyciel


    W związku z tą propozycją wyłania się kilka problemów. Zacznijmy od tego, że taka propozycja wydaje się być nie biblijna. Według Biblii, najpierw był Bóg-stworzyciel, a dopiero potem stworzony przez niego Wszechświat. Prawda Objawiona w Piśmie Świętym jednoznacznie stwierdza, że biblijne stworzenie Wszechświata ma początek i koniec, trwało tylko sześć boskich "dni", zostało zakończone, a dobry Bóg mógł wtedy odpocząć w czasie "dnia" siódmego. Niezależnie od tego, jak długo trwają boskie "dni", nie ulega wątpliwości, że ich długość jest ograniczona. To oczywiste.

    Natomiast stwarzanie Wszechświata, jakie proponuje nam ks. prof. Heller za św. Tomaszem z Akwinu(1224-1274), nie ma początku i trwa wiecznie. Sam Heller przyznaje, że Tomasz z Akwinu nie był pierwszym, który głosił tę spekulatywną hipotezę. Pochodzi ona od żydowskiego filozofa i lekarza, Mojżesza Majmonidesa(1135-1204). Majmonides z kolei zaczerpnął tę ideę od Arystotelesa. Tomasz z Akwinu studiował pisma filozoficzne Majmonidesa. Majmonides i Tomasz, jako filozofowie, byli pod wielkim wpływem myśli Arystotelesa. W swojej książce Pięćdziesięciu wielkich filozofów”, autorka Diane Collinson tak pisze o wpływie Arystotelesa na filozofię Majmonidesa:

    Podobnie, jak Arystoteles, tak i Majmonides utrzymywał, że Bóg jest czystym rozumem, a rozum ludzki przypomina rozum boski. Twierdzenie to jest sprzeczne z poglądem, że Boga można opisywać tylko w sposób negatywny, oraz z tezą, że własności Boga są zupełnie różne od własności tego, co stworzył. [...]Poważną trudność przy próbie pogodzenia filozofii z wiarą przedstawia zestawienie poglądu Arystotelesa, że świat jest logicznie konieczną konsekwencją boskiego rozumu i istnieje wiecznie, z religijną wizją Stworzenia, jako aktu Bożej woli. Majmonides próbował pokonać tę trudność argumentując, że po pierwsze, wywód Arystotelesa nie dowodzi wiecznego i koniecznego istnienia rzeczy, a po drugie, nie można go przyjąć, gdyż jest sprzeczny z Torą i z nauką proroków.

    Ortodoksyjny panenteizm chrześcijański proponowany przez Tomasza z Akwinu wydaje się być sprzeczny z Torą( Starym Testamentem ) i z nauką proroków. Odwiecznie stwarzany Wszechświat paradoksalnie jest wtedy tak stary, jak sam Bóg. Bóg nie był pierwszy. Stwarzany Wszechświat jest współistotny Bogu. Bóg jest wieczny i stwarzany Wszechświat jest wieczny. Wbrew wcześniejszym zapewnieniom ks. prof. Hellera, taka historia, jak widzimy, wydaje się jednak pozostawać w sprzeczności ze starotestamentowym Genezis. Filozof Leszek Kołakowski przywołuje heretycką myśl: „Powiada [ heretyk ] Eckhart, że wolno uznać, iż świat był odwieczny. Wydaje się to przeciwne biblijnej idei stworzenia. Z drugiej strony, skoro Bóg jest bezczasowy, byłoby bluźnierstwem i obrazą boską sądzić, że w jakimś momencie postanowił świat stworzyć.

    Kiedy ks. prof. Heller mówi o sytuacji, w której Wszechświat jest wieczny( istnieje nieskończenie długo ), nie miał początku, a mimo to jest stwarzany przez Boga, przy czym stwarzanie rozumie, jako zależność Wszechświata w istnieniu od Boga, to należało by w tym miejscu poprosić ks. prof. Hellera, aby spróbował sprecyzować na czym taka postulowana zależność miała by polegać? Jaki miałby być ewentualny mechanizm tej postulowanej zależności? Czy taka zależność w ogóle jest możliwa? Jeżeli tak, to dlaczego? Czy zostało to zweryfikowane? Jeżeli tak, to w jaki sposób?

    Jaki aspekt Boga ma na myśli ks. prof. Heller? Czy w przypadku takiej "globalnej" zależności - ciągłego stwarzania Wszechświata przez Boga, przez całą wieczność tego Wszechświata - ma on na myśli aspekt immanentny czy raczej transcendentny? A może oba naraz? Niestety, obie propozycje są w oczywisty sposób trudne do przyjęcia, tak, jak ich kombinacja.

    Aspekt immanentny, niezależnie od tego, czy byłby on "czasowy", czy nawet aczasowy( "nie-czasowy" - być może na podobieństwo aczasowych zjawisk kwantowych w okolicach tzw. "progu" Plancka ) w oczywisty sposób zawiera się w samym Wszechświecie i w tym sensie jest jego integralną częścią, więc trudno w takim przypadku mówić o jakiejś zależności, gdyż Wszechświat byłby wtedy zależny sam od siebie, co jest przecież sprzeczne z naszym założeniem.

    Natomiast aspekt transcendentny, w takim sensie, w jakim najprawdopodobniej rozumie go ks. prof. Heller, jest aczasowy( "nie-czasowy" ) w przeciwieństwie do czaso-przestrzennego Wszechświata. W tym przypadku postulowana relacja apektu aczasowego( "nie-czasowego" ) i czaso-przestrzennego Wszechświata jest co najmniej niejasna, gdyż trudno wyobrazić sobie punkt wspólny dla takiej zależności w przypadku dwóch wzajemnie wykluczających się sposobów istnienia - czasowego i aczasowego, immanentnego Wszechświata i transcendentnego Boga. Immanentny Wszechświat nie miał początku, ale mimo to jest cały czas, ciągle stwarzany przez transcendentnego aczasowego( "nie-czasowego" ) Boga, przez całą wieczność? Moim zdaniem zawarta jest w tym sprzeczność. Najbardziej autorytatywny opis Boga został nam objawiony w Starym Testamencie. Czy Jahwe ze Starego Testamentu, gdy przechadza się w rajskim ogrodzie Eden i rozmawia z Adamem, robi na nas wrażenie Boga "nie-czasowego" i transcendentnego? Nie. Bóg w rajskim ogrodzie Eden jest jak najbardziej immanentny i "czasowy", dokładnie tak, jak Adam i Ewa.

    Załóżmy więc, że aspekt transcendentny jest czasowy. Bóg trwa wiecznie i Wszechświat trwa wiecznie. Ale ks. prof. Heller proponuje( za św. Tomaszem z Akwinu ), że to jednak Wszechświat jest zależny w swoim istnieniu od Boga. Z jakiego to istotnego powodu? Być może dla św. Tomasza z Akwinu powody te były oczywiste. Jednak w tej "symetrycznej" sytuacji równie dobrze można by zaproponować, że to Bóg jest zależny w swoim istnieniu od Wszechświata! Co więcej, w tej sytuacji, gdy Bóg trwa wiecznie i Wszechświat trwa wiecznie, można by równie dobrze zaproponować, że to ani Bóg nie jest zależny w swoim istnieniu od Wszechświata, ani Wszechświat w swoim istnieniu od Boga.


    Atlas jako metafora Panenteizmu


    W swojej książce Ostateczne wyjaśnienia wszechświata” ks. prof. Heller tak próbuje skrótowo doprecyzować ortodoksyjny panenteizm chrześcijański:

    Boga można zastąpić tylko nieskończonym ciągiem skończonych przyczyn. Nie bez powodu w filozofii Boga twierdzi się, iż jest On Bytem Nieskończonym. Nieskończona Przyczyna nie jest pierwszym ogniwem w łańcuchu przyczyn. Ona uzasadnia istnienie całego łańcucha, nawet gdyby łańcuch był nieskończenie długi.

    Kosmiczny Żółw jako metafora Panenteizmu Podsumujmy. Z punktu widzenia teologii, w panenteistycznym modelu Wszechświat może być wieczny, jako nieskończenie długi łańcuch przyczyn. Mimo tego, nasz Wszechświat, jako ten nieskończenie długi łańcuch przyczyn musi jednak "opierać" się na Bogu, jako na Nieskończonej Przyczynie, bo bez tego "oparcia" na Nieskończonej boskiej Przyczynie nasz Wszechświat po prostu nie mógłby istnieć?

    Widzę tutaj pewną analogię z greckim tytanem Atlasem. Rozumowanie było takie, że Ziemia musi się przecież na czymś opierać, bo w przeciwnym razie chyba by spadła w dół, w otchłań. Jeżeli nie spada, to tylko dlatego, że podtrzymuje ją na swoich barkach grecki tytan Atlas! W mitologii chińskiej miejsce Atlasa zajmuje kosmiczny Żółw. Ponieważ nasza Ziemia jest skończona i ograniczona, to grecki Atlas i chiński kosmiczny Żółw również mogą być ograniczeni w swoich rozmiarach. Ale jak podtrzymać coś, co jest nieskończenie długie - nieskończenie długi łańcuch przyczyn( nasz Wszechświat )? Tego nadtytanicznego cudu dokonać może tylko Nieskończona Przyczyna - nasz wszechmocny Pan Jahwe, Bóg-stworzyciel. Alleluja!

    Nasza radość jest jednak przedwczesna. Niestety, pozostaje nieusuwalny problem. Jeżeli Ziemię podtrzymuje Atlas lub kosmiczny Żółw, to co podtrzymuje Atlasa? Jeżeli nieskończenie długi łańcuch przyczyn( nasz Wszechświat ) musi być jednak "podtrzymywany" przez Nieskończoną Przyczynę - Boga, aby mógł istnieć, to co podtrzymuje Boga w jego nieskończonym istnieniu? Tak naprawdę to nawet Atlas powinien mieć nieskończenie długie nogi, a zamiast jednego kosmicznego Żółwia powinien być nieskończenie wysoki stos żółwi! Jeżeli istnienie nieskończenie długiego łańcucha przyczyn( naszego Wszechświata ) musi zależeć od Nieskończonej Przyczyny - Boga, to istnienie takiego nieskończonego Boga powinno wymagać kolejnej nieskończonej przyczyny i tak ad infinitum. A jeżeli nieskończony Bóg może istnieć bez żadnego "oparcia", to i nasz Wszechświat również może bez niego istnieć. Jeżeli Atlas nie spada w dół, to i nasza Ziemia nie spadnie w dół, dokładnie tak, jak Atlas nie spada! Jak już wiemy dzięki Kopernikowi, nasza Ziemia nie potrzebuje pomocy Atlasa i zupełnie swobodnie istnieje w Kosmosie bez pomocy żadnego "oparcia". W ten sam sposób nasz Wszechświat( a nawet cały ontologiczny Byt ) również istnieje zupełnie swobodnie i niezależnie, dokładnie tak, jak sugerował to Parmenides. Wybitny filozof i laureat nagrody Nobla Bertrand Russell(1872-1970) był podobnego zdania w tej kwestii, gdy uzasadniał „Dlaczego nie jestem chrześcijaninem”:

    [...]argument głoszący konieczność pierwszej przyczyny nie może posiadać wartości. W młodych latach, gdy rozmyślałem bardzo poważnie nad tymi zagadnieniami, godziłem się przez długi czas na argument pierwszej przyczyny; ale pewnego dnia, mając osiemnaście lat przeczytałem "Autobiografię" Johna Stuarta Milla i znalazłem tam następujące zdania: "Ojciec mój pouczył mnie, że na pytanie: Kto mnie stworzył ? - nie można dać odpowiedzi, gdyż bezpośrednio potem wyłania się nowe pytanie: Kto stworzył Boga ? To proste zdanie wykazało mi zwodniczość argumentu pierwszej przyczyny. Jeśli wszystko musi mieć przyczynę, to Bóg musi ją mieć również. Jeśli może być coś bez przyczyny, może to być równie dobrze świat, jak i Bóg, tak że argument ten jest zupełnie bezwartościowy. Jest on równoznaczny z poglądem indyjskim, według którego świat spoczywa na słoniu, a słoń na żółwiu; gdy zaś pytano: A żółw ? - Hindus odpowiadał: Może byśmy tak zmienili temat rozmowy ?" Argument pierwszej przyczyny nie jest w gruncie rzeczy niczym lepszym. Nie ma powodu, dla którego świat nie mógłby zacząć istnieć bez przyczyny; ani też, z drugiej strony - nie ma żadnej racji, dlaczego by nie miał istnieć zawsze. Nie ma powodu do przypuszczenia, że świat w ogóle miał początek. Myśl, że rzeczy muszą mieć początek, zawdzięczamy w rzeczywistości ubóstwu naszej wyobraźni. Dlatego wydaje mi się, że nie potrzebuję tracić więcej czasu na zbijanie argumentu pierwszej przyczyny.


    www.AtheistCartoons.com


    Na koniec pozostało nam najważniejsze pytanie. Na jakiej podstawie i w jaki sposób mielibyśmy rozróżniać między wiecznym, nie mającym początku Wszechświatem, który jest zależny w swoim istnieniu od Boga, a wiecznym, nie mającym początku Wszechświatem, który nie jest od Boga zależny? Bo z tego, że Wszechświat jest wieczny i nie ma początku, nie wynika przecież, że musi on być koniecznie zależny od Boga. Gdyby tak miało być, to wtedy odnosiło by się to również do samego Boga. Teologia nie twierdzi jednak, że wieczny, nie mający początku Bóg-stworzyciel musi być koniecznie zależny w swoim istnieniu od czegoś lub kogoś innego!

    Należałoby rozważyć istotne przesłanki u podstaw tej wysoce spekulatywnej hipotezy o zależności istnienia wiecznego Wszechświata od Boga. Jak wynika z powyższych rozważań, istotnych przesłanek brak. O ile istnienie naszego Wszechświata jest dla nas bezpośrednim, namacalnym faktem, o tyle przypuszczalne istnienie Boga-stworzyciela może być w najlepszym przypadku tylko aksjomatem roboczej hipotezy lub dogmatem teologii. Czy Bóg-stworzyciel nie okazał się jednak bytem zbytecznym?

    Stanowisko próbujące dowodzić tezy o istnieniu transcendentnego stwórcy Wszechświata przy pomocy argumentów czysto filozoficznych już dawno ujawniło swoją całkowitą jałowość oraz brak jakiejkolwiek wartości dowodowej i poznawczej. Mimo pobożnych życzeń jego zwolenników nie tylko nie może rościć sobie pretensji do wyższości w stosunku do naukowych prób rozwiązania zagadnienia genezy Wszechświata, ale nie może nawet stanowić dla nich równouprawnionej alternatywy. Pierwszą rzeczą, jaka natychmiast rzuca się w oczy przy analizie tego podejścia, jest jego absolutna jałowość. Oderwanie od faktów, od wiedzy empirycznej, uniemożliwia tu jakikolwiek postęp w kierunku rozwiązania rozpatrywanych problemów. Wiadomo, że kryterium prawdziwości teorii jest potwierdzenie jej przewidywań w testach empirycznych. Wiadomo też, że nie jest to kryterium absolutnie pewne i że opirając się na badaniach i faktach empirycznych nie możemy uniknąć pomyłek. W poszukiwaniu racji absolutnie niezawodnych i niepodważalnych, teologowie łudzą się, że racji takich dostarczy im czysta metafizyka, abstrahująca od niepewności wynikających z polegania jedynie na badaniach i faktach empirycznych. Zatem ta pozorna niezawodność i niepodważalność twierdzeń metafizyki i teologii, ich pozorna trwałość, o jakiej nie może nawet marzyć klasyczny dowód naukowy, jest zwyczajnym złudzeniem. Takie teologiczne spekulacje wydają się być niezawodne i niepodważalne jedynie dlatego, że są arbitralnymi spekulacjami, których nigdy nie będzie można skonfrontować z rzeczywistością. Jedynym argumentem na rzecz prawdziwości tych teologicznych spekulacji może być zaledwie ślepy, irracjonalny upór ich twórcy. A taki irracjonalny upór prowadzi do inkwizycyjnych prześladowań i wojen religijnych.


  13. NOWA FIZYKA I KOSMOLOGIA PRZYSZŁOŚCI
  14. Lee Smolin W recenzji książki „Kłopoty z fizyką” Przemek Myszka napisał:

    Fizyka jest w tarapatach, i to nielichych – zdaje się mówić autor "Kłopotów z fizyką", Lee Smolin, wieloletni profesor, ale nade wszystko pasjonat fizyki teoretycznej. Jak to się dzieje, że fizyka nagle na przełomie lat ’70 i ’80 ubiegłego wieku stanęła jak wryta i nie może dokonać znaczącego postępu? Przecież od czasów Galileusza, Keplera i Newtona tryumfalnie prze naprzód, dokonując rewolucji w naszym postrzeganiu świata. Mniej więcej co 25 lat następował przełom, a ich kumulacja doprowadziła do tak wspaniałych odkryć jak szczególna i ogólna teoria względności Einsteina oraz standardowy model fizyki cząstek. Tyle tylko, że ostatnia rewolucja, nazywana przez Smolina Einsteinowską, nie została doprowadzona do końca. Ba! Wydaje się, iż niektóre z jej fundamentalnych osiągnięć (np. że geometria przestrzeni nie jest stała, a w związku z tym jest dynamiczna i rozwija się w czasie; że teoria ją opisująca musi być niezależna od tła) zostały w ogóle zapomniane! Kłopoty z fizyką, na najbardziej fundamentalnym poziomie, objawiają się w pięciu wielkich problemach, których prawdziwego rozwiązania nikt do tej pory nie podał. O tym traktuje Część I: "Niedokończona rewolucja", gdzie Smolin rysuje portret fizyki aż do obecnego kryzysu. [...]Smolin zaprasza w Części III do zapoznania się z odmiennymi podejściami do podstawowych zagadnień w fizyce. Rozpoczyna od tego, jak świat, który staramy się poznać, zaskakuje nas doświadczeniami czy danymi, jakich kompletnie się nie spodziewaliśmy. Jest to wspaniały przykład bodźca od samego przedmiotu poznania (będącego w dodatku największym laboratorium), starającego się wymóc na nas intelektualny wysiłek, aby lepiej go zrozumieć. Następnie mamy panoramę nietuzinkowych fizyków – niepokornych rewolucjonistów – wespół z ich teoriami, idącymi pod prąd głównemu nurtowi: podwójna szczególna teoria względności, teoria przyczynowej dynamicznej triangulacji, pętlowa kwantowa teoria grawitacji oraz parę innych pomysłów, które starają się popchnąć fizykę do przodu i odpowiedzieć na jej wielkie pytania. Rozdziały składające się na część "Poza teorią strun" są nie tylko fascynujące z racji omawiania śmiałych projektów, ale także dlatego, że Smolin zawsze wpierw dostrzega osobę stojącą za pomysłem, starając się w paru zdaniach opisać jej charakter, a i czasami barwne perypetie. Książka kończy się Częścią IV: "Ucząc się z doświadczenia", która skupia się na świecie akademickim, prawach nim rządzącymi oraz atmosferą powstałą po rewolucjach superstrunowych. Smolin dokonuje również refleksji nad tym, czym właściwie jest nauka i z jakimi typami naukowców mamy do czynienia (krytykuje mentalność niektórych zwolenników teorii strun, którzy czasami przypominają bardziej wyznawców jakiegoś kultu niż osoby z wykształceniem w dziedzinie nauk ścisłych). Muszę przyznać, że rozdziały składające się na ten fragment książki są interesujące, ponieważ pozwalają poznać świat nauki niejako od kuchni. Choć zarysowany obraz nie jest zbyt optymistyczny – w świecie fizyki teoretycznej zapanowała zgubna stagnacja, spowodowana dominacją teorii strun, a przez to osób i funduszy faworyzujących główny nurt badań – to jednak autor "Kłopotów z fizyką" nie traci werwy, wskazując oznaki odmiany ku lepszemu, bardziej zróżnicowanemu kierunkowi dociekań w fizyce współczesnej. Osobną kwestią jest swoista barwność tej części książki; Smolin opowiada o swoich doświadczeniach, momentach wahania, a nawet zwątpieniu, lecz również chwilach tryumfu, utwierdzających go w sensowności tego, co uwielbia robić, czyli rozmyślania nad fundamentalnymi sprawami czasu, przestrzeni, kwantów. Lee Smolin wielokrotnie powtarza, że jeśli chce się robić coś, co uważa się za fascynujące i warte zgłębienia (wszystko jedno czy w fizyce, czy w jakiejkolwiek innej dyscyplinie), należy to robić, bez względu na głosy ludzi uważających to za bzdury. Bez intelektualnych rewolucjonistów pokroju Einsteina, Bohra, Heisenberga oraz Schrödingera nie zaszlibyśmy tak daleko. Pora dokończyć rewolucję.


    Tak. Zdecydowanie. Pora dokończyć rewolucję! Potrzebna jest nam w tym celu nowa fizyka i kosmologia na miarę XXI wieku. Lee Smolin, wykładowca Center for Gravitational Physics and Geometry Pennsylvania State University, został nazwany przez magazyn Discover” nowym Einsteinem. Chyba nikt lepiej nie rozumie kłopotów z fizyką od Lee Smolina. W swojej książce Życie Wszechświata” wyraził tę wątpliwość i nadzieję:

    Naprawdę, nie wiem, jak nauka mogłaby doprowadzić nas do zrozumienia tych problemów. Być może zatem musi zostać miejsce na mistycyzm. Ale mistycyzm nie jest metafizyką, a tylko tę usiłuję wyeliminować.”

    Być może zatem musi zostać miejsce na mistycyzm w nauce. Ale mistycyzm nie jest metafizyką. To ważne, bowiem metafizyka to filozoficzne spekulacje nie podlegające zasadzie falsyfikowalności sformułowanej przez Karla Poppera, a doświadczenia mistyczne to bezpośrednie doświadczenia empiryczne, gdzie związane z nimi hipotezy spełniają kryterium falsyfikowalności.

    Wbrew pozorom, dialog na styku nauki i mistycyzmu nie jest nowym pomysłem. Pionierami tej śmiałej idei byli m.in.: Michael Talbot Mistycyzm i Nowa Fizyka”, Fritjof Capra Tao fizyki. Przedstawienie równoległości między współczesną fizyką a mistycyzmem Wschodu” oraz Gary Zukav Tańczący Mistrzowie Wu-Li. Spojrzenie na Nową Fizykę”. Obecnie idea dialogu na styku nauki i mistycyzmu jest kontynuowana m.in. przez takich autorów, jak np. Dean Radin, Alan Wallace oraz The Mind & Life Institute. Godna polecenia jest książka Co my tak naprawdę wiemy!?”. Jak antycypował to Lee Smolin, nowa fizyka i kosmologia na miarę XXI wieku zaczyna już powoli wyłaniać się z profesjonalnego, poważnego dialogu na styku nauki i mistycyzmu. Oto fragment wstępu do książki „Nowa Fizyka i Kosmologia”:

    Fizyka i kosmologia dwudziestego wieku przedstawia nam zrozumienie świata, całkowicie przeczące całemu zestawowi pojęć, które odziedziczyliśmy po wieku XIX. Ich twórcy, tytani nauki tacy jak Galileusz i Newton, Kopernik, Kepler, Faraday i Maxwell, dysponowali całkowicie odmienną metodologią badań, mieli inne rozumienie Wszechświata niż średniowieczni i antyczni filozofowie. Nowa nauka bazowała na eksperymencie, systematycznych obserwacjach i nowatorskich, teoretycznych modelach. Sukces nowej nauki, zarówno w kwestii zdolności przewidywania, jak i skuteczności wyprodukowanych maszyn, był zdumiewający. Teoria dynamiki Newtona została zastosowana w odniesieniu do ruchu ciał niebieskich, tłumacząc ich trajektorie tymi samymi oddziaływaniami, które można spotkać również na Ziemi - rzecz nie do pomyślenia dla antycznych greckich filozofów. Do nowej nauki o elektromagnetyzmie włączono optykę i stworzono rozbudowaną teorię pola oddziaływań sił elektrycznych i magnetycznych a nawet, w analogiczny sposób, grawitacyjnych. Pod koniec XIX wieku sukces fizyki był tak ogromny, że między innymi lord Kelvin oświadczył, iż Wszechświat w całości został już zbadany, a do uzupełnienia zostało tylko parę nieistotnych szczegółów. Był jednak wystarczająco bystry, by wskazać na horyzoncie dwie "chmury", nie pasujące do tego optymistycznego poglądu: bezowocne poszukiwania eteru Michaelsona i Morleya oraz fakt, iż teoria nie była w stanie przewidzieć spektrum światła emitowanego przez materię w wysokich temperaturach. Pierwsza "chmura" przyniosła teorię względności, natomiast druga - mechanikę kwantową. Okazało się, że nawet jeśli lord Kelvin był arogancki, to był również przewidujący. W ciągu trzech stuleci rozwoju klasycznej fizyki i kosmologii, mechanistyczny i materialistyczny charakter teorii fizycznych zdominował myślenie ludzi na Zachodzie również poza obrębem tej dziedziny nauki. Dzięki pracy takich filozofów jak Kartezjusz, Kant czy Locke, filozofia znalazła się pod wpływem nauki. Nauki o życiu także zaczęły poszukiwać swojej drogi rozwoju, która byłaby równie precyzyjna jak fizyczna metodologia. Genetyka, ewolucjonizm i biologia komórkowa zajęły miejsce biologii całych organizmów i historii naturalnej. Sam umysł, dotychczas rozumiany jako manifestacja duszy, z czasem również stał się częścią mechanistycznego modelu Wszechświata. Na początku XX wieku siedemnastowieczna fizyka podbiła przyległe obszary wiedzy i przygotowywała się do ataku na sam umysł. Zachód został zdominowany przez jeden, obowiązujący, mechanistyczny paradygmat i związaną z nim materialistyczną metafizykę. Z nastaniem XX wieku teorie mechaniki kwantowej i względności stały się nieporównywalnym do niczego, co miało miejsce do tej pory, wyzwaniem dla współczesnego poglądu na świat. W dalszym ciągu próbujemy zrozumieć ich implikacje, kwestionując odziedziczone po ubiegłych stuleciach proste i mechanistyczne rozumienie natury materii i kosmosu, zastępując te przestarzałe poglądy danymi, nie pasującymi już do niesionego przez nie obrazu świata. Co więcej, zarówno teoria mechaniki kwantowej jak i względności przypisują nową rolę obserwatorowi. Trudno przecenić wagę tych odkryć. Konsekwencje odkryć XX wieku dla współczesnej fizyki i kosmologii są przeogromne, zmieniają rozumienie czasu i przestrzeni, ostatecznej natury materii i ewolucji Wszechświata. Wywierają istotny wpływ na nasze filozoficzne dywagacje. Skoro filozoficzne implikacje nowej fizyki wciąż są na Zachodzie odkładane na bok, jakiż temat mógłby być lepszy na rozmowę z jednym z najbardziej znanych przedstawicieli buddyzmu? Dalaj Lama, pełniący rolę duchowego przywódcy Tybetańczyków, jest doskonale obeznany w buddyjskiej filozofii, epistemologii i tantrycznym mistycyzmie. Wszyscy byliśmy ciekawi jego reakcji na konceptualne rewolucje sprowokowane odkryciami współczesnej fizyki, chcieliśmy również omówić z nimi ich filozoficzne powiązania. Chociaż buddyzm niewiele ma do czynienia ze szczegółowymi teoriami nowoczesnej nauki, od dawna bada fundamentalną naturę zjawisk i umysłu, dogłębnie analizuje doświadczenie, rozumowanie, przyczynowość oraz rolę koncepcji i teorii w naszym myśleniu. Buddyjska refleksja obejmuje również historię fizycznego Wszechświata i proponuje wersję wydarzeń nie odbiegającą od poglądów współczesnych kosmologów. W odpowiedzi na grad pytań Dalaj Lamy, trzech fizyków i dwóch astrofizyków naświetlało odkrycia nauki z zakresu mechaniki kwantowej, teorii względności i współczesnej kosmologii. Po południu spotkania przybierały luźniejszy charakter; ich tematem były niezwykle interesujące, filozoficzne implikacje idei rozpatrywanych na porannych wykładach. Wielce pomocny okazał się harwardzki filozof i azjatycki historyk prof. Tu Weiming, który rozumiejąc zarówno wschodnią jak i zachodnią filozofię poszerzał nasze horyzonty. W miarę podejmowanych prób lepszego zrozumienia paradoksalnych zjawisk, które są opisywane w "Nowej Fizyce i Kosmologii", każdego dnia rozmowy stawały się coraz ciekawsze. Dalaj Lama brał żywy udział w tych dyskusjach. Piątego dnia austriacki fizyk, prof. Anton Zeilinger, z pełnym uznaniem nazwał Dalaj Lamę prawdziwym człowiekiem nauki i zaprosił go do swojego laboratorium w Innsbrucku.”

    W rozdziale dziesiątym książki „Nowa Fizyka i Kosmologia” pada pytanie: Co spowodowało Wielki Wybuch? Naukowcy zgodnie przyznali, że obecnie nauka nie zna odpowiedzi na to fascynujące pytanie, jak również nie ma pojęcia, co mogłoby przybliżyć ją do uzyskania takiej odpowiedzi. Natomiast z punktu widzenia kosmologii buddyjskiej, jak wyjaśnia Dalaj Lama w odpowiedzi na pytanie naukowców, Wszechświat istnieje jako nieskończony ciąg przyczynowo-skutkowy - kontinuum pozbawione absolutnego prapoczątku i praprzyczyny, takiej jak np. Bóg-stworzyciel, Wielki Wybuch lub inna "zasada twórcza", która stwarzałaby wszystko, sama nie będąc stworzoną przez nic.



    Karen Armstrong, autorka książek z dziedziny historii religii, m.in. Historia Boga”, popularyzatorka i badaczka tradycji religijnych, tak pisze o książce Wszechświat w atomie. Gdy nauka spotyka się z duchowością”: „Z rozbrajającą szczerością, pokorą i szacunkiem J. Ś. Dalaj Lama odsłania przed nami związki religii z nauką, pokazuje, jak mogą się nawzajem potwierdzać i weryfikować swe stanowiska. Łącząc tradycyjne nauki buddyjskie z odkryciami współczesnej fizyki i biologii, wzbogaca tak kontrowersyjne zagadnienia, jak początek Wszechświata, natura ludzkiej świadomości, teoria ewolucji czy inżynieria genetyczna, o głęboki wymiar duchowy, a jednocześnie pokazuje, jak związane z nimi pytania mogą wspomóc nasze poszukiwania najgłębszego znaczenia. Najważniejsze jednak, że jego delikatne, lecz niesłabnące wezwania do współczucia są nam teraz tak bardzo potrzebne, w świecie targanym wojnami i konfliktami.”

    W rozdziale czwartym „Wszechświata w atomie” J.Ś. Dalaj Lama przywołuje dwie wybitne postacie z historii buddyzmu Indii, Asangę i Dharmakirtiego. Asanga i Dharmakirti zaliczani są w poczet tzw. sześciu Ornamentów tradycji mahajany. Asanga, to wielki buddyjski mistrz i filozof żyjący w Indiach w IV wieku, twórca szkoły filozoficznej jogaczara. Dharmakirti, to wielki buddyjski mistrz i filozof żyjący w Indiach w VII wieku, twórca podstaw buddyjskiej logiki. W rozdziale czwartym, zatytułowanym „Wielki Wybuch a buddyjski model Wszechświata pozbawionego początku”, J.Ś. Dalaj Lama przypomina, że to Dharmakirti w jednym ze swoich siedmiu słynnych traktatów, „Pramanaviniscaya” ( „Wyjaśnienia dotyczące prawidłowego epistemologicznego poznania” ), raz na zawsze obala najważniejsze filozoficzne argumenty i "dowody" na rzecz istnienia Boga-stworzyciela, Stwórcy Wszechświata. Natomiast Asanga, jak zauważa Dalaj Lama, analizując wszelkie możliwe sposoby, w jakie Wszechświat mógłby istnieć, dochodzi do wniosku, że Wszechświat może istnieć tylko jako nieskończony ciąg przyczynowo-skutkowy - kontinuum pozbawione absolutnego prapoczątku i praprzyczyny, takiej jak np. Bóg-stworzyciel, Wielki Wybuch lub inna "zasada twórcza", która stwarzałaby wszystko, sama nie będąc stworzoną przez nic. Dalaj Lama wyjaśnia, że taki ciąg przyczynowo-skutkowy składa się z nieskończonego szeregu następujących po sobie wszechświatów, gdzie wszechświat poprzedzający warunkuje wszechświat po nim następujący, będąc w ten sposób również jego przyczyną. Każdy wszechświat z osobna jest również ciągiem przyczynowo-skutkowym. Każdy wszechświat przechodzi przez cztery fazy swojego istnienia: formowania, stabilizacji, destrukcji oraz tzw. "pustej przestrzeni" lub “pustego eonu”, gdy wszystko, co zostało po fazie destrukcji, to tzw. elementarne "cząstki przestrzeni". Być może moment przejścia z jednego wszechświata do kolejnego, czyli moment przejścia z ostatniej fazy pustej przestrzeni do pierwszej fazy formowania można by właśnie określić terminem „wielkiego wybuchu”. Jak dodaje Dalaj Lama, liczba takich równoległych ciągów przyczynowo-skutkowych jest nieograniczona, co znajduje swój odpowiednik w modelach hiperwszechświata( metawszechświata ), albo wieloświata( multiwersum ) kosmologii kwantowej. Alexander Berzin tak w skrócie przedstawia buddyjski opis wszechświata według Tantry Kalaczakry:

    Opis wszechświata według Tantry Kalaczakry całkowicie różni się od prezentowanego przez inny główny buddyjski system metafizyki, abhidharmę, czyli ‘kwestie dotyczące specjalnej wiedzy’. Istnieją, oczywiście, elementy wspólne dla obu systemów, które można również znaleźć w indyjskich opisach nie związanych z buddyzmem. W ich skład wchodzą wielorakie wszechświaty, przechodzące przez różne fazy, nie mający początku czteroczęściowy cykl powstawania, stabilizacji, zniszczenia i pustki. Każdy wszechświat posiada swoją centralną górę, Meru, otoczoną przez kontynenty, niebiosa i piekła. Główna różnica pomiędzy tymi dwoma buddyjskimi systemami dotyczy specyfiki owego czteroczęściowego cyklu, oraz kształtu i wielkości wszechświata, Góry Meru i kontynentów. Znaczące jest, że buddyzm oferuje dwa opisy wszechświata. Oba służą odmiennym celom, żaden z nich jednak nie jest przeznaczony do tego, aby korzystać z niego podczas nawigacji statku. Dzięki temu współczesny naukowy opis wszechświata może być w pełni zaakceptowany w buddyzmie, jako służący do odbywania podróży i nie ma żadnej sprzeczności w występowaniu wielu opisów. Opis jakiegoś zjawiska zależy zatem nie tylko od pojęciowej bazy autora i odbiorców, ale także od celu, jakiemu ma służyć. Obraz wszechświata abhidarmy ma na celu pomóc praktykującemu rozwinąć rozróżniającą świadomość poprzez pracę ze skomplikowanym systemem o wielu zmiennych. Cel wersji Kalaczakry jest zupełnie inny. Jest to buddyjski ekwiwalent jednolitej teorii pola, który w analogiczny sposób wyjaśnia strukturę funkcjonowania kosmosu, atomów, ludzkiego ciała i doświadczenia ponownych narodzin. Ta jednolita teoria jest potrzebna, aby stworzyć wszechstronną podstawę obejmującą samsarę w takim stopniu w jakim to tylko możliwe oraz ukierunkować praktyki medytacyjne alternatywnej Kalaczakry na uzyskanie wyzwolenia i oświecenia. Opis zewnętrznych i wewnętrznych światów w kategoriach ich jednoczących analogii, odkrywa ich wspólną podstawę, z której obywa się wywodzą – umysł przejrzystego światła. Wiatry karmy, które dostarczają impulsów koniecznych do rozwoju danego wszechświata, pochodzą ze zbiorowej karmy w umysłach przejrzystego światła niegdyś żyjących istot. Te umysły przejrzystego światła pozostają obecne podczas pustych eonów pomiędzy epokami wszechświata. Podobnie, wiatry karmy, które wywołują impulsy konieczne do narodzin danej istoty, powstają z indywidualnej karmy w umyśle przejrzystego światła tej istoty. Ten umysł przejrzystego światła, również trwa podczas okresów bardo, pomiędzy narodzinami. Medytacja w zgodności z cyklami, przez które przechodzą zewnętrzne i wewnętrzne światy – a w szczególności, w zgodności z tym, jak każdy z tych cykli co pewien czas powraca do swojej podstawy przejrzystego światła – dostarcza środków do osiągnięcia tej podstawy. Jest to wyjątkowa cecha metody tantry anuttarajogi. Kiedy uzyskuje się dostęp do umysłu przejrzystego światła, możliwe jest przeprowadzenie koniecznych zmian – mianowicie, poprzez koncentrację na pustce, wyeliminowanie błędnego postrzegania i instynktów, które ją zasłaniają – tak, ażeby podstawa już więcej nie doprowadzała do powstawania problemów i cierpienia, związanych z zewnętrznymi i wewnętrznymi cyklami. Taki jest najważniejszy powód, dla którego proporcje i kształt wszechświata, ludzkiego ciała, mandali i ciała Buddy Kalaczakry są wszystkie takie same. Jednym z najbardziej interesujących elementów opisu wszechświata Kalaczakry są tak zwane "cząstki przestrzeni". Tantra Kalaczakry dużo miejsca poświęca cząstkom atomowym i sześciu elementom – ziemi, wodzie, ogniowi, wiatrowi, przestrzeni i świadomości albo głębokiej świadomości. Ostatni element nie jest fizyczny i odpowiada pierwotnemu umysłowi przejrzystego światła, podstawie, z której wyłaniają się mniej subtelne elementy i na której spoczywają. Pięciu mniej subtelnym elementom odpowiada pięć typów cząstek atomowych lub subatomowych – ziemi, wody, itp. – każda kolejna subtelniejsza od poprzedniej. Najsubtelniejsze są cząstki przestrzeni. W Kalaczakrze, "cząstki przestrzeni" są bezpośrednio związane z początkową fazą "formowania" wszechświata. Opis ten wzbudził zainteresowanie naukowców, ponieważ niektóre jego elementy można porównać ze współczesnymi ideami dotyczącymi struktury wszechświata. Wszystkie wszechświaty zbudowane są z cząstek atomowych. Według teorii obecnie przyjmowanej przez naukę, wszechświat zaczyna się wielkim wybuchem, rozszerza się dzięki temu, że cząstki i atomy stają się coraz bardziej złożone i łączą się ze sobą, a następnie kurczy się i kończy się wielkim “chrupnięciem”. Podobnie, Kalaczakra opisuje eony formowania się wszechświata, kiedy cząstki atomowe również łączą się ze sobą, po których następują eony trwania wszechświata i jego rozpadu. Szczególnie godny zainteresowania jest okres pomiędzy tymi cyklami. Buddyzm nazywa te okresy “pustymi eonami”. Według opisu abhidharmy, podczas pustych eonów, podstawowe elementy istnieją jedynie w formie potencjalnej. Jednakże nauki Kalaczakry mówią, że w tym okresie istnieją jedynie cząstki przestrzeni. W tym kontekście, cząstki przestrzeni składają się ze śladu mniej subtelnych cząstek wszechświata, które już nie są połączone ze sobą. W kategoriach współczesnej nauki, jest to sytuacja, w której nie obowiązują zwyczajne prawa fizyki, jak w przypadku czarnych dziur. Pusty eon kończy się kiedy impuls wywołany mocą wiatrów karmy powstałej z działań czujących istot z poprzedniego eonu, sprawia, że subatomowe cząstki znów łączą się ze sobą i ponownie zaczynają obowiązywać zwyczajne prawa fizyki. Tak więc, podczas pustego eonu, cząstki przestrzeni danego wszechświata są czymś w rodzaju super skondensowanego jądra jego materii, z którego rozwinie się następna faza ekspansji..”


  15. NIETEISTYCZNY MISTYCYZM BUDDYZMU
  16. W wywiadzie opublikowanym w „Dialogu i Uniwersalizmie”, ks. Andrzej Woźnicki pyta Jego Świątobliwość Dalaj Lamę: „Jan Paweł II powołuje się na buddyzm, jako religię ateistyczną. To stwierdzenie Papieża wywołało negatywne reakcje w środowisku buddyjskim. Jak Wasza Świątobliwość interpretuje ateizm buddyzmu?” Dalaj Lama wyjaśnia:

    Buddyzm jest swego rodzaju ateizmem. Choć nie rozumiem znaczenia słowa ateizm w zachodnim rozumieniu, wiem, że oznacza ono nauczanie bez idei istnienia Stwórcy. To znaczenie istnieje w buddyzmie. Buddyzm, janseizm i wiele innych dawnych wierzeń hinduskich, nie akceptowały idei Stwórcy. Widziane z tej strony, mogą zostać uznane za religie ateistyczne. Ale taki ateizm należy odróżniać od radykalnej jego postaci, która oznacza negację jakiegokolwiek Boga, nihilizm. Nazywam ją radykalnym ateizmem. Tak samo prawdziwe jest to określenie dla komunizmu negującego istnienie wszystkich religii i postulującego radykalny materializm. Komunizm dozwala jedynie istnienie tych rzeczy, które można dostrzec, nie ma w nim miejsca na zjawiska niematerialne, duchowe. Nie ma Boga, następnego życia, nawet świadomości. A wielu z tych radykałów nie akceptuje istnienia umysłu.

    Buddyzm nie jest radykalnym ateizmem. Kanadyjski tybetolog Glenn Mullin, autor około 25 książek z dziedziny buddyzmu tybetańskiego, tak precyzuje charakter buddyjskiego ateizmu w polemice z zarzutami Papieża Jana Pawła II:

    Papież Jan Paweł II w swojej ostatniej książce "Przekroczyć próg nadziei", wyłuszczył swoje poglądy na niektóre spośród innych głównych światowych religii, w tym buddyzmu. Wielu niechrześcijan na całym świecie poczuło się dotkniętych jego raczej poczynionymi na poczekaniu komentarzami do ich tradycji, uznając je za elitarne, dbające tylko o siebie i protekcjonalne. Buddyści w Ameryce Północnej, gdzie w ciągu ostatnich dwóch pokoleń popularność buddyzmu gwałtownie wzrosła, w sposób szczególnie otwarty wyrazili swoje oburzenie. Kolumny gazet zawierające listy od czytelników od Los Angeles do Nowego Jorku były wypełnione listami wyrażającymi niezadowolenie i irytację. Większości skarg nie przeszkadzał fakt, że papież skrytykował buddyzm, ale to, że jego analiza ujawniła kompletny brak zrozumienia zagadnienia. W azjatyckich religiach istnieje zdrowa tradycja otwartej debaty i argumentacji, będąca integralną częścią ich intelektualnego dziedzictwa, lecz zawsze oczekuje się, że każdy, kto chce podjąć debatę, powinien przynajmniej zadać sobie trud zdobycia poprawnych informacji odnośnie obiektu swojego ataku. Jeśli się tego nie zrobi, jest się jak łucznik, który strzela do niewidocznej tarczy. Jego strzały nie znajdują się w parametrach celu. [...]Papież Jan Paweł II ma tylko w połowie rację, kiedy nazywa buddyzm ateistycznym. Jak taoizm i konfucjanizm w Chinach, jak dżinizm w Indiach, tak i buddyzm próbuje przedstawić duchową ścieżkę bez koncepcji boga jako bytu stwórczego i podtrzymującego, która jest logicznie nie do przyjęcia, filozoficznie płytka i emocjonalnie przeładowana. Ponieważ jednak buddyzm ogólnie określa się jako religię, a "religia" w swoich definicjach zawiera pojęcie boskiej zasady, być może lepiej byłoby określić go jako "parateizm" niż "ateizm". [...]dlatego, chociaż buddyzm nie jest systemem teistycznego oddania i czci jak chrześcijaństwo, jest parateistyczną duchową ścieżką, a nie - jak chciałby to widzieć papież - dobrotliwym i naiwnym ateizmem. Parateistyczne oddanie odgrywa istotną rolę we wszystkich szkołach buddyzmu. [...]kiedy dana osoba osiąga oświecenie, jej umysł przekształca się w dharmakaję i staje się "jednym smakiem" z dharmakają wszystkich innych istot, które kiedykolwiek osiągnęły oświecenie. Ta dharmakaja przenika całą egzystencję i jest zarówno wszechobecna, jak i wieczna. Doktryna dharmakaji jest czymś podobnym do chrześcijańskiej koncepcji Bóstwa, chociaż nie jest stwórcą, który podtrzymuje świat. Dlatego - w przeciwieństwie do pojęć teistycznych - jest to koncepcja parateistyczna.

    Buddyzm przedstawia duchową ścieżkę rozwoju bez koncepcji boga, jako bytu stwórczego i podtrzymującego, bo koncepcja ta jest logicznie nie do przyjęcia; jest ona filozoficznie płytka i emocjonalnie przeładowana. Poglądy te podziela m.in. Bhikkhu Bodhi. Czcigodny Bhikkhu Bodhi, mnich buddyjski w tradycji Therawady, urodził się w 1944 w Brooklinie w Nowym Jorku, jako Jeffrey Block. Uzyskał licencjat z filozofii w Brooklyn College w 1966, a także doktorat z filozofii w Claremont Graduate School w 1972. Czcigodny Bhikkhu Bodhi tak pisze o charakterze buddyjskiego ateizmu:

    Buddyzm jest systemem ateistycznym w tym znaczeniu, że nie przyjmuje istnienia wszechmocnego Boga stwórcy, głównego obiektu wiary i czci w religiach teistycznych. Jednak słowo "ateizm" nabrało współcześnie innych konotacji, które nie mają zastosowania do buddyzmu. Słowo to zaczęło dla wielu ludzi oznaczać odrzucenie duchowych i moralnych wartości i przyjęcie czysto materialistycznego poglądu na życie. Ponieważ buddyzm bez żadnych zastrzeżeń utrzymuje obiektywną wartość moralności i najwyższe prawo do duchowych wartości, dlatego całkowicie nieodpowiednie jest łącznie go z innymi postaciami ateizmu. Sami buddyści wolą, aby ich religię opisywać raczej jako "nieteistyczną", niż mówić o niej jako o "ateistycznej". O ile buddyzm odrzuca ideę osobowego Boga jako autora i administratora prawa moralnego, o tyle utrzymuje, że istnieje uniwersalne prawo karmy. Zgodnie z prawem karmy( kammy ), wszelkie nasze zdeterminowane moralnie działania niosą z sobą konsekwencje dla nas samych, konsekwencje, które pojawią się w tym lub w którymś z przyszłych naszych wcieleń[ reinkarnacja ]. Ta podstawowa zasada leżąca u podłoża prawa karmy polega na tym, że pozytywne czyny czyli czyny zakorzenione w szczodrości, dobroci i zrozumieniu, przyniosą w końcu szczęście i duchowy postęp, a negatywne czyny, czyli czyny zakorzenione w chciwości, nienawiści i niewiedzy, przyniosą cierpienie i duchowe zepsucie. W toku wędrówki w kole odradzania się[ reinkarnacja ], nasze rozstrzygające etycznie czyny w końcu powrócą do nas, określając sferę, w której się odrodzimy i rodzaje doświadczeń, jakie nas spotkają w toku życia.

    Zatem buddyzm jest systemem ateistycznym w tym sensie, że zdecydowanie odrzuca istnienie wszechmogącego Boga-stworzyciela oraz ideę Boga, jako autora i administratora prawa moralnego. Podczas seminarium Światowej Wspólnoty Medytacji Chrześcijańskiej WCCM Jego Świątobliwość Dalaj Lama tak opisał stosunek buddyzmu do idei wszechmogącego Boga-stworzyciela:

    Praktykujący buddysta musi zaakceptować pustość[ mądrość pustki ] jako ważną praktykę. Znam chrześcijańskich braci, którzy żywo interesują się buddyjską filozofią pustości zjawisk. Myślę jednak, że jeśli uzna się pustość[ mądrość pustki ], to nie ma miejsca dla Boga-stwórcy czy absolutu. Pustość zjawisk oznacza, że wszystko jest współzależne. Jeśli się przyjmie taki punkt widzenia, raczej trudno wyznawać ideę wiecznej duszy, absolutu czy wszechmogącego Boga-stworzyciela.

    W swojej książce „Radość życia i umierania w pokoju” Jego Świątobliwość Dalaj Lama rozwija ten temat dalej:

    Ponieważ rzeczy[ zjawiska ] pojawiają się i powstają do istnienia zgodnie z ich przyczynami, teksty buddyjskie nie zawierają opisu 'Ja', które doświadczałoby szczęścia i cierpienia niezależnie od przyczyn. Podobnie nie mówią o istnieniu niezależnego stwórcy wszechświata. Stwierdzenie o niezależnym 'Ja' czy niezależnym stwórcy przeczyłoby przedstawianiu rzeczy[ zjawisk ], jako zależnych wyłącznie od ich przyczyn[ i warunków ]. Kiedy się zgodzimy, że wszystko jest uwarunkowane, logiczne będzie, iż nie możemy zaakceptować istnienia 'Ja', które jest trwałe, niepodzielne i niezależne. Podobnie sprzeczne i niespójne logicznie byłoby uznanie istnienia niezależnego stwórcy wszechświata. Argumentem używanym do udowodnienia, że rzeczy[ zjawiska ] nie posiadają faktycznego istnienia[ są "Puste" ], jest stwierdzenie, że ich powstawanie zależy od innych przyczyn[ i warunków ] niż one same. Zależą one także od swych części składowych, jak również od myśli, która przypisuje im nazwy i znaczenia. Wszystko, co złożone jest z części składowych lub uzależnione od przyczyn i warunków, jest nietrwałe i przemijające. Wszystkie te rzeczy[ zjawiska ] nie trwają wiecznie i nieustannie się rozpadają. Ten rodzaj subtelnej nietrwałości potwierdzają także odkrycia fizyki kwantowej.”


    Dalaj Lama i Matthieu Ricard


    W książce, Nieskończoność w jednej dłoni” astrofizyk, profesor Trinh Xuan Thuan pyta: „Buddyzm neguje więc kategorycznie pojęcie Boga-Stwórcy, przez co sprzeciwia się religiom monoteistycznym. Czy nie jest to niezgodne z tolerancyjnym wizerunkiem buddyzmu? Jak pogodzić taką postawę z szacunkiem dla innych wierzeń?” Naukowiec-mikrobiolog i mnich buddyjski z tradycji Nyingma, Matthieu Ricard tak mu odpowiada:

    [ Z punktu widzenia buddyzmu ] nie jest konieczne wprowadzanie pojęcia zasady twórczej, która tworzyłaby wszystko, sama nie będąc stworzoną przez nic. Tolerancja, jakkolwiek byłaby wielka, nie implikuje zgody na takie metafizyczne punkty widzenia, których się nie podziela, lecz szacunek dla dróg osobistej przemiany, które korespondują z naturą i dyspozycjami innych istot. Wszystko zależy również od koncepcji, jaką się posiada na temat Boga. Zacytujmy Dalaj Lamę: 'Jeśli rozpatrujemy Boga nie tyle w terminach boskości osobowej, lecz jako podstawę bytu, to cechy takie jak współczucie również mogą być jej przypisane. Jeżeli rozumie się Boga w takich kategoriach, to istnieje możliwość ustalenia związków z pewnymi elementami myśli i praktyki buddyjskiej'. Ale nie chodzi też o tworzenie synkretycznej mieszaniny złożonej ze wszystkich religii, duchowych ścieżek, nauk, wszystkich humanizmów i agnostycyzmów istniejących na tej planecie! Nie taki jest cel tolerancji. 'Nie jestem skłonny do szukania jednej uniwersalnej religii. Nie sądzę, żeby to było rozsądne. Jeśli zbyt daleko posuniemy się w poszukiwaniu podobieństw, jednocześnie ignorując różnice, to doprowadzimy dokładnie do tego!' - dodaje Dalaj Lama. Stanowiska metafizyczne muszą być jasno wyrażone; nie ma żadnego powodu, by utrzymywać na ich temat jakieś dwuznaczności. Jeśli udowodni się, że są błędne, to buddyzm będzie gotów do zaakceptowania własnych pomyłek. Nietolerancja polega na byciu tak bardzo przekonanym do wyznawanej przez siebie prawdy, że chce się ją wszystkim narzucić, czy to w łagodny sposób, czy też - niestety - przemocą. Trzeba mieć wystarczająco otwarty umysł, żeby zrozumieć, że to, co nam odpowiada, niekoniecznie odpowiada całemu światu. [...]Jeśli osobowy Stwórca stwarza takie okoliczności, jak na przykład piekielne cierpienia, bez udziału własnej woli, to przestaje być wolny i staje się zależny. Jeśli jednak chce tego, staje się zależny od swoich pragnień, więc jego niezależność zostaje osłabiona. Gdyby wreszcie stworzył wszelkie możliwe cierpienia, to czy byłby święty, skoro pogrążanie innych w cierpieniu nie jest działaniem świętego? Niektórzy mówią, że stwórca mógłby stworzyć świat stopniowo. Implikowałoby to, że przyczyny Wszechświata są liczne i stwórca nie dysponował nimi wszystkimi na początku swojego procesu tworzenia. W takim razie skąd brałby te przyczyny później? Inni jeszcze utrzymują, że akt kreacji jest ponadczasowy, że stwórca nieustannie tworzy świat w swoim ponadczasowym 'Teraz'. Dotychczas wyobrażaliśmy sobie kreację w aspekcie następstwa zdarzeń, które z punktu widzenia stwórcy są faktycznie równoczesne. Gdyby wszystkie zdarzenia Wszechświata, przeszłe, obecne i przyszłe, były równoczesne z punktu widzenia Stwórcy, pociągałoby to za sobą absolutny determinizm. Ten punkt widzenia czyniłby daremnymi wszelkie zamierzone starania człowieka związane z duchową przemianą, która rozproszyłaby niewiedzę i doprowadziła do wiecznego zbawienia. Natomiast buddyjska idea pojawiania się zjawisk dzięki nie mającej początku ani końca grze współzależnych relacji unika absolutnego determinizmu. Również zasada nieokreśloności kwantowej odrzuca ideę Wszechświata totalnie deterministycznego.

    Podobne wątpliwości podzielał średniowieczny niemiecki dominikanin, teolog Johannes Eckhart von Hochheim(1260-1327). Filozof Leszek Kołakowski(1927-2009) w swojej książce O co nas pytają wielcy filozofowie” tak pokrótce referuje niektóre wątpliwości Eckharta:

    Eckhart czyni rozróżnienie między Bogiem-osobą, jakim jest Bóg w Trójcy Świętej, a boskością - niewysłowionym, niepojętym dnem bytu, którego Bóg-osoba jest przejawieniem. Pewnie trudno by znaleźć podstawę tego rozróżnienia w Biblii. Ale to rozróżnienie trafia w najbardziej kłopotliwą, bolesną sprawę mowy teologicznej. Osobą jest każdy z nas, ludzi żyjących. Bóg tedy, jeśli jest osobą, jest nią w tym samym sensie, co ja i ty. Nie wiemy jednakże, jak ktoś, kto jest osobą właśnie, może być wszechobecny, żyć poza czasem tak, że przeszłości i przyszłości żadnej nie ma, ani pamięci, ani przewidywania, ale wszystko w nieruchomym "teraz" ogląda. Nie rozumiemy, co to znaczy, że ów absolut bezczasowy świat cały razem z czasem z nicości stworzył. I po co Mu był ten świat, skoro byt w sobie zamknięty i doskonały niczego nie potrzebuje? Powiada Eckhart, że wolno uznać, iż świat był odwieczny. Wydaje się to przeciwne biblijnej idei stworzenia. Z drugiej strony, skoro Bóg jest bezczasowy, byłoby bluźnierstwem i obrazą boską sądzić, że w jakimś momencie postanowił świat stworzyć.

    Ex nihilo nihil fit. Wspomniana wyżej nie mająca początku ani końca gra współzależnych relacji”, to buddyjski synonim Bytu, rzeczywistości, wszechświata, pozbawionego absolutnego prapoczątku, praprzyczyny, takiej, jak Wielki Wybuch( Big Bang ), wszechmogący osobowy Bóg-stworzyciel i jego prestidigitatorskie Creatio ex nihilo, lub jakiejkolwiek innej Zasady Twórczej, która stwarzałaby wszystko, sama nie będąc stworzoną przez nic. Powiada teolog Eckhart, że wolno uznać, iż świat był odwieczny. W Nottingham w Anglii( 26 maja 2008 ) Jego Świątobliwość Dalaj Lama tak scharakteryzował buddyzm, jako duchową tradycję:

    BuddhaW dialogu między religijnym zawsze stawia się trzy pytania: „Kim jestem?” („Czym jest jaźń”); „Skąd pochodzi «ja» czy jaźń?”; „Czy istnieje początek i co się w końcu stanie, czy istnieje koniec?” W ciągu ostatnich ponad trzech tysięcy lat rozwinęły się różne tradycje religijne i próbowały one odpowiedzieć na te trzy pytania. Wszystkie główne religie mają dwa aspekty: stronę religijną i stronę filozoficzną – innymi słowy, aspekt, którego zadaniem jest zajmowanie się praktycznymi naukami mającymi za zadanie „ujarzmienie serca” oraz podstawy filozoficzne, które mają na celu uzasadnienie tych nauk. Wiara i rozum muszą w ten sposób współpracować we wszystkich tradycjach. Buddyzm mówi, że praktyczne nauki są stroną „metod”, a nauki filozoficzne, które je wspierają, są stroną „mądrości”. Strona praktyczna obejmuje jako metodę przede wszystkim rozwinięcie w sobie życzenia [takiego jak pragnienie, aby być w stanie pomóc wszystkim przezwyciężyć cierpienie]. Mówimy o dwóch kategoriach religii: zakładających istnienie Boga Stwórcy i bez Boga Stwórcy. W buddyzmie nie ma Boga Stwórcy. Z teistycznego, religijnego punktu widzenia buddyzm nie jest prawdziwą religią: jest formą ateizmu. Do czasu osiągnięcia oświecenia w Bodhgaji był nadal ograniczoną istotą. Tradycja sanskrycka mówi o czterech ciałach Buddy, czterech kajach, jest to więc nieco inny punkt widzenia. Jednak we wcześniejszej tradycji palijskiej mówi się, że wcześniej Budda Śakjamuni był ograniczoną istotą czującą, a później stał się oświeconym buddą. Choć więc jego nauki pochodzą z czasu, kiedy był już Buddą, to jednak sam był najpierw ograniczoną istotą. Buddyzm wywodzi się więc z poziomu ludzkiego, a nie od Boga. Buddyjska perspektywa i teoria opierają się na istniejącej rzeczywistości. Weźmy za przykład "Cztery Szlachetne Prawdy". Cierpienie i jego przyczyny istnieją w rzeczywistości. Wyjaśnienia dotyczące braku jaźni mówią o naturze rzeczywistości. Koncepcja nirwany jest na tym oparta. Niektóre teksty buddyjskie mówią: „Weźcie za bazę podstawową naturę rzeczywistości[ Pustkę( Siunjata ) ]; na tej podstawie rozwińcie metodę, którą będzie ścieżką; dzięki temu osiągniecie rezultat”. Odróżniam więc naukę czy filozofię buddyjską od religii buddyjskiej. Na poziomie nauki buddyjskiej nie dyskutuje się o ocenie moralnej. Bada się po prostu, jaka jest rzeczywistość. Takie badanie musi być przeprowadzane w sposób obiektywny i bezstronny. Potrzebujemy sceptycyzmu: to bardzo ważne. Wątpliwości i pytania prowadzą do badań, a to z kolei – do obiektywnych odpowiedzi. Tak więc, zwłaszcza w sanskryckiej tradycji Uniwersytetu Nalanda w Indiach [ na której opiera się buddyzm tybetański ], w buddyzmie kładzie się nacisk na logikę. Dlaczego kwestionować rzeczy w celach ćwiczebnych? Ponieważ musimy poznać rzeczywistość; praktyka musi być oparta na rzeczywistości, dlatego jej badanie jest ważne. Jeśli religia jest oparta na cytatach ze świętych tekstów, to tak naprawdę nie polega na rozumowaniu. Możemy cytować teksty, ale zasadność cytatu musi być oparta na logice. W buddyzmie mówimy o trzech rodzajach zjawisk: widoczne, niewidoczne i całkowicie niewidoczne. Zjawisk należących do tej ostatniej kategorii nie można pojąć przez samo postrzeganie ani przez logiczne rozumowanie. Można je poznać jedynie przez poleganie na autentycznym źródle informacji lub na kimś, kto ma właściwą wiedzę[ wiarygodność tego źródła informacji musi być zbadana za pomocą logiki ]. Nauka buddyjska bada zatem naturę tego, co istnieje. To, co istnieje, ma dwa aspekty: fizyczny[ zjawiska widoczne i niektóre zjawiska niewidoczne ] i duchowy[ niektóre zjawiska widoczne, niektóre zjawiska niewidoczne i zjawiska całkowicie niewidoczne ]. Współczesna nauka jest niezwykle zaawansowana w dziedzinie badania świata materialnego w porównaniu z naukami buddyjskimi. Tak więc poznawanie wiedzy naukowej jest dla buddystów pożyteczne. Uwzględniając zjawiska umysłu i świadomości współczesna nauka może uzyskać wiele informacji ze starożytnej wiedzy indyjskiej – buddyjskiej, dżinijskiej i hinduistycznej. Niektórzy naukowcy są bardzo chętni do współpracy.

    Słynny brytyjski biolog Richard Dawkins argumentuje, że Bóg-stworzyciel nie istnieje, a wiara w niego jest urojeniem - uporczywym obstawaniem przy błędnym poglądzie nawet w obliczu zaprzeczających mu kontrargumentów. Marcin Fabjański na łamach tygodnika „Przekrój” nr 24/3234 w wywiadzie z Richardem Dawkinsem pyta go:

    Marcin Fabjański: „Wierzy Pan w naukę, ale przecież ona też ma swoje ograniczenia. Fakt naukowy musi być komunikowalny. A nawet pewnych naukowych idei, choćby z dziedziny mechaniki kwantowej, nie da się jasno komunikować. Nie sądzi Pan, że inne sposoby pozyskiwania wiedzy o rzeczywistości niż naukowe mogą być prawomocne, nawet jeśli nie są komunikowalne? Może Jan od Krzyża i Teresa z Avila w przeżyciu mistycznym posiedli wiedzę niedostępną nauce, ale prawomocną?”

    Richard Dawkins:To całkiem możliwe, że ich wiedza jest prawomocna. Ale potrzeba komunikowalności odkryć naukowych ma znaczenie metodologiczne. Nie byłoby dobrze, gdyby naukowiec mówił: jest tak, bo czuję, że jest właśnie tak. Nie opublikowałby takiego twierdzenia w piśmie naukowym. Nauka tak nie działa. A to, że istnieje coś, co jest prawdziwe i nie może być komunikowalne - jak doświadczenia mistyczne - wcale nie zaburza mojego naukowego światopoglądu. Doświadczenie mistyczne nie spełnia kryteriów metodologii naukowej. Ale jeśli mówi osobie, która go doświadcza, coś ważnego i prawdziwego o rzeczywistości, to ma wielką wartość.”

    Marcin Fabjański: „A może doświadczenie mistyczne przewyższa wiedzę naukową? Po pół roku pobytu w buddyjskim klasztorze, gdy odpowiednio rozwinąłem koncentrację, smak jabłka nabrał nagle wielu tonacji, a bzyczenie komara głębi symfonii. To były prawdziwsze doświadczenia zmysłowe niż te, których doświadczam na co dzień, tak jak prawdziwsze jest postrzeganie przedmiotu w trzech wymiarach od postrzegania przedmiotu narysowanego na kartce.”

    Richard Dawkins: Możliwe, że doświadczenie mistyczne jest prawdziwe. Amerykanin Sam Harris napisał niedawno dwa bestsellery, w tym „Koniec wiary”, w których zgadza się ze wszystkim, co ja piszę, ale dodaje, że wierzy w medytację i doświadczenie mistyczne. Wcale nie trzeba wybierać między nauką a mistycyzmem. Doświadczenia mistyczne doznawane w procesie medytacji mogą mieć ostatecznie naukowe wyjaśnienie. Nie widzę natomiast wspólnych punktów pomiędzy doświadczeniem mistycznym opisywanym przez chrześcijańskich mistyków, takich jak Jan od Krzyża, a Bogiem Biblii - okrutnym maniakiem seksualnym, który każe wyznawcom gwałcić i mordować.

    Nie trzeba wybierać między nauką a mistycyzmem. Doświadczenia mistyczne doznawane w procesie medytacji mogą zainspirować zupełnie nowe naukowe odkrycia i wyjaśnienia. Na przykład historyczny Buddha Siakjamuni szczegółowo i precyzyjnie opisał swoje badawcze, empiryczne metody medytacji. W przeciwieństwie do mistyki chrześcijańskiej, doświadczenia mistyczne Buddhy, będące rezultatem jego empirycznych metod badawczych, są nie tylko komunikowalne, ale są również weryfikowalne empirycznie dla tych wszystkich, którzy poprawnie zastosują metody Buddhy. Sam Buddha nigdy nie oczekiwał ślepej wiary i bezkrytycznej akceptacji. Nieprzerwanie od ponad 2500 lat buddyzm jest tradycją zorientowaną na osobistą, bezpośrednią empiryczną weryfikację mistycznych doświadczeń Buddhy, których ostatecznym rezultatem jest osiągnięcie wiecznego stanu doskonałości i wszechwiedzy - oświecenia. Empiryczne metody medytacji Buddhy i doświadczenia mistyczne będące ich rezultatem spełniają zasadnicze kryteria metodologii naukowej. Wiedza zdobyta przez Buddhę przy użyciu tych metod jest zatem prawomocna. Doświadczenia mistyczne Buddhy w sposób empiryczny ukazały prawdę o tym, że ontologiczny Byt jest wieczny i niestworzony i nie posiada absolutnego prapoczątku, ani praprzyczyny, co pozostaje w zgodzie z buddyjską filozofią i kosmologią.

    Wybitny fizyk, prof. Stephen Hawking napisał, że: „Kościół katolicki popełnił ogromny błąd w sprawie Galileusza, gdy ogłosił kanoniczną odpowiedź na pytanie naukowe, deklarując, iż Słońce obraca się wokół Ziemi.” Moim zdaniem, kościół katolicki popełnił dokładnie taki sam ogromny błąd w sprawie reinkarnacji, gdy ogłosił kanoniczny wyrok, deklarując, iż: "Po śmierci nie ma reinkarnacji." (KKK 1013) oraz "Objawienie chrześcijańskie wyklucza reinkarnację i mówi o spełnieniu, do którego człowiek jest powołany w czasie jedynego życia ziemskiego." ( Jan Paweł II, "Tertio millennio adveniente", nr 9 ). Gnostycy nie uznają zmartwychwstania ciał, głoszą teorię metempsychozy, czyli wędrówki dusz. Pitagorejczycy wierzyli w reinkarnację. Uważali, że dusza po śmierci może wcielić się nie tylko w człowieka, ale i w zwierzę. Doktryna transmigracji dusz obecna jest w mistycznych tradycjach Judaizmu, jak również u Orygenesa z Aleksandrii, jednego z największych teologów chrześcijaństwa. Jeżeli reinkarnacja istnieje, a wskazuje na to wiele poważnych przesłanek( zobacz: Ian Stevenson, Victor Zammit, Michael Roll, Past Life Center, near-death.com ), to jest ona zjawiskiem naturalnym, nie odkrytym jeszcze prawem natury, podobnie jak odkrycia Galileusza naturalnie leżącym w domenie nowoczesnej nauki.

    „Historia tego chłopca poruszyła ludzi na całym świecie. Na jego temat powstały niezliczone publikacje. Trudno się dziwić. Wiele osób, wsłuchując się w opowieści na temat jego losów, zaczyna wierzyć, że ludzkie życie nie jest ograniczone do tego co tu i teraz; że egzystencja może być wiedziona przez wieki, a człowiek tylko zmienia swoją powłokę. [...] Po tych wszystkich wydarzeniach Cameron Macaulay wraz ze swoją matką Normą oraz bratem wrócili do swojego domu w Clydebank pod Glasgow. Od tego czasu chłopiec był już spokojniejszy. Na pytanie swojej matki, o to, jak dostał się do nowej rodziny, powiedział, że pewnego dnia, w swoim poprzednim wcieleniu, po prostu się przewrócił. Jego historię przypomniała niedawno Telewizja Polska.” [5]

    Historia reinkarnacji Jamesa Leiningera została udokumentowana w książce Soul Survivor: The Reincarnation of a World War II Fighter Pilot” ( Amazon.com video ). Największe amerykańskie stacje telewizyjne, takie, jak m.in.: CNN, ABC oraz FOX poświęciły historii Jamesa Leiningera programy dokumentalne.



    Soul Survivor reincarnation


  17. BRAK DOWODU NA NIEISTNIENIE BOGA
  18. Czy Bóg-stworzyciel istnieje? Jak uczy nas historia, do tej pory nie wypracowano jeszcze ostatecznego konsensusu w tej kwestii. Łatwo przekonać się, że istnieją trzy główne postawy wobec zagadnienia istnienia Boga-stworzyciela. Są osoby, które silnie wierzą w jego istnienie ; są osoby niezdecydowane oraz agnostycy ; oraz są osoby przekonane, że Bóg-stworzyciel nie może istnieć, czyli różnego rodzaju ateiści. Potencjalna debata między sceptykiem a osobą wierzącą mogła by przebiegać mniej więcej tak:

    Sceptyk: Dlaczego wierzysz w Boga-stworzyciela, skoro nie ma żadnego dowodu na jego istnienie?

    Wierzący: Wierzę w Boga dlatego, że nie ma też żadnego dowodu na jego nie istnienie! Pocieszam się, że mimo braku jakiegokolwiek dowodu na istnienie Boga-stworzyciela, brak jest również dowodu na jego nie istnienie. Zatem remis?

    Sceptyk: Bynajmniej. To nie jest żaden remis. Brak dowodu na jego nie istnienie nie jest przecież żadnym argumentem wspierającym hipotezę o jego przypuszczalnym istnieniu! Na przykład, sam brak dowodu na nie istnienie Świętego Mikołaja nie jest przecież rozstrzygającym kryterium w debacie na temat jego istnienia. Ktoś, kto postuluje istnienie Świętego Mikołaja powinien powołać się na istotne przesłanki, bo w przeciwnym razie jego hipoteza jest całkowicie bezpodstawna. Wtedy nie ma najmniejszej potrzeby przedstawiania jakiegokolwiek dowodu na jego nie istnienie. Po prostu brak jest istotnych przesłanek, aby próbować postulować hipotetyczne istnienie Świętego Mikołaja, a to wyklucza potrzebę dowodzenia jego nie istnienia.

    Wierzący: Powiedzmy, że ktoś kiedyś samotnie poszedł na szczyt góry, zobaczył tam płonący krzew i usłyszał głos z nieba: "Jam jest twój Święty Mikołaj jedyny! Masz, tam leży kamienny prezent ode mnie." Dlaczego po prostu ślepo nie uwierzyć temu głosowi i nie napisać o tym pięciu książek? To taka dobra nowina!

    Sceptyk: Wybacz, ale jeden samotny świadek na górze, to zbyt mało. Szczególnie, że on od dawna nie żyje. W jaki sposób zweryfikować jego opowieści? Dlaczego mieli byśmy uwierzyć mu na słowo honoru, że jest wybrańcem? Bo przyniósł ze sobą dwie lub nawet trzy kamienne tabliczki? Nie ma nic złego w pisaniu książek. Jest wiele poczytnych opowieści z gatunku fantastyki. Osobiście nie uwierzył bym na słowo honoru żadnemu tajemniczemu głosowi w krzakach. Nawet w płonących krzakach. Nie ma przecież żadnej gwarancji, że ten głos nie kłamie. Równie dobrze mógł to być jakiś zły duch, lub sam Szatan, podszywający się pod Świętego Mikołaja, albo inteligentne istoty pozaziemskie opisane m.in. przez Lloyda Pye'a, Zecharię Sitchina oraz Ericha von Danikena. Święty Mikołaj nie ma się czego wstydzić, zatem nie musi się ukrywać. Jeżeli Święty Mikołaj potrafił przemówić raz do jednego wybrańca na górze, to potrafi też przemówić do innych ludzi w innych miejscach i innych czasach. To proste.


    Bóg Wisznu


    Podobnie wyglądają sprawy z hipotetycznym istnieniem Boga-stworzyciela. Wbrew powszechnie panującym opiniom, nie jest to kwestia formalnych dowodów lub ich braku. Ewentualna próba wykazania jego istnienia była by typowym procesem poszlakowym. Należało by rozważyć istotne przesłanki u podstaw hipotezy istnienia Boga-stworzyciela. Problem w tym, że istotnych przesłanek brak. W dodatku wiele pozwala nam wnioskować o niemożliwości istnienia takiego osobowego Boga-stworzyciela, jakiego prezentują nam religie teistyczne. Wzniosłe opisy ze świętych ksiąg, to niestety zbyt mało. Zastrzeżenia wobec wiarygodności opisów ze świętych ksiąg dobitnie sformułował m.in. urodzony w Szkocji filozof, pisarz i historyk David Hume(1711-1776) w swoim dziele „Badania dotyczące rozumu ludzkiego”, które wstrząsnęło podstawami filozofii jego czasów. Jego zastrzeżenia nie straciły nic na swojej aktualności:

    Tora[...]silnym zarzutem przeciwko relacjom o faktach nadprzyrodzonych i cudownych[ ze świętych ksiąg ] jest to, że ich obfite źródło można znaleźć przeważnie wśród narodów prymitywnych i barbarzyńskich; jeśli zaś ludzie cywilizowani dają im wiarę, to okaże się, że otrzymali je oni od swoich prymitywnych i barbarzyńskich antenatów wraz z ową nienaruszalną sankcją i powagą, która zawsze towarzyszy poglądom otrzymanym w ten sposób. Kiedy przeglądamy książki dotyczące początków jakiegokolwiek narodu, skłonni jesteśmy wyobrażać sobie, że przenieśliśmy się do jakiegoś innego świata. Cuda, omeny, wyrocznie i ich przepowiednie przytłaczają zwykłe, mieszające się z nimi zdarzenia. Lecz z każdą stronicą, w miarę, jak zbliżamy się do wieków oświeconych, tych pierwszych jest coraz mniej. Szybko przekonujemy się, że nie było w nich nic tajemniczego czy nadprzyrodzonego, lecz że wszystkie wynikają ze zwykłej skłonności rodzaju ludzkiego do tego, co niesamowite. Chociaż inklinacja ta może zostać czasami zablokowana przez rozsądek i wykształcenie, to nigdy nie można jej całkowicie usunąć z ludzkiej natury. Zadziwiające - powie być może rozsądny czytelnik po przeczytaniu owych dzieł - że takie cudowne zdarzenia nigdy nie dzieją się w naszych czasach. Lecz, mam nadzieję, nie ma w tym nic zadziwiającego, że ludzie kłamali we wszystkich czasach. [...]Nasza najświętsza religia opiera się na wierze, nie na rozumie; wystawianie jej na próbę, której w żadnej mierze nie potrafi sprostać, jest najlepszą metodą jej skompromitowania. Aby stało się to bardziej oczywiste, przeanalizujmy te cuda, o których mówi Pismo Święte. Aby nie zagubić się na zbyt wielkim obszarze, skupmy się na przykładach, jakie znaleźć można w Pięcioksięgu. Przebadamy je zgodnie z zasadami owych rzekomych chrześcijan, tzn. potraktujemy je nie jako słowo czy znak od samego Boga, lecz jako dzieło zwykłych ludzkich autorów i historyków. Musimy zatem najpierw wziąć pod uwagę, że jest to książka, którą odziedziczyliśmy po ludzie barbarzyńskim i ciemnym; napisana w czasie, kiedy był on jeszcze bardziej barbarzyński i według wszelkiego prawdopodobieństwa na długo później, niż wydarzyły się fakty w niej opisane; nie potwierdzona przez żadne inne, współczesne jej świadectwo i przywodząca na myśl owe bajkowe opowieści, które każdy naród umieszcza u swoich źródeł. Czytając tę książkę, dostrzegamy, że pełna jest wydarzeń nadzwyczajnych i cudownych. Opisuje stan świata i ludzkiej natury całkowicie odmienny od obecnego; nasz upadek z tego stanu, długość ludzkiego życia sięgająca niemal tysiąca lat; zniszczenie świata przez potop; arbitralny wybór jednego ludu na wybrańców niebios( przy czym lud ten to rodacy autora! ); ich wyzwolenie z niewoli za pomocą niemal niewyobrażalnych cudów. Chciałbym, żeby każdy położył rękę na sercu i po poważnym zastanowieniu oświadczył, czy uważa, że fałszywość takiej książki, popartej takim świadectwem, byłaby czymś bardziej nadzwyczajnym i cudownym niż wszystkie cuda, o których opowiada?

    Zaiste prorocze były słowa Davida Hume'a. Hipoteza niemieckiego badacza Starego Testamentu, profesora Juliusa Wellhausena(1844-1918), znajduje swoje początki w średniowieczu, gdy pewni rabini zakwestionowali tradycyjny pogląd, iż Mojżesz był autorem Starego Testamentu( żydowskiej Tory ). Hipoteza Wellhausena była, i nawet obecnie, w dalszym ciągu jest wnikliwie rozpatrywana przez naukowców. Według tej hipotezy pięć ksiąg Starego Testamentu zostało napisanych nie przez Mojżesza, a przez czterech innych, anonimowych, nie związanych ze sobą autorów lub z czterech różnych źródeł, roboczo oznaczonych, jako: J, E, P, D, pochodzących z czasów znacznie późniejszych od Mojżesza. Czy zamiast Mojżeszowi na pustyni, to im właśnie Jahwe podyktował księgi Starego Testamentu? Gdzie i kiedy? Jeżeli nie, to w świetle hipotezy Wellhausena, Stary Testament może zacząć jawić się, jako kompilacja niektórych legend z mitologii ludów semickich, a nie jako Święte Słowo Boże, o czym pisał już cytowany powyżej filozof David Hume.

    Ani Stary Testament nie został napisany przez Mojżesza, ani Nowy Testament nie został napisany przez uczniów Jezusa, apostołów: Mateusza, Marka, Łukasza i Jana. Według badaczy biblijnych, księgi Nowego Testamentu powstały dziesięciolecia po śmierci Jezusa. Zostały skomponowane przez anonimowych autorów, a ich autorstwo przypisane czterem apostołom. Te cztery ewangelie, to tylko cztery krople w morzu wszystkich ewangelii z tamtego okresu. Dwa ważne zbiory ewangelii, to biblioteka z Nag Hammadi oraz Zwoje znad Morza Martwego.

    Elaine Pagels, jest profesorem religioznawstwa w instytucie Harrington Spear Paine w Princeton University. Prowadziła badania naukowe nad biblioteką z Nag Hammadi na uniwersytecie Harvarda. Jest autorką kilku nagrodzonych książek z dziedziny gnostyckich ewangelii i historii wczesnego chrześcijaństwa. W 1979 opublikowała swoją pierwszą książkę Ewangelie Gnostyckie”, bestseller nagrodzony prestiżowymi the National Book Critics Circle Award, the National Book Award oraz the MacArthur Award. Oto co napisała o ewangeliach gnostyków:

    Ortodoksyjni Żydzi i chrześcijanie utrzymują, że ludzkość od jej stwórcy dzieli przepaść: Bóg jest całkowicie odmienny od człowieka. Jednak gnostyccy autorzy tych ewangelii sądzą przeciwnie: samozrozumienie to zrozumienie Boga; ja i boskość są tożsame. Po drugie, "Jezus żywy" z tekstów Nag Hammadi mówi o iluzji i oświeceniu, a nie o grzechu i skrusze, jak Jezus z Nowego Testamentu. Nie przybył do nas, by uwolnić nas od grzechu, ale jako przewodnik, który otwiera dostęp do duchowego zrozumienia. Kiedy jednak uczeń dostępuje oświecenia, Jezus przestaje być jego duchowym mistrzem: obaj stają się równi - a nawet tożsami. Po trzecie, ortodoksyjni chrześcijanie wierzą, że Jezus jest Panem i Synem Boga w specyficzny sposób: pozostaje on na zawsze oddzielony od reszty ludzkości, którą ma zbawić. Natomiast gnostyczna Ewangelia Tomasza opisuje, że gdy tylko Tomasz go rozpoznał, Jezus powiedział mu, iż obaj otrzymali swój byt z tego samego źródła. Jezus powiedział: "Nie jestem twoim panem. Ponieważ piłeś, stałeś się napojem z bulgoczącego strumienia, który ja odmierzyłem[...] Ten, kto napije się z moich ust, stanie się taki, jak ja: ja sam stanę się nim, a rzeczy ukryte staną się dla niego jawne." Czy takie poglądy - tożsamość boskości i ludzkości, skupienie na iluzji i oświeceniu, założyciel, który nie jest panem, ale duchowym przewodnikiem - nie kojarzą się bardziej z naukami Wschodu? Część uczonych sugerowała, że gdyby zamienić imiona, to "Budda żywy" mógłby wypowiedzieć słowa, które Ewangelia Tomasza przypisuje Jezusowi. Czy tradycja hinduistyczna lub buddyjska mogła wpływać na gnostycyzm i wczesne chrześcijaństwo? Brytyjski znawca buddyzmu Edward Conze twierdzi, że tak. Wskazuje on, iż buddyści utrzymywali kontakty z chrześcijanami tomaszowymi w południowych Indiach. Szlaki handlowe pomiędzy światem grecko-rzymskim a Dalekim Wschodem istniały w okresie, kiedy rozkwitał gnostycyzm; przez pokolenia misjonarze buddyjscy głosili swe nauki w Aleksandrii. [...]W Ewangelii Marii Magdaleny czytamy, że wierny szuka w głębi siebie, by odkryć boskie źródło, a nie Jezusa jako Boga-Człowieka. Wierny może znaleźć boskie źródło poprzez własną istotę, która pochodzi z tego samego źródła co Jezus. Nauka ta przypomina nauki buddyjskie. Dla ortodoksyjnych chrześcijan to oczywiście herezja; uważają oni bowiem, że jedynie przez Kościół można dostąpić Boga. Z gnostyckich ewangelii wynika, że możesz postępować własną drogą i odkryć boskość sam w sobie. Nie potrzebujesz do tego Kościoła. Nie potrzebujesz kapłana. Możesz po prostu medytować lub dojść do własnej wizji.

    Czy Jezus opisany w Nowym Testamencie był autentyczną postacią historyczną? Takie pytanie mogło by wydawać się bluźnierstwem, gdyby nie to, że już w XVIII wieku Constantin-Francois Volney oraz Charles Francois Dupuis znaleźli istotne powody, aby twierdzić, że Jezus nie był autentyczną postacią historyczną. W XIX wieku poglądy te podzielał m.in. historyk i teolog Bruno Bauer. W początkach XX wieku proponentem tej teorii był m.in. filozof Arthur Drews. Obecnie poglądy te propagują m.in. Kenneth Humphreys, George Albert Wells, Earl Doherty, Robert M. Price, D. M. Murdock, Freke i Gandy, Tom Harpur oraz Joseph Atwill [6].



    bóg Horus, syn Izydy


    Tom Harpur trafnie zauważył: „How, then, did Christianity begin? Nobody, however learned, really knows for certain. We do know that there was a lot of heated expectation in Palestine before and just after the beginning of the Common Era (C.E.) that Joshua, the fabled hero of olden times, would soon return to lead the Jews to victory and freedom. Joshua is identical to Jesus (Yeshua). It means "God saves." There may have been Jewish mystery cults who thought of Joshua as God's anointed (Christos means just that). Hence they were devoted to Yeshua as Christos. In Greek, that would be Jesus Christ.

    Z czasem coraz więcej badaczy doszło do wniosku, że postać Jezusa opisanego w Nowym Testamencie jest jedynie legendą wzorowaną na wielu wcześniejszych bohaterach z innych mitologii, takich, jak m.in. bóg Horus, syn Izydy lub bóg Mitra. Dzień narodzin Mitry, czyli 25 grudnia został w IV wieku przyjęty jako dzień narodzin Jezusa. Przyjęcie tej daty za datę narodzin Jezusa mogło się wiązać z chęcią wyrugowania pogańskiego kultu. Święto Słońca - dzień Mitry, przypadał na niedzielę. Prawdopodobnie tu należy upatrywać genezy przeniesienia ostatniego dnia tygodnia( żydowskiego szabatu ) z soboty na niedzielę. Wybitny filozof i laureat nagrody Nobla Bertrand Russell(1872-1970) tak napisał o Jezusie i jego religii, gdy uzasadniał „Dlaczego nie jestem chrześcijaninem”:

    Chcę teraz powiedzieć parę słów na temat, który moim zdaniem został zbyt pobieżnie potraktowany przez racjonalistów, a mianowicie chodzi mi o kwestię, czy Chrystus był najlepszym i najmądrzejszym z ludzi. Uważa się powszechnie, że powinniśmy wszyscy na to się zgodzić. Co do mnie, to jestem przeciwnego zdania. W wielu punktach zgadzam się z Chrystusem o wiele bardziej niż jego wyznawcy. Nie wiem, czy mógłbym iść z nim aż do końca drogi, ale w każdym razie mógłbym mu towarzyszyć znacznie dalej niż większość nominalnych chrześcijan. Pamiętacie zapewne, że Chrystus mówił: "Nie sprzeciwiajcie się złu, ale kto by cię uderzył w prawy policzek twój, nadstaw mu i drugi". Nie jest to nowe przykazanie ani nowa zasada. Lao Tse i Budda głosili to na jakieś 500 lub 600 lat przed Chrystusem, ale faktycznie chrześcijanie nie przyjęli tej zasady. [...]przechodzę teraz do pewnych punktów, które jak sądzę, nie dają nam powodu do przypisywania Chrystusowi odmalowanemu w Ewangeliach najwyższej mądrości lub dobroci. Zaznaczam, że pomijam kwestię historyczności Chrystusa. Historycznie jest rzeczą bardzo wątpliwą, czy Chrystus w ogóle kiedyś żył; a jeżeli żył, to i tak brakuje nam o nim wszelkich wiadomości; nie będę się więc zajmował tą bardzo trudną kwestią historyczną. Chodzi mi o Chrystusa przedstawionego w Ewangeliach, których opowiadania przyjmuję tak jak są podane; otóż znajdują się tam pewne rzeczy, które nie wydają się bardzo mądre. [...]Jak to już powiedziałem, nie sądzę, aby prawdziwy powód dla którego ludzie przyjmują religię, miał coś wspólnego z rozumowaniem. Ludzie stają się religijni z pobudek uczuciowych. Często słyszy się, że to bardzo źle napadać na religię, ponieważ jest ona źródłem cnoty. Tak mi przynajmniej mówiono; sam tego jakoś nie zauważyłem. Myśl przewodnia jest więc taka: bylibyśmy wszyscy występni, gdybyśmy nie trzymali się wiary chrześcijańskiej. Wydaje mi się jednak, że jej wyznawcy byli w większości bardzo złymi ludźmi. Można skonstatować ciekawy fakt, że im intensywniejsza była religijność danego okresu, im głębsza wiara w dogmat, tym większe było okrucieństwo i tym gorszy ogólny stan rzeczy. W tak zwanych wiekach wiary, gdy ludzie rzeczywiście wierzyli we wszystkie twierdzenia religii chrześcijańskiej, mieliśmy tortury inkwizycji, miliony nieszczęśliwych kobiet spalono jako czarownice i nie było okrucieństwa, którego by się nie dopuszczono w imię religii. Rozglądając się po świecie, wprędce spostrzegamy, że każdy, choćby najmniejszy wzrost uczuć humanitarnych, każda reforma kodeksu karnego, każdy krok w kierunku zmniejszenia niebezpieczeństwa wojny, każda próba poprawy położenia ras kolorowych lub złagodzenia niewolnictwa, każdy postęp moralny, który się udało osiągnąć, był stale zwalczany przez zorganizowane Kościoły całego świata. Oświadczam po dojrzałym namyśle, że religia chrześcijańska w postaci, jaką jej nadały Kościoły, była i jest jeszcze głównym nieprzyjacielem moralnego postępu świata. [...]Religia jest oparta przede wszystkim i głównie na strachu. Jest to częściowo lęk przed nieznanym, a częściowo, jak już mówiłem, pragnienie posiadania jak gdyby starszego brata, który stanie po naszej stronie we wszystkich kłopotach i sporach. Lęk jest fundamentem tego - lęk przed tajemnicą, obawa porażki, lęk przed śmiercią. Strach rodzi okrucieństwo, nic więc dziwnego, że okrucieństwo i religia szły zawsze ręka w rękę. Lęk jest podstawą ich obu. Zaczynamy teraz trochę rozumieć rzeczy otaczające nas na tym świecie i opanowywać je po trochu za pomocą nauki, która utorowała sobie drogę krok za krokiem, wbrew chrześcijańskiej religii, wbrew Kościołowi, pomimo opozycji wszystkich starych przepisów. Nauka może nam pomóc przezwyciężyć ten dominujący strach, w którym ludzkość żyła przez tyle pokoleń. Nauka i nasze serca mogą nas nauczyć rezygnacji z poszukiwania urojonej podpory, z wynajdywania sobie sprzymierzeńców w niebie i używania naszych sił raczej do tego, żeby uczynić z tego świata miejsce w którym żyć warto, a nie piekło, które zrobiły z niego Kościoły w ciągu minionych wieków.



    Słynny polski teolog, dziekan Wydziału Teologicznego UAM, ks. prof. Tomasz Węcławski, z powodów teologiczno-historycznych odrzucił boskość Chrystusa i oficjalnie "wypisał się" z Kościoła Rzymsko-Katolickiego 21 grudnia 2007 r., publicznie, w obecności proboszcza parafii zamieszkania i dwóch świadków, dokonując ostatecznego aktu apostazji. Ta odrzucająca bóstwo Jezusa interpretacja Ewangelii nie jest czymś całkowicie oryginalnym we współczesnej myśli teologicznej. Począwszy od lat 50-tych rozwój metod historyczno-krytycznych w hermeneutyce biblijnej doprowadził do wielu podobnych ujęć. W latach 1997–2002 ks. prof. Tomasz Węcławski był członkiem elitarnej grupy naukowców tworzących Międzynarodową Komisję Teologiczną – ciało doradcze watykańskiej Kongregacji Nauki Wiary. Ks. prof. Węcławski przyczynił się do rozwiązania trudnej sprawy arcybiskupa Juliusza Paetza oskarżonego o molestowanie seksualne kleryków. W 2002 r. w wywiadzie dla Tygodnika Powszechnego ujawnił fakty o skandalicznym zachowaniu arcybiskupa. Stracił przez to stanowisko dziekana Wydziału Teologicznego UAM. Na łamach Tygodnika Powszechnego Artur Sporniak zauważa, że „W wykładach prowadzonych w latach 2004-2005 o dziejach wyznania wiary Kościoła pojawia się z pozoru marginesowa uwaga. Węcławski zauważa, że dogmatyczna formuła chalcedońska, wskazująca, iż w jednej osobie Jezusa zjednoczone są dwie natury: boska i ludzka – bez zmieszania, bez zmiany, bez podziału i bez rozłączenia, prowadzi do "dość niezwykłych i dotąd nie do końca przemyślanych konsekwencji. Oznacza bowiem z jednej strony, że wszelkie próby odczytania tajemnicy bóstwa Jezusa z prostego spojrzenia na Jego ludzką historię są już w punkcie wyjścia skazane na niepowodzenie, z drugiej natomiast, że nie mamy innego przystępu do tajemnicy Boga niż ten, który odkrywa przed nami ludzka historia Jezusa". Uwagę tę zamyka konkluzja, że to podwójne wyzwanie "jest sednem zadania chrześcijańskiej teologii".” Jak łatwo zauważyć, jest to zadanie niewykonalne. Zarówno w historycznie wcześniejszym od chrześcijaństwa judaizmie, jak i w historycznie późniejszym islamie, Jezus nie jest uważany ani za Boga, ani za Syna Bożego, ani za Mesjasza. Według islamu, chrześcijańska Trójca to politeizm, a Jezus, to przedostatni prorok, a więc tylko człowiek, jak wszyscy inni. Z punktu widzenia judaizmu, Jezus nie jest nawet prorokiem.


    Gdyby nie istniały jakiekolwiek przesłanki, to być może wtedy nikt nie upierał by się, aby ślepo wierzyć w istnienie Boga-stworzyciela? Faktycznie, istnieją takie przesłanki, ale nie są one rozstrzygające. Jedyne, lecz zbyt mało istotne przesłanki, to różnego rodzaju zjawiska paranormalne i mistyczne, które zwyczajowo były i w dalszym ciągu są w dużej mierze ignorowane przez Naukę. Amerykański filozof i psycholog, William James(1842-1910) swoją pracą „The Varieties of Religious Experience. A Study in Human Nature” wykazał zasadność i wartość naukowego badania doświadczeń mistycznych. Przekonanie, jakie żywił Joseph Campbell(1904-1987), to pogląd, że: „wszelka duchowość jest poszukiwaniem tej samej podstawowej, nieznanej siły, z której wszystko się wywodzi, w której wszystko obecnie istnieje i do której wszystko wróci. Ta elementarna siła ostatecznie jest "niepoznawalna" ponieważ istnieje przed słowami i wiedzą. Chociaż ta podstawowa siła napędowa nie może zostać wyrażona w słowach to rytuały duchowe i historie odnoszą się do tej siły poprzez użycie "metafor" – metaforami tymi są różne opowiadania, bóstwa i obiekty duchowości jakie można zobaczyć na świecie. Na przykład, mitu stworzenia w Biblii nie powinno się traktować jako dosłownego opisu faktycznych zdarzeń, ale raczej powinno się odszukać w nim wskazówki dotyczące zasadniczych prawd o świecie i o naszym istnieniu. Zgodnie z tym, Campbell uważał, że religie świata są różnorodnymi, kulturowo odmienionymi "maskami" tych samych, zasadniczych, transcendentnych prawd”.

    Obecnie niektórzy naukowcy powoli zaczynają badać zjawiska paranormalne i doświadczenia mistyczne. Na uwagę zasługują m.in. Rupert Sheldrake, Brian Josephson, Jessica Utts, Charles Tart, Herbert Benson, Ronald Pearson, The Parapsychological Association, Princeton Engineering Anomalies Research PEAR, International Consciousness Research Laboratory ICRL, The Campaign for Philosophical Freedom, Zerdin Phenomenal, The Intention Experiment, Some research papers in Parapsychology oraz Parapsychology researchers, labs, online experiments.

    Kontakt ze światem tzw. zjawisk paranormalnych w obrębie tradycji religijnych zwyczajowo utrzymywany był przez mistyków. Jak powszechnie wiadomo, mistyka chrześcijańska nie jest wyjątkiem. Mistyczna tradycja Judaizmu, to Kabała, a mistyczna tradycja Islamu, to sufizm. Mistyka nie ogranicza się do religii monoteistycznych i politeistycznych( np.: hinduistyczna tantra ; szintoizm ; szamanizm ). Równie mocno mistyka obecna jest w nieteistycznych tradycjach duchowego rozwoju, takich, jak na przykład buddyjska tantra lub taoizm. Nawet doświadczenia z tradycji mistycznych w obrębie samego tylko monoteizmu nie wykazują wystarczającej zbieżności, aby można było wnioskować o istnieniu jednej, uniwersalnej prawdy, która mogła by się za nimi kryć. Dodatkowo, czasami mamy do czynienia z przykrym faktem istnienia rozbieżności doktrynalnych między ortodoksyjnymi( nie mistycznymi ) i mistycznymi frakcjami już w obrębie tej samej religii nawet do tego stopnia, że niektórzy mistycy zostali ogłoszeni heretykami, jak np. średniowieczny niemiecki dominikanin Johannes Eckhart von Hochheim(1260-1327). Filozof Leszek Kołakowski(1927-2009) w swojej książce O co nas pytają wielcy filozofowie” tak pisze o mistyce, mistykach i ich mistycznych doświadczeniach:

    Chociaż mistyka nie jest filozofią ani teologią, nie jest doktryną, ale doświadczeniem, a gdy jest w słowie wyrażona, opisem doświadczenia, to jednak jest taki obszar, gdzie doświadczenie i filozofia, wolno rzec, mówią do siebie. Mistyk wie coś, czego filozof nie wie. Gdy jednak mistyk szuka słów, by tę wiedzę wyrazić, staje się, choćby nie chciał, filozofem. [...]Znany teolog niemiecki Rudolf Otto(1869–1937) w dziele traktującym o wschodniej i zachodniej mistyce, ukazuje uderzające zbieżności między Eckhartem i kilka wieków wcześniej odeń żyjącym indyjskim mistykiem Acharya Sankara[ Adi Śankara-aczarja ]. Słowa są inne, ale ta sama intuicja przewodnia, i nie tylko u tych dwóch, ale u wielu mistycznych pisarzy Wschodu i Zachodu. Nie jest to wynik wzajemnych wpływów czy zapożyczeń, ale podobieństwo pewnego źródłowego doświadczenia, pewnego rdzennego pokładu duszy, który wychodzi na jaw w podobnych odkryciach, jakie czynią ci, co z największym trudem usiłują dotrzeć do dna bytu: buddyści, chrześcijanie, kabaliści, hinduiści, platonicy. Oni wiedzą, że gdyby im się wydawało, że Boga rozumieją, muszą wiedzieć, że to nie Bóg. Uzbrojeni w narzędzia języka, które do innych zadań są powołane, nieustannie brną w semantyczne i logiczne kłopoty.

    Gdyby mistykom wydawało się, że Boga rozumieją, muszą wiedzieć, że to nie jest Bóg. Dlaczego? Mistyka nie jest filozofią ani teologią, ale doświadczeniem, a gdy to doświadczenie jest wyrażone w słowach, jest już wtedy tylko opisem doświadczenia, i gdy mistyk szuka słów, by to mistyczne doświadczenie wyrazić, staje się on wtedy filozofem lub teologiem - filozofem lub teologiem naturalnie reprezentującym kulturę i religię, w jakiej się urodził i wzrastał. Jest to nieuniknione, że inteligentny opis doświadczenia zawiera również w pewnym stopniu jego interpretację, a ta interpretacja w nieunikniony sposób odwołuje się z kolei do terminologii preferowanego światopoglądu.

    Zatem istnienie doświadczeń mistycznych i kontakt mistyków z tego rodzaju zjawiskami nie stanowi istotnej przesłanki na poparcie hipotezy istnienia Boga-stworzyciela.


  19. NIEDOSKONALI PÓŁBOGOWIE NIESTWORZYCIELE
  20. Skoro Bóg-stworzyciel nie istnieje, to kim w takim razie był Jahwe ze Starego Testamentu? Bóg urojony” to książka brytyjskiego biologa Richarda Dawkinsa. Dawkins zgadza się ze stwierdzeniem Roberta Pirsiga, że „jeżeli jedna osoba ma jakieś urojenia, nazywamy to szaleństwem. Jeżeli wiele osób cierpi na to samo urojenie, nazywamy to religią.” Richard Dawkins tak scharakteryzował boga Jahwe ze Starego Testamentu:

    Bóg pokazuje Adamowi i Ewie środkowy palec. Najstarszą z trzech religii Abrahama jest judaizm, który pierwotnie był lokalnym plemiennym kultem wyjątkowo antypatycznego bóstwa cierpiącego na chorobliwą wręcz obsesję na tle restrykcji seksualnych. Ten otoczony smrodem palonego mięsa zwierząt ofiarnych Bóg był przeświadczony o własnej wyższości nad rywalizującymi z nim innymi bogami, podobnie jak o wyjątkowości wybranego przez siebie plemienia pustynnych nomadów. [...] Bóg Starego Testamentu to chyba jeden z najmniej sympatycznych bohaterów literackich: zawistny ( i dumny z tego ), małostkowy i niesprawiedliwy typ, z manią na punkcie kontrolowania innych i niezdolny do wybaczania, mściwy i żądny krwi zwolennik czystek etnicznych, mizogin, homofob i rasista, dzieciobójca o skłonnościach ludobójczych ( oraz morderca własnych dzieci przy okazji ), nieznośny megaloman, kapryśny i złośliwy tyran. Thomas Jefferson miał podobne odczucia, gdy napisał: Bóg Mojżesza to istota o strasznym charakterze - okrutna, mściwa, kapryśna i niesprawiedliwa.


    "Nie uczynisz sobie obrazu rytego ani żadnej podobizny tego, co jest na niebie w górze i co na ziemi nisko, ani z tych rzeczy, które są w wodach pod ziemią. Nie będziesz się im kłaniał ani służył. Ja jestem Pan, Bóg twój, mocny, zawistny, karzący nieprawość ojców na synach do trzeciego i czwartego pokolenia tych, którzy mnie nienawidzą; a czyniący miłosierdzie tysiącom tych, którzy mię miłują i strzegą przykazań moich". [7]

    Za nieprawości ojców, zawistny Bóg mści się na ich synach do trzeciego i czwartego pokolenia i dziwi się, że ktoś może go nienawidzić!


    Stary Testament. Księga Rodzaju. Dzieje Noego. Potop:

    „W sześćset pierwszym roku, w miesiącu pierwszym, w pierwszym dniu miesiąca wody wyschły na ziemi, i Noe, zdjąwszy dach arki, zobaczył, że powierzchnia ziemi jest już prawie sucha. A kiedy w miesiącu drugim, w dniu dwudziestym siódmym ziemia wyschła, Bóg przemówił do Noego tymi słowami: «Wyjdź z arki wraz z żoną, synami i z żonami twych synów. Wyprowadź też z sobą wszystkie istoty żywe: z ptactwa, bydła i zwierząt pełzających po ziemi; niechaj rozejdą się po ziemi, niech będą płodne i niech się rozmnażają». Noe wyszedł więc z arki wraz z synami, żoną i z żonami swych synów. Wyszły też z arki wszelkie zwierzęta: różne gatunki zwierząt pełzających po ziemi i ptactwa, wszystko, co się porusza na ziemi. Noe zbudował ołtarz dla Pana i wziąwszy ze wszystkich zwierząt czystych i z ptaków czystych złożył je w ofierze całopalnej na tym ołtarzu. Gdy Bóg poczuł miłą woń, rzekł do siebie: «Nie będę już więcej złorzeczył ziemi ze względu na ludzi, bo usposobienie człowieka jest złe już od młodości. Przeto już nigdy nie zgładzę wszystkiego, co żyje, jak to uczyniłem».”
    Biblia Tysiąclecia. Wydawnictwo Pallottinum w Poznaniu.


    Gdy Bóg poczuł miłą mu woń pieczonego mięsa, udobruchało go to w końcu. Nie wiem jak wy, ale tak jak Bóg, ja również gdy po ciężkim dniu powącham nozdrzami dochodzącą z kuchni smakowitą woń podsmażanego dla mnie obiadu lub kolacji, to od razu wprawia mnie to w lepszy nastrój!

    Smakowita woń pieczonego dla niego mięsa sprawiła, że Bóg opamiętał się trochę i postanowił, że nie będzie już dokonywał masowych mordów na wszystkim, co żyje, tylko z tego powodu, że usposobienie ludzi jest złe od młodości (odpowiedzialność zbiorowa?). Lepiej późno, niż wcale.

    Ale zaraz! A kto nieudolnie stworzył takich złych ludzi? Kto nieudolnie stworzył takie wybrakowane anioły, które psują się i upadają, jak Lucyfer? Kto, bez pytania ich o zgodę, wymusił na ludziach, aby przyjęli wątpliwej wartości dar wolnej woli? Kto jest tak niekompetentny, że do tego wszystkiego dopuścił? Kto jest temu wszystkiemu winny?

    Kto? Bóg. Przykro mi, ale taka jest prawda.

    Jak głodny, to zły? Bardzo ważne, aby regularnie spożywać pożywne posiłki i mieć dobre serce. Moim zdaniem to jeden z bardziej zastanawiających i dających do myślenia fragmentów Starego Testamentu: Gdy Bóg poczuł miłą mu woń pieczystego, rzekł do siebie: Nie będę już więcej złorzeczył ziemi ze względu na ludzi, bo usposobienie człowieka jest złe już od młodości. Przeto już nigdy nie zgładzę wszystkiego, co żyje, jak to uczyniłem. Wzruszyłem się! Bóg powinien zostać oddany pod Sąd za zbrodnie przeciwko ludzkości. Rodzice nie mają prawa masowo mordować swoich dzieci.


    My, ludzie Zachodu jesteśmy spadkobiercami całkowicie odmiennego pojmowania świata. Na skutek utraty łączności z Tao, cywilizacja Zachodu wybrała zupełnie inną ścieżkę rozwoju. Skoncentrowała się wyłącznie na ego i na bogu ego – monoteistycznym ideale. Monoteizm rzutuje dogłębnie patologiczny wzór osobowości na swój ideał Boga – paranoiczne, zaborcze, opętane żądzą władzy męskie ego. Takiego Boga z pewnością nie chcielibyśmy zaprosić na swoją imprezę. Co ciekawe, ów zachodni ideał bóstwa nie posiada żadnego związku z kobietą w jakimkolwiek punkcie swego teologicznego mitu. W starożytnym Babilonie, bóg Anu przedstawiany był wraz ze swą partnerką, boginią Innaną. Religia grecka przypisywała Zeusowi żonę, wiele kochanek i córek. Tego rodzaju boskie pary są czymś normalnym w dziejach religii. Jedynie bóg cywilizacji zachodniej nie posiada matki, siostry, partnerki ani córki.” – trafnie zauważa Terence McKenna w swojej książce „Pokarm Bogów. Radykalna historia roślin, narkotyków i ewolucji człowieka”.

    Laktancjusz, pisarz i apologeta chrześcijański urodzony w Afryce Północnej około 250 roku, w rozdziale 13-tym swojego dzieła „O gniewie Bożym” tak oddaje przemyślenia antycznego filozofa greckiego Epikura:

    Albo Bóg pragnie usuwać zło, ale nie jest w stanie tego uczynić, albo Bóg może to uczynić, ale tego nie chce, albo Bóg nie chce i zarazem nie może tego uczynić, albo Bóg chce i może to uczynić. Jeśli Bóg chce, ale nie może - nie jest wszechmocny; jeśli może, ale nie chce - nie jest wszechdobry; jeśli nie może i nie chce tego uczynić - nie jest ani wszechmocny, ani wszechdobry; ale jeśli chce i może - dlaczego nie usunie zła?

    No właśnie. Dlaczego? Być może dlatego, że ma złe serce, jak to sugerowali powyżej Richard Dawkins i Terence McKenna. Dlaczego nie usunie zła? Może po prostu dlatego, że nieistnieje. Może dlatego, że ten Bóg, to fikcyjna postać z mitologii, która w rzeczywistości nigdy niczego nie była w stanie stworzyć.


    Bertrand Russell tak napisał o zagadnieniu dobra i zła w kontekście natury Boga, gdy uzasadniał „Dlaczego nie jestem chrześcijaninem”:

    Jeżeli jesteście zupełnie pewni, że istnieje różnica między dobrem a złem, to nasuwa się pytanie: czy ta różnica powstała z rozkazu Boga? Jeżeli zawdzięczamy ją Bogu, to dla samego Boga nie ma różnicy między dobrem a złem i twierdzenie, że Bóg jest dobry, traci wszelki sens. Jeśli powiecie za przykładem teologów, że Bóg jest dobry, trzeba będzie uznać, że dobro i zło mają znaczenie niezależnie od woli Boga, gdyż postanowienia Boga są dobre, a nie złe, bez względu na sam fakt, że zostały przez niego wydane. Jeśli zaś to przyjmiecie, będziecie musieli wtedy powiedzieć, że dobro i zło nie istnieją li tylko dzięki Bogu, ale że z natury rzeczy logicznie poprzedzają Boga. Rozumie się, że gdybyście mieli ochotę, moglibyście powiedzieć, że było wyższe bóstwo, które dawało rozkazy Stwórcy naszego świata; lub też wolno by wam było podzielić zapatrywanie niektórych gnostyków - zapatrywanie, które często uważałem za wysoce prawdopodobne - że w rzeczywistości świat został stworzony przez diabła, który skorzystał z nieuwagi Boga. Można dużo powiedzieć na korzyść tej hipotezy.


    Jest bardzo prawdopodobne, że Hebrajczycy uciekający z Egiptu zapożyczyli swój monoteistyczny kult od Echnatona. Echnaton, syn i następca Amenhotepa III, dokonał radykalnej reformy religijnej, wprowadzając religię monoteistyczną - kult Atona jako jedynego boga. Świątynie innych bóstw zostały pozamykane. Po śmierci Echnatona zlikwidowano kult Atona i przywrócono kult Amona i innych bogów( egipski politeizm ). Wielki Hymn do Atona przypomina biblijny Psalm 104, do którego też jest często porównywany.

    Mitologia ugarycka z terenów Kanaanu ( XV-XIII w. p.n.e. ) to najstarsze znane mity spisane w języku semickim. Oto politeistyczny panteon wczesnych plemion żydowskich z XIV w. p.n.e.: Mot – bóg śmierci ; Jam – bóg morza ; Aszera (Atirat, Aszirat) – bogini wybrzeża morskiego, żona El'a ; El – bóg najwyższy, stworzyciel świata, utożsamiany z bykiem, nosił tiarę z rogami ; Dagon – bóg zboża ; bóg Baal – syn Dagona, zdetronizował El'a i objął po nim panowanie nad światem ; Asztarte - żona Baala, bogini płodności ; Anat – bogini miłości i wojny, siostra i kochanka Baala. W pierwotnej wersji, to bóg Baal pokonał i zdetronizował boga El'a - stworzyciela świata. W późniejszej wersji, to rzekomy stworzyciel świata Jahwe pokonał boga Baala? Z całym należnym szacunkiem uważam, że Baal i Jahwe ze Starego Testamentu byli tylko niedoskonałymi półbogami niestworzycielami, bóstwami o lokalnym znaczeniu, jakich wiele w historii wierzeń semickich.

    Ellen van Wolde

    Profesor Ellen van Wolde ( Professor of Old Testament Exegesis and Hebrew in the Theological Faculty of the University of Tilburg, The Netherlands ), uznana naukowiec i specjalistka od języka hebrajskiego i Starego Testamentu, uważa, że pierwsze zdanie w Księdze Rodzaju: "na początku Bóg stworzył Niebo i Ziemię" nie jest dokładnym tłumaczeniem z hebrajskiego. Badaczka twierdzi, że dotarła do najnowszych analiz tekstowych, według których autor wielkiej księgi nigdy nie sugerował, że to Bóg stworzył świat. Właściwie to Ziemia już istniała kiedy zaczął stwarzać ludzi i zwierzęta. Profesor Ellen van Wolde przeanalizowała jeszcze raz oryginalny hebrajski tekst i umieściła go w kontekście całej Biblii, jak również w kontekście innych przypowieści o stworzeniu, począwszy od starożytnej Mezopotamii. Według jej analizy, hebrajskie słowo "bara" użyte na początku Księgi Rodzaju nie znaczy "stworzyć", ale "przestrzenne rozdzielenie". W takim wypadku pierwsze zdanie księgi należałoby odczytać w ten sposób: "na początku Bóg rozdzielił Niebo i Ziemię". Według tradycji judeo-chrześcijańskiej, Bóg stworzył Ziemię z niczego. Według prof. Van Wolde, jej analiza pokazuje, że początek Biblii nie oznacza początku czasu, ale początek narracji. - Oznacza to, że Bóg rzeczywiście stworzył ludzi i zwierzęta, ale nie stworzył samej Ziemi - mówi. Profesor dodaje, że jej nowa analiza współgra ze starożytnymi tekstami mówiącymi o stworzeniu świata. W takich tekstach często pojawiało się pojęcie wielkiego "ciała" wody zamieszkiwanego przez "potwory" i pokrytego ciemnością. Profesor Ellen van Wolde stawia tezę, że Bóg nie tworzył, ale rozdzielał: Ziemię od Nieba, ziemię od morza, "potwory" morskie od ptaków. - Woda już była - dodaje. - Były już potwory morskie. Bóg coś stworzył, ale na pewno nie Niebo i Ziemię. Uznawane za powszechne stworzenie z niczego, okazało się nieporozumieniem - mówi profesor. Według niej Bóg przyszedł później i przystosował ziemię do życia, oddzielił wodę od ziemi i wniósł światło do ciemności. Profesor Ellen van Wolde ma nadzieję, że jej analiza rozpocznie ciekawą debatę, także wśród osób religijnych. Jak dodaje, swoją analizą poniekąd krzywdzi samą siebie, ponieważ jest osobą religijną, a idea Boga-Stwórcy była wyjątkowa, była wyobrażeniem prawdy. Mówi, że chciałaby zachować tę prawdę, ale jak dodaje, tradycyjne wyobrażenie Boga jako Stwórcy jest teraz nie do utrzymania.


    Kto zatem stworzył nasz Wszechświat? Czy był to hinduski bóg Brahma i jego Święta Trójca( Trimurti: bóg Brahma, bóg Wisznu i bóg Sziwa ), staroirański bóg Ahura Mazda, starojapoński bóg Ahura Toyota, słowiański bóg Świętowit( Światowid ), sumeryjski bóg Anu i jego Święta Trójca( bóg Anu, bóg Enlil i bóg Enki ) czy muzułmański Allah? Warto w tym miejscu zauważyć, że każda religia, w przeszłości i obecnie, ma swoje święte księgi. Każda z tych ksiąg inaczej opisuje Boga i historię stworzenia świata. Każda religia głęboko wierzy, iż jej nadprzyrodzone objawienia są najbardziej aktualne lub ostateczne. Czy któraś z tych wszystkich świętych ksiąg jest może bardziej święta niż inne? Jak mamy to odróżnić, która księga jest obiektywnie święta, a która nie? Co miało by o tym decydować? Rozważmy następujący przykład:

    Bóg Ahura Mazda Awesta to święta natchniona księga zawierająca teksty religijne wyznawców zaratusztrianizmu, datowana na około 1200 lat przed Jezusem. Zaratusztrianizm( zoroastryzm ) to jedna z najstarszych, wciąż istniejących religii monoteistycznych, założona przez Zaratusztrę, który żył około 1200 lat przed Jezusem w północno-wschodnim Iranie. Według świętej natchnionej księgi Awesty, Ahura Mazda jest jedynym prawowitym Bogiem, który stworzył świat i wszystko, co w nim dobre. Człowiek jest dziełem Boga Ahury Mazdy, ma jednak wolną wolę i może zdradzić swojego stwórcę, stając po stronie sił zła. Bóg Ahura Mazda i jego przeciwieństwo Angra Mainju( Zły Duch ) tworzą stale splecioną parę( dualizm ), która toczy z sobą bezustanny bój o władzę nad światem. Angra Mainju jest tylko negatywowym odbiciem Ahury Mazdy, który bez Ahury Mazdy nie mógłby samodzielnie istnieć. Z natury człowiek jest jednak dobry i jego powołaniem jest stanąć do walki ze złem w szeregach popleczników jedynego prawowitego Boga Ahury Mazdy. Tzw. druga epoka - to epoka zamieszania - walki dobra ze złem, w której obecnie żyjemy. Pod koniec tej epoki nastanie czas sądu ostatecznego, kiedy to jedyny prawowity Bóg Ahura Mazda zstąpi osobiście na ziemię, oddzieli dobro od zła i ustanowi z powrotem doskonały porządek. Nastanie wtedy trzecia epoka, epoka Królestwa Bożego na ziemi. W tzw. Starej Aweście opisana jest koncepcja, według której Zaratusztra nie umarł śmiercią naturalną, lecz świadomie zanurzył się w wodach jeziora Kasaoja w Pamirze. Bezpośrednio przed dniem Sądu Ostatecznego do jeziora tego ma wejść dziewica, zostać cudownie zapłodniona nasieniem Zaratusztry i urodzić Saoszjanta, czyli Mesjasza, który poprowadzi zastępy sprawiedliwych do ostatecznej walki ze złem. W tzw. nowej Aweście pahlawijskiej, napisanej około 630 lat przed Jezusem, dziewica ma być zapłodniona Duchem Świętym i urodzić syna samego Boga Ahury Mazdy, Saoszjanta( mesjasza ) w XXIV wieku( najczęściej przyjmuje się rok 2401 ). Zaratusztrianizm( zoroastryzm ) historycznie poprzedza tzw. zreformowany judaizm świątynny. We wczesnym Judaizmie możemy znaleźć wpływy wierzeń ugaryckich ze starożytnej krainy Kanaan. Judaizm świątynny powstał w czasach niewoli babilońskiej, po wypędzeniu ludności Izraela na tereny dzisiejszego Iraku i po najeździe Palestyny przez Achemenidów. W tym czasie ostatecznie zredagowano większą część Starego Testamentu oraz przeprowadzono reformę religijną( reforma Ezdrasza ). Odnowiony, zreformowany judaizm zaczerpnął prawdopodobnie niektóre nowe koncepcje z zaratusztrianizmu, jak np.: idee wędrówki dusz po śmierci do piekła lub nieba, Sądu Ostatecznego, przyjścia Mesjasza i osobistej odpowiedzialności za swoje czyny przed Bogiem. Z kolei zaratusztrianizm jest spadkobiercą jeszcze wcześniejszych wierzeń pochodzących z kultur Babilonu ( święta księga „Enuma Elisz” ) i Sumeru.


    Bóg Ganeśa Jeżeli nie wymagamy żadnych empirycznych, logicznych lub innych racjonalnych dowodów od naszej religii, to elementarna uczciwość nakazuje nam, abyśmy również nie wymagali niczego od pozostałych. Jeżeli ślepo wierzymy w dogmaty naszej religii, to logicznie nic nie powinno nam przeszkadzać, aby również ślepo wierzyć w prawdziwość wszystkich innych religii. Niestety, doktryny religijne zawarte w świętych księgach najczęściej nawzajem się wykluczają, co niestety nie pozwala nam, by uznać je wszystkie za równie prawdziwe. Zatem ślepa wiara w te czy owe dogmaty w ostatecznym rozrachunku może okazać się niczym więcej, jak tylko kwestią gustu, wyrazem kulturowo-religijnego konformizmu, a najczęściej decyzją podjętą za nas przez naszych rodziców. „To co skłania ludzi do wiary w Boga, jest to, że uczono ich tego od niemowlęctwa; jest to główny powód ich wiary. Sądzę, że następnym co do siły motywem jest chęć zabezpieczenia się, wywołująca rodzaj poczucia, że jest gdzieś jakby starszy brat, który się wami zaopiekuje. Odgrywa to bardzo ważną rolę w budzeniu uczuć religijnych”, twierdził Bertrand Russell.


  21. PODSUMOWANIE
  22. Dlaczego istnieje raczej coś niż nic? Dlaczego istnieje raczej ontologiczny Byt niż Niebyt( totalna nicość )? Czy ontologiczny Byt koniecznie musiał mieć swój absolutny prapoczątek, praprzyczynę? Kto, lub co, miało by być praprzyczyną wszechrzeczy? Kto, lub co, miało by stworzyć Wszechświat, lub ogólniej, cały ontologiczny Byt? Czy był to Wielki Wybuch, czy raczej Bóg-stworzyciel? A może to Bóg-stworzyciel spowodował Wielki Wybuch, prapoczątek, praprzyczynę wszechrzeczy?

    A jeżeli cały ontologiczny Byt, a w tym nasz Wszechświat, nie miał absolutnego prapoczątku, praprzyczyny? Czy to możliwe? Co wtedy? Czy coś wtedy tracimy? Czy coś wtedy zyskujemy? Profesor fizyki teoretycznej Michio Kaku napisał, iż: „Ten nowy obraz Wszechświata [bez absolutnego prapoczątku i praprzyczyny] powoduje, że inaczej patrzymy na religijną mitologię. Większość mitów dotyczących pochodzenia Wszechświata można podzielić na dwie kategorie: judeochrześcijański mit Genesis, według którego świat został stworzony w pewnym określonym momencie, oraz hinduistyczno-buddyjski mit Nirwany, mówiący o bezkresnym Wszechświecie, który nie ma początku ani w czasie, ani w przestrzeni”.

    Czy coś wtedy tracimy? Moim zdaniem wszystko, co tracimy, to złudzenia. No cóż, Ziemia nie jest płaska i nie jest centrum Wszechświata. Udało się nam jakoś z tym w końcu przecież pogodzić? Prawda? Taki proces wymaga jednak czasu. Historia postępów nauki uczy nas umiarkowanego optymizmu. Ale mimo wszystko jednak optymizmu. „Prawda nigdy nie triumfuje - wymierają tylko jej przeciwnicy”, jak trafnie zauważył laureat nagrody Nobla, niemiecki fizyk Max Planck. "W ciągu wieków ludzkiej historii pojawiło się wiele teorii o Wszechświecie. Jednak to ostatnie czterdzieści lat było pod tym względem wyjątkowe. Teoria Wielkiego Wybuchu jako jedyna zdominowała dyskurs naukowy i publiczny, a nawet stała się stałym punktem szkolnego programu nauczania. [...]Najbardziej niezwykły jest fakt, że ta nowa teoria wiecznego Wszechświata jest zdolna wytłumaczyć wszystkie dane obserwacyjne z taką samą dokładnością jak zmodyfikowana teoria Wielkiego Wybuchu, a ponadto może wyjaśnić i te aspekty Wszechświata, których Wielki Wybuch wyjaśnić nie potrafi" - zauważają Steinhardt i Turok w swojej książce Nieskończony Wszechświat - Poza teorię Wielkiego Wybuchu”. Hipoteza Wielkiego Wybuchu przeżywa obecnie swój największy kryzys. Grupa światowej sławy naukowców i niezależnych badaczy wystosowała w 2004 roku List Otwarty na łamach prestiżowego czasopisma New Scientist” w sprawie zasadniczej rewizji hipotezy Wielkiego Wybuchu, apelując o rozpoczęcie badań nad alternatywnymi teoriami. Dni hipotezy Wielkiego Wybuchu wydają się być policzone.

    Czy coś wtedy zyskujemy? Być może uda nam się zyskać nowy, pełniejszy, prawdziwszy obraz Wszechświata. Zamiast płaskiej Ziemi stworzonej Ex Nihilo w centrum wszechrzeczy, narodzi się nowa teoria postkwantowego, mistycznego Wszechświata, teoria Wszechświata niestworzonego, wiecznego, pozbawionego osobliwości Wielkiego Wybuchu oraz błędnej idei Boga-stworzyciela. Jeżeli ta nowa teoria okaże się być prawdziwa, na co wiele wskazuje, to jej implikacje niosą ze sobą wielkie obietnice nowych odkryć, nowych możliwości, nowych korzyści, nowych dokonań, nowych horyzontów. Czy ta nowa mistyczna fizyka i kosmologia przyszłości pozwoli nam odkryć nowe, nieznane wyższe wymiary rzeczywistości, nowe prawa przyrody, nowe fundamentalne siły i energie? Czy pozwoli nam lepiej zrozumieć siebie i nasz mistyczny związek z Wszechświatem? We wstępie do swojej książki Nieskończony Wszechświat - Poza teorię Wielkiego Wybuchu”, Steinhardt i Turok piszą: "Każdy taki cykl wiecznego Wszechświata rozpoczyna się wybuchem, nie będącym jednak początkiem czasu i przestrzeni. Ma za to swoją przeszłość i przyszłość, które mogą być opisane prawami fizyki. Każdy z cykli wpływa na następujący po nim". Steinhardt i Turok dodają także, że możliwe jest, że czas i przestrzeń powstały wiele cykli temu, ale jest także możliwe, że są one dosłownie wieczne. Naukowcy zaznaczają, że ich koncepcja wiecznego Wszechświata jest w początkowym stadium rozwoju. Ale, jak podkreślają, zagadnienia, które niesie ta nowa teoria mogą tak silnie wpłynąć na sposób, w jaki postrzegamy Wszechświat i nasze w nim miejsce, że zasługują na upowszechnienie. Podobnego zdania jest dr Johan Masreliez, twórca kosmologicznej teorii Ekspandującej Czasoprzestrzeni, która w swoich założeniach odwołuje się do wniosków z filozofii Parmenidesa: „Zanim pomysł Wielkiego Wybuchu zyskał w połowie XX wieku popularność, większość ludzi uważała, że Wszechświat istnieje od zawsze. Koncepcję wiecznie istniejącego Wszechświata głosił około 2500 lat temu Parmenides. Przekonywał, że Wszechświat albo istnieje, albo go nie ma. Jeśli istnieje, to nie mógł być stworzony z czegoś, co nie istnieje, ponieważ nieistnienie oznacza nicość. Stąd wniosek, że Wszechświat musiał istnieć zawsze. Tego rodzaju rozumowanie jest absolutnie logicznie poprawne, jednak umysł buntuje się przeciwko idei odwiecznego istnienia.


    Podobnie, jak ks. prof. Michał Heller, dobrze zdaję sobie sprawę, że „między pytaniami nauki i pytaniami religii niekiedy istnieje napięcie, a czasem nawet dochodzi do konfliktów, ale jest też prawdą, że oba rodzaje pytań - naukowe i religijne - uzupełniają się wzajemnie. Aby podjąć próbę zrozumienia świata, musimy odważnie podążać drogami ludzi myślących. Te drogi różnią się od wszystkich innych, są trochę samotne i bardziej pną się pod górę, ale są też znacznie ciekawsze i pewniej prowadzą do celu. Człowiek myślący musi zawsze kroczyć własną ścieżką, którą przeciera po to, by stać się przewodnikiem ludzkości.

    Podobnie, jak Jego Świątobliwość Tenzin Gjatso, XIV-sty Dalaj Lama Tybetu, dobrze zdaję sobie sprawę, że „trzeba respektować punkty widzenia ludzi spoza kręgu buddyjskiego i być ich świadomym. Buddyzm nie jest dla nich zrozumiały, natomiast inne religie, religie chrześcijańskiego Boga, są dla takich ludzi użyteczne, są efektywne. Podejście buddyjskie ich nie zmieni. Tak jak pacjentów nie interesuje, który lek jest najdroższy. Interesuje ich, który lek jest najbardziej odpowiedni dla konkretnego przypadku, w konkretnych okolicznościach. Wszak celem jest wyleczenie choroby, a nie zwiększenie sprzedaży leku. Nie przepiszemy wszystkim tego samego specyfiku. Dlatego nie mogę powiedzieć, z praktycznego punktu widzenia, czy buddyzm jest najlepszą religią; trzeba to osądzić, biorąc pod uwagę przede wszystkim okoliczności, sytuację życiową każdego człowieka.”


    Zatem dlaczego istnieje raczej coś niż nic? Dlatego, że wszystko to, co istnieje, czyli ontologiczny Byt, to jest, a wszystko to, co nie istnieje, czyli ontologiczny Niebyt - totalna nicość, tego nie ma. Byt jest, a Niebytu nie ma. Z tego powodu istnieje właśnie Byt zamiast Niebytu. Dlaczego Niebytu nie ma? Bo gdyby był, to byłby wtedy już jakąś formą Bytu. Być, to może tylko ontologiczny Byt, bo ontologiczny Niebyt, z definicji, nie istnieje. Niebyt nie stanowi ontologicznej alternatywy dla Bytu. Aby istniała alternatywa, muszą istnieć oba jej składniki, a Niebyt, z definicji, nie istnieje, gdyż jest totalną nicością. Ontologiczny Byt, to Istnienie. Ontologiczny Niebyt, to Nieistnienie. Istniejący Niebyt, to "Istniejące Nieistnienie". "Istniejące Nieistnienie", to sprzeczność. A sprzeczność, tak, jak przysłowiowe kwadratowe koło, nie może istnieć. Sprzeczność jest niebytem.

    Istniejący ontologiczny Niebyt, to sprzeczność. Zatem Niebyt nie może stanowić ontologicznej alternatywy dla Bytu. Niebyt, z definicji, nie istnieje, ale istnieje filozoficzna koncepcja Niebytu. Koncepcja ontologicznego Niebytu istnieje, ale Niebyt, opisany przez tę koncepcję, w rzeczywistości nie istnieje. Zatem ontologiczny Byt, w sposób naturalny, nie posiada alternatywy dla swojego istnienia. Ontologiczny Byt po prostu istnieje, jako niestworzony, wieczny, bez początku i bez końca, tak, jak istniałby Bóg-stworzyciel. Ale Bóg-stworzyciel nie jest konieczny do tego, aby istniał ontologiczny Byt, lub Wszechświat, bo nie istnieje taka potrzeba, aby najpierw pokonać Niebyt poprzez Creatio ex nihilo i w ten sposób utorować drogę dla zaistnienia Bytu. Przecież nie ma potrzeby pokonywać Niebytu, który nigdy nie istniał. Przecież nie ma potrzeby stwarzać ontologicznego Bytu, który zawsze istniał. Zatem Bóg-stworzyciel nie jest bytem koniecznym. Bóg-stworzyciel jest bytem zbytecznym. Bóg-stworzyciel nie istnieje. Jeżeli Wszechświat miał prapoczątek, można przypuszczać, że istnieje jego Stwórca. Ale jeżeli Wszechświat nie ma początku ani końca, to po prostu istnieje. Gdzież jest wtedy miejsce dla Boga-stworzyciela - pyta nas retorycznie profesor Stephen Hawking.

    Czy rzeczywiście trzeba wyjaśnić, dlaczego istnieje raczej coś niż nic? Henri Bergson, pisarz i filozof francuski, laureat Nagrody Nobla, uważał, że nie ma potrzeby, aby to wyjaśniać, argumentując: „Część metafizyki obraca się, świadomie lub nie, wokół pytania, dlaczego coś istnieje. Dlaczego jest materia, duch, niźli raczej nic? Jednakże pytanie to zakłada, że rzeczywistość jest otoczona przez pustkę [absolutną nicość], że pod bytem ukryta jest nicość, że w zasadzie nic nie powinno istnieć, że zatem trzeba wyjaśnić, dlaczego rzeczywiście coś jest. Jest to jednak czysta iluzja, bo idea absolutnej nicości[ ontologicznego Niebytu ] ma tyleż znaczenia, co idea kwadratowego koła.” A zatem nigdy nie było takiej potrzeby, aby stworzyć cały ontologiczny Byt, który zawsze naturalnie, spontanicznie istniał z tego jedynego prostego powodu, że naturalnie i logicznie nie posiada i nigdy nie posiadał on swojej ontologicznej alternatywy w postaci Niebytu, gdyż taka alternatywa (ontologiczny Niebyt) nie istnieje i nigdy nie istniała z tego prostego powodu, że jest po prostu niemożliwa.

    Dlaczego istnieje raczej coś niż nic, skoro najprościej byłoby, gdyby nie istniało nic? Czy rzeczywiście najprościej byłoby, gdyby nie istniało nic? Jak niezbicie wynika z rozważań zawartych w tej pracy, nie jest prawdą, że najprościej byłoby, gdyby nie istniało nic. Jest to po prostu całkowicie niemożliwe, żeby istniało totalne, globalne, zupełne nic (ontologiczny Niebyt). Zatem, jest jednak najprościej, że zawsze istniało coś. Co? Byt! Ontologiczny Byt. Cały, nieskończony, niestworzony, naturalnie istniejący ontologiczny Byt, który naturalnie i logicznie nigdy nie posiadał swojej ontologicznej alternatywy w postaci Niebytu.

    Dlaczego istnieje raczej coś niż nic? Nieistnienie lub niebyt to, z definicji, coś, co nie istnieje, nigdy nie istniało i nigdy istnieć nie będzie, tak, jak przysłowiowe kwadratowe koło. Równie dobrze można by pytać, dlaczego istnieją raczej zwykłe koła niż kwadratowe koła. Zatem, niebyt (nieistnienie) nigdy nie mógł stanowić istniejącej alternatywy dla bytu (istnienia), który, nie posiadając takiej alternatywy dla siebie, naturalnie istniał zawsze. Niebyt naturalnie nigdy nie istniał, więc Byt naturalnie istniał zawsze. To takie proste i oczywiste! Oto ostateczna odpowiedź na słynne pytanie Leibniza! Odpowiedź, której niezależnie od siebie udzielili m.in. Parmenides i Buddha.


Zbigniew Modrzejewski

Sierpień 2009
Uzupełniono w październiku 2013

Zbigniew Modrzejewski asserts the moral right to be identified as the author of this work.





buddyzm.edu.pl
W jaki sposób religia buddyjska tłumaczy powstanie świata?




PRZYPISY


  1. The Big Bang Never Happened. The New Standard? „While there is scientific consensus that the Big Bang is the best explanation for the origin of the Universe, there's a growing chorus of doubters among the world astrophysics community, led by the fascinating new work of Prof. Wun-Yi Shu at the National Tsing Hua University in Taiwan who has developed an innovative new description of the Universe in which the roles of time space and mass are related in new kind of relativity. Shu's idea is that time and space are not independent entities but can be converted back and forth between each other. In his formulation of the geometry of spacetime, the speed of light is simply the conversion factor between the two. Similarly, mass and length are interchangeable in a relationship in which the conversion factor depends on both the gravitational constant G and the speed of light, neither of which need be constant. In other words, as the Universe expands, mass and time are converted to length and space and vice versa as it contracts. The Shu universe has no beginning or end, just alternating periods of expansion and contraction. In fact, Shu shows that singularities such as the Big Bang cannot exist in this cosmos, "Cosmological Models with No Big Bang". During a period of expansion, an observer in Shu's universe would see an odd kind of change in the red-shift of bright objects such as Type-I supernovas, as they accelerate away. It turns out, says Shu, that his data exactly matches the observations that astronomers have made on Earth. Since the accelerating expansion of the Universe was discovered, cosmologists have been performing some bizarre contortions with the laws of physics to make the Standard Model work. The most commonly discussed x-factor is that the universe is filled with a dark energy that is forcing the universe to expand at an increasing rate. For this model to work, dark energy must make up 75 per cent of the energy-mass of the Universe and be increasing at a fantastic rate, ignoring the law of conservation of energy in an attempt to square this circle. With Shu's theory there's no need to abandon conservation of energy. However, he faces a major problem explaining the existence and structure of the cosmic microwave background, the echo of the Big Bang, something that many astrophysicists believe to be the the strongest evidence that the Big Bang occurred. Shu's approach may well explain the Type-I supernova observations without abandoning conservation of energy but it asks us to give up the notion of the Big Bang, the constancy of the speed of light and to accept a vast new set of potential phenomenon related to the interchangeable relationships between mass, space and time.”


  2. Thinking big is what he does: „Meanwhile, Jacob Barnett is moving on to his next challenge: proving that the big-bang theory, the event some think led to the formation of the universe, is, well, wrong. Wrong? He explains. "There are two different types of when stars end. When the little stars die, it's just like a small poof. They just turn into a planetary nebula. But the big ones, above 1.4 solar masses, blow up in one giant explosion, a supernova," Jake said. "What it does, is, in larger stars there is a larger mass, and it can fuse higher elements because it's more dense." OK . . . trying to follow you. "So you get all the elements, all the different materials, from those bigger stars. The little stars, they just make hydrogen and helium, and when they blow up, all the carbon that remains in them is just in the white dwarf; it never really comes off. So, um, in the big-bang theory, what they do is, there is this big explosion and there is all this temperature going off and the temperature decreases really rapidly because it's really big. The other day I calculated, they have this period where they suppose the hydrogen and helium were created, and, um, I don't care about the hydrogen and helium, but I thought, wouldn't there have to be some sort of carbon?" He could go on and on. And he did. "Otherwise, the carbon would have to be coming out of the stars and hence the Earth, made mostly of carbon, we wouldn't be here. So I calculated, the time it would take to create 2 percent of the carbon in the universe, it would actually have to be several micro-seconds. Or a couple of nano-seconds, or something like that. An extremely small period of time. Like faster than a snap. That isn't gonna happen." "Because of that," he continued, "that means that the world would have never been created because none of the carbon would have been given 7 billion years to fuse together. We'd have to be 21 billion years old . . . and that would just screw everything up." So, we had to ask. If not the big bang, then how did the universe come about? "I'm still working on that," he said. "I have an idea, but . . . I'm still working out the details."


  3. Dark energy may not exist in space, scientists claim: „Physicists at Durham University now claim the calculations on which the Standard Model is based could be fatally flawed. This raises the possibility that the "dark side" of the cosmos does not exist, which in turn could mean that the universe is expanding less quickly than previously thought. Dr Robert Massey of the Royal Astronomical Society, which published the findings, said: This would challenge greatly our assumptions about the long term future of the universe, because the assumption at the moment is that the universe is expanding and if it isn’t that would be a huge shock. Professor Tom Shanks, who led the research, said: CMB observations are a powerful tool for cosmology and it is vital to check for systematic effects. If our results prove correct then it will become less likely that dark energy and exotic matter particles dominate the universe. So the evidence that the universe has a dark side will weaken.”


  4. From big bang to big bounce: „In 2000, Martin Bojowald, then a postdoc student with Prof. Abhay Ashtekar at the Pennsylvania State University in University Park, used loop quantum gravity to create a simple model of the universe. Loop Quantum Cosmology (LQC) was born. Abhay Ashtekar remembers his reaction the first time he saw the universe bounce. “I was taken aback,” he says. He was watching a simulation of the universe rewind towards the big bang. Mostly the universe behaved as expected, becoming smaller and denser as the galaxies converged. But then, instead of reaching the big bang “singularity”, the universe bounced and started expanding again. What on earth was happening? Ashtekar wanted to be sure of what he was seeing, so he asked his colleagues to sit on the result for six months before publishing it in 2006. And no wonder. The theory that the recycled universe was based on, called Loop Quantum Cosmology (LQC), had managed to illuminate the very birth of the universe – something even Einstein’s general theory of relativity fails to do. LQC has been tantalising physicists since 2003 with the idea that our universe could conceivably have emerged from the collapse of a previous universe. Now the theory is poised to make predictions we can actually test. If they are verified, the Big Bang will give way to a Big Bounce and we will finally know the quantum structure of space-time. Instead of a universe that emerged from a point of infinite density, we will have one that recycles, possibly through an eternal series of expansions and contractions, with no beginning and no end.


  5. „Historia tego chłopca poruszyła ludzi na całym świecie. Na jego temat powstały niezliczone publikacje. Trudno się dziwić. Wiele osób, wsłuchując się w opowieści na temat jego losów, zaczyna wierzyć, że ludzkie życie nie jest ograniczone do tego co tu i teraz; że egzystencja może być wiedziona przez wieki, a człowiek tylko zmienia swoją powłokę. Cameron Macaulay przez długi czas nie różnił się od innych swoich rówieśników. Potem jednak wszystko się zmieniło. Pewnego dnia zaczął opowiadać przedziwne historie, m.in. o domu, który istnieje na oddalonej o 300 kilometrów od jego miejsca zamieszkania wyspie; o ludziach, których znał i rzeczach, które go w życiu spotkały; a potem także o swoim ojcu, który zginął w tragicznych okolicznościach. Znał nawet jego imię - twierdził, że jego ojciec miał na imię Shane Robertson i "zginął, bo nie rozglądał się w obie strony". Nie doprecyzował jednak, o co dokładnie chodzi. Obok pełnych szczegółów, niepokojących historii, poprzez rysunki zaczął odtwarzać obrazy, na których aż roiło się od detali. Dziwnym zachowaniem chłopca coraz bardziej zaniepokojona była jego matka. Pochodzący ze Szkocji młodzieniec już w wieku dwóch lat twierdził, że jego życie związane było wcześniej z wyspą Barra. Szczególnie dla jego bliskich historie musiały brzmieć absurdalnie i zaskakująco. Nikt nie opowiadał bowiem dziecku o wspomnianej wyspie, a już tym bardziej nikt z otoczenia nigdy chłopca na nią nie zabrał. Także matka Camerona oraz jej były mąż, ojciec chłopca, nigdy wcześniej nie odwiedzali tego miejsca. Skąd zatem malec znał szczegóły tamtejszego krajobrazu? Skąd wiedział o rodzaju istniejącej tam zabudowy? "Odkąd Cameron zaczął mówić, opowiadał historie o swoim życiu na Barra" - przyznała jego matka Norma. "Opowiadał o swoich byłych rodzicach, o tym jak umarł jego ojciec, snuł też historie na temat swoich braci i sióstr". Mimo tak wielu szczegółów, które się pojawiały w jego opowieściach oraz przesyconego przekonaniem tonu wypowiedzi, co do zaistnienia poszczególnych zdarzeń i okoliczności, przez długi czas nikt nie dowierzał Cameronowi. Matka malca uważała, że są one tylko efektem bujnej wyobraźni jej syna. Wkrótce problemy związane z opowieściami dziecka zaczęły się nawarstwiać. Młody Brytyjczyk tak bardzo wierzył w to wszystko, co opowiadał, że historia dotycząca rzekomo jego poprzedniego wcielenia zaczęła wpływać na sposób funkcjonowania jego rodziny - poinformował dziennik "The Sun". Nie było dnia, by nie mówił o tym, jak bardzo tęskni do swojej poprzedniej matki, a także braci i sióstr, którzy mieszkają na Barra. Ale brakowało mu nie tylko ludzi, ale też miejsc - plaży, która znajdowała się tuż obok jego dawnego domu, skalistych oczek wodnych. Potem zaczął narzekać nawet na wyposażenie domu, w którym mieszkał wraz ze swoją "obecną" mamą Normą, żaląc się, że w obecnym miejscu zamieszkania ma tylko jedną toaletę, a w domu na wyspie Barra miał ich aż trzy. Jego opowieści szybko stały się kłopotliwe także dla innych. Pewnego razu matka Camerona została wezwana na rozmowę do jednej z opiekunek pracujących w przedszkolu, do którego uczęszczał chłopiec. Okazało się, że maluch o swoich doświadczeniach zaczął opowiadać pracownikom placówki. Wszystko zmieniło się w dniu, kiedy jedna z pracownic przedszkola powiedziała, że nawiązała kontakt z ekipą filmową, poszukującą dzieci, które twierdzą, że żyły już wcześniej. Norma zdecydowała się zadzwonić do realizatorów. W lutym 2007 r. Cameron wraz ze swoją matką, członkami ekipy filmowej oraz doktorem Jimem Tuckerem, psychologiem i światowej sławy specjalistą zajmującym się podobnymi przypadkami, wyruszyli na wyspę Barra. Chłopiec był przeszczęśliwy. Tuż po wylądowaniu na wyspie, która do złudzenia przypominała tę, o której chłopiec wielokrotnie opowiadał, zwrócił się do swojej matki z pytaniem, czy teraz mu wierzy. Zaczął też wznosić okrzyki: "Wróciłem!" Wkrótce po przybyciu na miejsce Cameron wraz ze swoją matką, bratem oraz ekipą realizacyjną zaczęli poszukiwać białego domu nad zatoką, w którym w poprzednim wcieleniu miał rzekomo mieszkać chłopiec. Zaczęli też wypytywać o rodzinę, o której nikt jednak nie słyszał. Kiedy wydawało się, że nic nie uda się wskórać, z pomocą przyszli pracownicy hotelu, którzy wskazali biały budynek. Kiedy Cameron dotarł na miejsce, był wniebowzięty. Dom w każdym szczególe przypominał ten, który przewijał się w jego opowieściach oraz na rysunkach. Niestety, nie mieszkał w nim już nikt z klanu Robertsonów - okazało się, że poprzedni właściciele sprzedali dom. Chłopiec został jednak do niego wpuszczony - mały Brytyjczyk rozpoznał każdy z zakamarków. Widok z okna domu był zaś identyczny z tym, który pojawiał w jego opisach; prawidłowo określał też liczbę łazienek. Później udało się zlokalizować miejsce zamieszkania jednego z członków rodziny Robertsonów. Mieszkał w Stirling. Nie wiedział nic o członku rodu, który nazywałby się Shane Robertson, ale zgodził się pokazać stare, rodzinne fotografie. Chłopiec nie odnalazł na nich ani siebie, ani swojego ojca. Rozpoznał jednak stary, czarny samochód i czarno-białego psa, o którym często wcześniej opowiadał. Po tych wszystkich wydarzeniach Cameron wraz ze swoją matką Normą oraz bratem wrócili do swojego domu w Clydebank pod Glasgow. Od tego czasu chłopiec był już spokojniejszy. Na pytanie swojej matki, o to, jak dostał się do nowej rodziny, powiedział, że pewnego dnia, w swoim poprzednim wcieleniu, po prostu się przewrócił. Jego historię przypomniała niedawno Telewizja Polska.” niewiarygodne.pl


  6. Story of Jesus Christ was 'fabricated to pacify the poor', claims controversial Biblical scholar: „A controversial American biblical scholar is set to make his first appearance in London next week to present a discovery that he claims proves the story of Jesus Christ was invented as a system of mind control to enslave the poor. Joseph Atwill, who is the author of a book entitled 'Caesar's Messiah: The Roman Conspiracy to Invent Jesus', asserts that Christianity did not begin as a religion, but was actually a sophisticated government propaganda exercise used to pacify the subjects of the Roman Empire. At the 'Covert Messiah' conference, to be held at the Conway Hall in Holborn a week on Saturday, Mr Atwill will present his theory that the New Testament was written by first-century Roman aristocrats and that they entirely fabricated the story of Jesus Christ. Outlining his ideas in a blog posting on his website Mr Atwill writes: "Christianity may be considered a religion, but it was actually developed and used as a system of mind control to produce slaves that believed God decreed their slavery." Mr Atwill says that acts of insurrection by Jewish sects, who were awaiting the arrival of a so-called 'warrior Messiah' in Palestine, were a perpetual problem for the Roman Empire and that after the Empire had exhausted all traditional means of dealing with the problem they resorted to psychological warfare. "They surmised that the way to stop the spread of zealous Jewish missionary activity was to create a competing belief system," Atwill told PRWeb.com: "That's when the 'peaceful' Messiah story was invented. Instead of inspiring warfare, this Messiah urged turn-the-other-cheek pacifism and encouraged Jews to 'give onto Caesar' and pay their taxes to Rome." Mr Atwill continues: "Although Christianity can be a comfort to some, it can also be very damaging and repressive, an insidious form of mind control that has led to blind acceptance of serfdom, poverty, and war throughout history. To this day, especially in the United States, it is used to create support for war in the Middle East." Elsewhere, Mr Atwill also writes: "In fact Jesus may be the only fictional character in literature whose entire life story can be traced to other sources. Once those sources are all laid bare, there’s simply nothing left." ”


  7. „Wśród wielu świeckich komentatorów Pisma Świętego, sprawa kanonu biblijnego od wielu lat wzbudza sporo kontrowersji. Częścią genezy tego problemu jest fakt, iż o tym, jakie księgi powinny zostać uznane za natchnione przez Boga, decydowali czasami członkowie poszczególnych wyznań. To dlatego w Biblii, jaką czytają protestanci, nie odnajdziemy między innymi starotestamentowej Księgi Judyty czy Księgi Tobiasza. Oprócz tego każde wyznanie nieco inaczej interpretuje poszczególne fragmenty Pisma Św.. Choć wydaje się to nieprawdopodobne, różnice mogą dotyczyć tak podstawowych, i wydawałoby się wspólnych dla wszystkich pojęć, jak choćby dziesięć przykazań. W wersji dekalogu przyjętej przez Kościół katolicki brakuje bowiem dość znaczących fragmentów Biblii. Pozornie można odnieść wrażenie, że czego innego katolicy dowiadują się na lekcjach religii, a co innego mogą przeczytać w Starym Testamencie. W rzeczywistości różnice są znacznie bardziej subtelne. Zasadnicza odmienność między tekstem biblijnym, a tym ogólnie przyjętym, czyli wersją katechetyczną, polega na tym, że w Starym Testamencie nie ma ani słowa o liczbie dziesięć. Gdy więc mówimy: "Piąte. Nie zabijaj", nie ma to wiele wspólnego z numeracją biblijną, której tam po prostu nie ma. Co ciekawe, nawet jeśli przyjmiemy kolejność przykazań podaną w Biblii, znów coś nie będzie się zgadzać. Okaże się bowiem, że przykazanie piąte tak naprawdę powinno być przykazaniem szóstym. Jak to możliwe? Czy Kościół chciał ukryć jedno przykazanie? Tekst dekalogu pojawia się w Starym Testamencie aż dwukrotnie. Po raz w pierwszy w Księdze Wyjścia, a po raz kolejny w Księdze Powtórzonego Prawa. Obie te księgi stanowią najstarszą część Biblii, czyli Pięcioksiąg Mojżeszowy, przez wyznawców judaizmu nazywany Torą i będący podstawą ich wiary. Dekalog jest również ważnym elementem wiary chrześcijan i nic dziwnego, że wierni wszystkich wyznań poznają go już w dzieciństwie. Ale okazuje się, że mimo wspólnej wiary, uczą się go w różnych formach. W wersji przyjętej przez katolików brakuje między innymi jednego przykazania. Znajdowałoby się ono między przykazaniem pierwszym, "Nie będziesz miał bogów cudzych przede mną" a drugim - "Nie będziesz wzywał imienia Pana Boga twego nadaremno" (cytaty według katechizmu kardynała Gasparriego). Zgodnie z Biblią Jakuba Wujka zagubione przykazanie brzmi następująco: "Nie uczynisz sobie obrazu rytego ani żadnej podobizny tego, co jest na niebie w górze i co na ziemi nisko, ani z tych rzeczy, które są w wodach pod ziemią. Nie będziesz się im kłaniał ani służył. Ja jestem Pan, Bóg twój, mocny, zawistny, karzący nieprawość ojców na synach do trzeciego i czwartego pokolenia tych, którzy mnie nienawidzą; a czyniący miłosierdzie tysiącom tych, którzy mię miłują i strzegą przykazań moich". Takiego przykazania na próżno szukać choćby w książeczce do nabożeństwa. Czy to możliwe, że Kościół świadomie pominął jedno przykazanie? Okazuje się, że ten brak wynika z przyjętego przez Kościół w V wieku podziału dekalogu, który określa się mianem podziału augustyńskiego. Manuskrypty Biblii pisane w języku hebrajskim nie zawierały znaków przestankowych w formie kropek czy przecinków. To dlatego tekst dekalogu należało odpowiednio podzielić. Podział, jaki akceptują katolicy, polega na połączeniu w jedno przykazanie słów mówiących o posiadaniu cudzych bogów oraz o wykonywaniu podobizn Boga. Czy jednak zakaz czynienia wizerunków Boga nie jest przez to pominięty? Katechizm Kościoła Katolickiego, czyli oficjalna wykładnia wiary sporządzona przez Kongregację Nauki Wiary i zatwierdzona przez papieża, poświęca tej sprawie sporo uwagi. Według Kościoła poprzez czczenie rzeźby Chrystusa tak naprawdę czci się osobę, która jest na niej uwieczniona. Tym samym postaci świętych przedstawionych na obrazach przybliżają wiernych do Boga. Takie stanowisko jest głęboko zakorzenione w historii i wynika z historycznego sporu ikonoklastów z ikonodulami, czyli przeciwnikami i zwolennikami świętych obrazów. Przeciwnicy ikon, ikonoklaści, uważali, że nie można przedstawiać wizerunków świętych. Sobór nicejski II w 787 roku zezwolił jednak na kult obrazów, tłumacząc to tym, że Chrystus sam wcielił się w fizyczną postać, więc można przedstawiać jego wyobrażenia. Jeśli chodzi o podział augustyński, warto wspomnieć, że nie jest on jedynym podziałem dekalogu. Według najstarszego podziału, filońskiego, który przyjmują na przykład wyznawcy prawosławia czy protestanci, wyszczególnia się fragment mówiący o przedstawianiu wizerunków Boga. Przykazań pozostaje jednak wciąż dziesięć. Jak to możliwe? Po prostu łączy się w jedno dwa ostatnie przykazania Kościoła katolickiego: "Nie pożądaj żony bliźniego swego" oraz "Ani żadnej rzeczy, która jego jest". Co ciekawe, podobny podział do katolików stosują luteranie, którzy również nie wyszczególniają przykazania o wykonywaniu podobizn Boga. Mimo że podział augustyński podzielił Biblię w jeden z kilku możliwych sposobów, do dziś pojawia się przeciwko niemu wiele głosów sprzeciwu. Wątpliwości może budzić zwłaszcza rozbicie w Kościele katolickim na dwa przykazania fragmentu: "Nie będziesz pożądał domu bliźniego twego, ani będziesz pragnął żony jego, ani sługi, ani służebnicy, ani wołu, ani osła, ani żadnej rzeczy, która jego jest", które na przykład przy podziale filońskim nie występuje. Biblia, choć jest tekstem odniesienia dla wielu wyznań, może być różne interpretowana. Kontrowersje mogą także wzbudzać choćby nowo powstające w Polsce pomniki świętych i błogosławionych, nieodparcie kojarzące się z "pominiętym" przykazaniem. Tak jak wcześniej wspomniano, Kościół tłumaczy tę pozorną nieścisłość w swoim katechizmie: "Opierając się na misterium Słowa Wcielonego, siódmy sobór powszechny w Nicei (787 r.) uzasadnił - w kontrowersji z obrazoburcami - kult obrazów przedstawiających Chrystusa, jak również Matkę Bożą, aniołów i świętych. Syn Boży, przyjmując ciało, zapoczątkował nową "ekonomię" obrazów. Chrześcijański kult obrazów nie jest sprzeczny z pierwszym przykazaniem, które odrzuca bałwochwalstwo. Istotnie "cześć oddawana obrazowi odwołuje się do pierwotnego wzoru" i "kto czci obraz, ten czci osobę, którą obraz przedstawia". Cześć oddawana świętym obrazom jest "pełną szacunku czcią", nie zaś uwielbieniem należnym jedynie samemu Bogu. Obrazom nie oddaje się czci religijnej ze względu na nie same jako na rzeczy, ale dlatego, że prowadzą nas ku Bogu, który stał się człowiekiem. A zatem cześć obrazów jako obrazów nie zatrzymuje się na nich, ale zmierza ku temu, kogo przedstawiają" (Katechizm Kościoła Katolickiego). [Widocznie sam Bóg nie wziął tego pod uwagę, gdy dawał to przykazanie! Pozatym przykazanie to nie zostało formalnie anulowane ani przez zawistnego Boga Ojca, ani przez jego syna Jezusa, a tylko przez teologów z Watykanu!] Co ważne i wymagające podkreślenia, zdaniem wielu biblistów i teologów chrześcijańskich, generalną zasadą czytania całego Starego Testamentu, która pozwala go w pełni odkryć i zrozumieć - jest czytanie go z perspektywy Ewangelii [A jak czytano Stary Testament w czasach, gdy nie było jeszcze Ewangielii? Czy Bóg o tym nie pomyślał? Ale czym jest Ewangielia? O tym, jakie księgi Ewangielii powinny zostać uznane za natchnione przez Boga, decydowali przecież członkowie poszczególnych wyznań!].” niewiarygodne.pl








www.zbigniew-modrzejewski.webs.com/parmenides_index.html



Free counter and web stats