Salwador Dali, The Persistence of Memory



O NATURACH CZASU


Zbigniew Modrzejewski


www.zbigniew-modrzejewski.webs.com/naturyczasu_index.html



DEDYKACJA

Dedykuję mojej Mamie, Annie Modrzejewskiej, z głębokiej wdzięczności za to, że cierpliwie uczyła mnie swoim mądrym przykładem tego, co w życiu jest najważniejsze. (Wigilia 2011 r.)




MOTTO

Nie mam talentu do słowa, a wszystko co napiszę jest już znane. Piszę, by lepiej to zrozumieć. Tak bowiem wzmocni się we mnie dążenie, aby czynić dobro.
Siantidewa, „Bodhiciarja awatara


Ptolemeusz wynalazł wszechświat i przetrwał on dwa tysiąclecia. Newton wynalazł wszechświat i przetrwał on dwa wieki. Teraz Einstein wynalazł nowy wszechświat i nikt nie wie, jak długo on przetrwa.
– George Bernard Shaw, 1930


A quantity is something or nothing; if it is something, it has not yet vanished; if it is nothing, it has literally vanished. The supposition that there is an intermediate state between these two is a chimera.
Jean Le Rond D'Alambert (1717–1783)





SPIS TREŚCI

  1. WSTĘP

  2. WPROWADZENIE

  3. TRZY ZAKRESY CZASU

  4. PRZELOTNA CHWILKA, ZWANA "TERAZ"

  5. JAK TEN CZAS LECI

  6. CZAS, CZYLI POZYCJA MAŁEJ WSKAZÓWKI MOJEGO ZEGARKA

  7. CZAS TO PIENIĄDZ, CZYLI OBIEKTYWNA WARTOŚĆ CZASU

  8. RELATYWISTYCZNA DYLATACJA ZEGARÓW

  9. PROBLEM PERCEPCJI

  10. SPÓR O STATUS ONTOLOGICZNY CZASOPRZESTRZENI

  11. JAK JEST NAPRAWDĘ

  12. OSTATECZNA NATURA CZASU

  13. OMNI–SUBIEKTYWNA NATURA CZASU

  14. KONWENCJONALNA NATURA CZASU

  15. DO CZEGO SŁUŻY ZEGAR

  16. PODSUMOWANIE

  17. PRZYPISY







  1. WSTĘP
  2. Czy warto jeszcze tracić czas na to, aby zastanawiać się czym jest czas i jaka jest jego natura? Czy można jeszcze powiedzieć coś niebanalnego na temat natury czasu?

    Czas i przestrzeń, obok materii i energii, to dwa najbardziej fundamentalne wymiary naszej fizycznej rzeczywistości. Niezależnie od tego, czy myślimy o nich w kategoriach fizyki Izaaka Newtona, jako o samodzielnych wymiarach, czy traktujemy je tak, jak zaproponował to Albert Einstein w teorii względności, jako jedną czasoprzestrzeń, czas i przestrzeń są nam bezpośrednio dostępne na co dzień. Można powiedzieć, że w pewnym sensie są dla nas oczywiste. W tym tkwi zasadniczy problem. Czyż nie jest dla nas oczywiste to, że przestrzeń istnieje, że czas istnieje i że upływa? Dlaczego wydaje się to być tak oczywiste? Dlatego, że po prostu to widzimy! Nic prostszego. Już wkrótce przekonamy się, że nic bardziej mylnego. Ten z pozoru nudny temat może niespodziewanie okazać się dużo bardziej intrygujący, niż kiedykolwiek mogło się nam wydawać.

    Mimo tego, że wydaje się nam, iż postrzegamy jego istnienie gołym okiem, czas, jako wielkość fizyczna, nie jest empirycznie wykrywalny. Nie tylko, że czas nie jest empirycznie wykrywalny, ale nie istnieje również jakikolwiek sensowny fizyczny mechanizm jego upływu. Czas nie jest w stanie fizycznie upływać, ani nie można empirycznie wykryć jego fizycznego istnienia. Czymże więc jest czas? Jeśli nikt mnie o to nie pyta, nie wiem. Jeśli pytającemu usiłuję wytłumaczyć, wtedy sam dowiaduję się więcej.

    Niniejsza praca traktuje głównie o naturze czasu, ale pośrednio i o naturze przestrzeni, gdyż z perspektywy filozoficznej czas i przestrzeń są do siebie bardzo podobne. Ze względu na przejrzystość, prostotę i jasność, skupia się ona na czasie. Natura przestrzeni oczywiście wymagałaby częściowo swoich własnych specyficznych argumentów i rozważań, być może prostszych niż te dotyczące czasu, gdyż czas jest związany z funkcjonowaniem mechanizmów zegarowych lub oscylatorów, a przestrzeń jedynie z ogólnie rozumianymi wzorcami długości lub popularnymi narzędziami, jak linijki.

    W rozdziałach 3, 4 i 5 rozważam kilka najlepiej znanych i zasadniczych aspektów czasu. W rozdziałach 6, 7 i 8 przyglądam się bliżej temu, jak Einstein rozumiał czas w swojej szczególnej teorii względności. W rozdziałach 9, 10 i 11 zastanawiam się nad filozoficznymi podstawami, jakie Einstein przyjął dla swojej idei czasoprzestrzeni w ogólnej teorii względności. Einstein nie jest bowiem jedynie fizykiem, ale w zasadniczym sensie jest filozofem i to właśnie w rozdziale 11 dokonuję krytycznej analizy filozofii Einsteina dotyczącej czasu, stanowiącej fundamenty jego teorii względności. W rozdziałach 12, 13 i 14 podsumowuję moje argumenty na temat natury czasu, a w rozdziale 15 wyjaśniam do czego tak naprawdę służy zegar, gdyż wbrew powszechnie panującej opinii na pewno nie służy on do mierzenia czasu. Rozdział 16, to podsumowanie wszystkich wątków z całego tekstu oraz szereg refleksji.


    Kurt Godel  i Einstein, 1954


    CZY ALBERT EINSTEIN MÓGŁ SIĘ MYLIĆ? Tak. Albert Einstein nie tylko mógł się mylić, ale pomylił się kilka razy. Publicznie przyznał się do jednego z tych błędów, nazywając go największą pomyłką swojego życia. Była to jego słynna stała kosmologiczna, Lambda. I co? I nic. Pomyłka została usunięta i już. Tak właśnie postępują prawdziwie wielcy naukowcy. Nie trwają z uporem w swoich błędach. Mają odwagę się do nich przyznać. Mylić się jest przecież rzeczą ludzką. Nikt nie jest doskonały. Nawet Albert Einstein. Historia rozwoju nauki, to często historia odkrywania tego, że naukowcy zastępują stare błędy nowymi.

    Gdzie tkwi błąd w szczególnej teorii względności Einsteina? Błędów jest kilka.

    TEORII WZGLĘDNOŚCI BRAKUJE NIEKTÓRYCH ZASADNICZYCH PODSTAW EMPIRYCZNYCH — empirycznie wykrywalnego czasu, empirycznie wykrywalnej przestrzeni oraz empirycznie wykrywalnej czasoprzestrzeni Minkowskiego. Zatem teoria względności nie jest całkowicie teorią fizyczną, gdyż częściowo opiera się na założeniach metafizycznych. Należy zwrócić uwagę na następującą subtelność. Nie chodzi tak bardzo o empiryczne wykrycie zakrzywienia przestrzeni lub dylatacji czasu, jak o empiryczne wykrycie samej przestrzeni, czasu i czasoprzestrzeni Minkowskiego. Żeby coś mogło się fizycznie zakrzywiać lub skracać, to najpierw musi fizycznie istnieć.

    Jednym z fundamentalnych błędów w teorii względności jest tzw. "relatywistyczna dylatacja czasu", która nie jest niczym więcej, niż tylko błędną interpretacją powszechnie znanych w fizyce rzeczywistych zjawisk: występowania fizycznych zaburzeń w funkcjonowaniu zegarów (spowolnienia funkcjonowania mechanizmów lub tzw. fizycznych procesów oscylacyjnych) powodowanych wpływem zmian sił pola grawitacyjnego oraz występowania problemów przy przesyłaniu informacji na duże odległości w skali kosmicznej za pomocą sygnałów elektromagnetycznych (z prędkością światła) pomiędzy obiektami poruszającymi się z prędkościami bliskimi prędkości światła, co nie ma nic wspólnego z hipotetycznym obiektywnym czasem fizycznym postulowanym w teorii względności. Ta błędna interpretacja zaproponowana przez Alberta Einsteina wynika z fundamentalnych filozoficznych założeń, jakie przyjął on dla swojej wizji natury czasu i przestrzeni. Aby ująć to przy pomocy fachowej terminologii filozoficznej, Albert Einstein, sądząc na podstawie jego wypowiedzi, wydaje się zajmować w kontekście "problemu percepcji" filozoficzną pozycję bliską tzw. "naiwnemu realizmowi". Dużo bardziej zaawansowaną filozoficznie pozycję prezentują niektóre interpretacje zjawisk mechaniki kwantowej, odwołujące się do aktywnej roli umysłu (świadomości) obserwatora w akcie tzw. "pomiaru kwantowego". Być może nie bez znaczenia jest fakt, iż Einstein żywił głęboką antypatię do konkurencyjnej wizji natury rzeczywistości, jaka wyłaniała się z powstającej na jego oczach fizyki kwantowej.

    Obecnie obowiązująca w nauce kosmologia, to tzw. kosmologia relatywistyczna wynikająca z teorii względności Einsteina. Elementem tej kosmologii jest Big-Bang, czyli Wielki Wybuch. Z kosmologicznej perspektywy ogólnej teorii względności, Wszechświat może być przedstawiony, jako "blok" (tzw. block-Universe), obejmujący istniejące aktualnie: przeszłość, teraźniejszość i przyszłość. W takim modelu Wszechświata czas nie płynie. Czas jest wtedy rozumiany, jako czwarty wymiar, ale już wymiar przestrzenny. Lee Smolin nie potrafi się z tym tak łatwo pogodzić i poddaje pod dyskusję kwestię: Czy czas może być zasadniczo tym samym, co przestrzeń? W takim razie, pojęcie "czasoprzestrzeń" traci swój intuicyjny sens i nie tylko, że staje się nieuzasadnione, to wręcz wprowadza w błąd. Zamiast używać nazwy "czasoprzestrzeń", bardziej adekwatną nazwą byłaby już "czteroprzestrzeń", czyli po prostu przestrzeń czterowymiarowa. Mówienie o czasie, w sytuacji, gdy taki "czas" w ogóle nie płynie, jest absurdalne w sensie, w jakim znamy "czas" z naszego normalnego, codziennego doświadczenia. Nikt, nigdy i w żaden sposób nie doświadczył statycznego, "przestrzennego" czasu, który nie upływa! Być może matematyczny model "statycznego" Wszechświata-bloku, w którym czas nie płynie, ma swoje zalety z punktu widzenia fizyki teoretycznej. Jednak w rezultacie, taki "bezczasowy" Wszechświat miałby jedynie cztery wymiary przestrzenne. Zyskujemy zatem jeden dodatkowy, ale mało potrzebny, statyczny wymiar przestrzenny, nie tylko za cenę utraty naturalnego, intuicyjnego, dynamicznego wymiaru czasu, ale dodatkową istotną konsekwencją tego wyboru jest to, że taki Wszechświat-blok byłby całkowicie zdeterminowany, a my, pozbawieni przez to wolnej woli, gdyż w takim Wszechświecie "przyszłość" istniała by już w sposób aktualny, konkretny i jednoznaczny. Być może niektórym osobom nie przeszkadzałoby to, że nie posiadałyby możliwości wolnego, świadomego wyboru (że nie miały by żadnej możliwości realnego wpływu na swoje życie, ani na cokolwiek innego w ogóle), ale nie jest to kwestia indywidualnych preferencji, ani demokratycznego głosowania. W opinii profesora Michio Kaku, z zasady nieoznaczoności w fizyce kwantowej wynika, że Albert Einstein po prostu się mylił, wyobrażając sobie, że nasz Wszechświat mógłby być całkowicie zdeterminowany. Jeżeli Einstein mylił się co do całkowitego determinizmu w naszym Wszechświwcie, to jego model "bezczasowego" Wszechświata-bloku o czterech wymiarach przestrzennych, nie opisuje fizycznej rzeczywistości taką, jaka ona jest naprawdę.


    Michio KAKU


    Warto podkreślić, że model obiektywnej, fizycznej czasoprzestrzeni Einsteina jest matematycznie poprawny, w takim samym sensie, w jakim wyniki obliczeń wynikające z modelu geocentrycznego Ptolemeusza, który zakładał, że to Słońce krąży dookoła Ziemi. Wyniki z modelu geocentrycznego Ptolemeusza są często poprawne, gdyż są w większości równoważne z wynikami z modelu heliocentrycznego. W obu przypadkach doba trwa 24 godziny. Mimo tego, że model Einsteina jest matematycznie poprawny, to nie jest on poprawny w tym sensie, że nie jest zgodny z prawdą fizyczną. A ostatecznie prawda jest taka, że to Ziemia krąży dookoła Słońca, a nie odwrotnie. Żaden matematycznie poprawny model geocentryczny nie wstrzyma fizycznie Ziemi i nie poruszy fizycznie Słońca! Te dwa alternatywne scenariusze po prostu na wzajem się wykluczają i tylko jeden z nich może ostatecznie okazać się zgodny z prawdą fizyczną. Teoria względności nigdy nie zakrzywi przestrzeni i nie spowolni upływu czasu, gdyż obiektywna, absolutna, fizyczna czasoprzestrzeń Einsteina nie istnieje fizycznie. Jest ona zaledwie abstrakcją matematyczną, użyteczną w tym sensie, że pozwala nam spojrzeć na rzeczywistość z radykalnie odmiennej perspektywy, co może mieć swoją wartość. Nikt nie jest nieomylny. Najważniejsze, aby umieć przyznać się do błędu. Popełnienie błędu można usprawiedliwić, ale trwania w błędzie, już nie.

    Słabym punktem teorii względności jest to, że wynika ona zasadniczo z naukowych i religijnych intuicji Einsteina, a nie z pierwotnych faktów empirycznych. Najpierw było jabłko, które spadło obok pogrążonego w głębokiej refleksji Izaaka Newtona, a dopiero później na podstawie badań empirycznych tego szczęśliwie zaobserwowanego przez Newtona zjawiska, powstała klasyczna już mechanika newtonowska. Natomiast u Einsteina najpierw były jego słynne eksperymenty myślowe, w których Einstein posługiwał się nie do końca precyzyjnie zdefiniowanymi pojęciami, jak np. "promień światła". Jak wiadomo natura światła jest dualna. Można je rozumieć, jako foton, czyli cząstkę elemntarną lub jako falę elektromagnetyczną. Być może na codzień możemy posługiwać się takim kolokwialnym terminem, jak "promień światła", ale z punktu widzenia fizyki, nic takiego nie istnieje. Jednak to właśnie ów nie do końca precyzyjnie zdefiniowany "promień światła" znalazł się u podłoża nowej teorii Einsteina. Naturalnie, jak każdy dobry fizyk, Einstein pragnął jednoznacznego, ostatecznego empirycznego potwierdzenia swoich intuicji. Wielu uczonych starało się zaproponować jakieś zjawiska, które mogłyby wskazywać na trafność przewidywań jego teorii. Gdyby Einstein odkrył zupełnie nowe zjawisko, na przykład takie, jakie dało początek mechanice kwantowej, to wtedy sprawa byłaby prosta. Byłoby to typowe "dorabianie" teorii do faktów. Natomiast w przypadku "dorabiania" faktów do teorii, czego wymaga właśnie teoria względności, cała sprawa nie jest już taka prosta i jednoznaczna, albowiem bardzo wiele zjawisk można, przy odrobinie dobrej woli, interpretować właśnie na korzyść faworyzowanej akurat teorii, mimo że jednoznacznie jej nie potwierdzają. Gorliwi zwolennicy teorii względności głęboko wierzą, że te wszystkie empiryczne próby jej potwierdzenia stanowią w końcu jednoznaczy i ostateczny dowód jej prawdziwości. Niezależnie jak silna jest ona i głęboka, jest to jednak tylko wiara — wiara, która po pewnym czasie uzyskała status dogmatu. A to, jak wiadomo z historii religii dogmatycznych, zamyka możliwość jakiejkolwiek dalszej dyskusji pod groźbą ekskomuniki ze społeczności kościoła miłościwie nam panującego naukowego paradygmatu.

    No dobrze, ale ktoś może słusznie zauważyć, że mimo tego, iż wszystko nie jest takie czarno-białe i jednoznaczne, jak byśmy sobie tego życzyli, to nie wynika z tego jeszcze, że Einstein koniecznie musiał się mylić. Być może mimo wszystko miał jednak rację? Czy można to wykluczyć? Czy ponad wszelką wątpliwość Einstein musiał się jednak mylić? Tak. Jest to związane z jednym z podstawowych założeń jego teorii, postulującym, że czas, przestrzeń oraz czasoprzestrzeń, są obiektywnymi wielkościami fizycznymi, które mogą oddziaływać z innymi wielkościami fizycznymi, co w rezultacie powoduje, że mogą się fizycznie skracać lub zakrzywiać. Że nie może to być prawdą, wystarczy zauważyć, że nikt, nigdy i w żaden sposób, nie wykrył empirycznie ani upływu, ani jakiegokolwiek innego sposobu fizycznego istnienia czasu, przestrzeni lub czasoprzestrzeni. Zegar nie jest technicznym miernikiem upływu czasu, dokładnie tak samo, jak nie jest nim karuzela. Czas, przestrzeń oraz czasoprzestrzeń, są empirycznie niewykrywalne. Należy zatem uznać, że, przynajmniej na razie, ich status ontologiczny jest czysto metafizyczny.

    Zatem z jednej strony Einstein stara się przekonać nas, że czas istnieje obiektywnie, fizycznie, tak jak wszystkie inne wielkości fizyczne, a z drugiej strony nic nie jest w stanie empirycznie potwierdzić rzekomego fizycznego istnienia czasu. W ten sposób czas miałby być wielkością fizyczną, której istnienia nie można fizycznie wykryć, jak innych normalnych wielkości fizycznych. Czas — wielkość fizyczna niewykrywalna fizycznie. Niestety, to oczywista sprzeczność. Tak długo, jak obiektywne, fizyczne istnienie czasu, przestrzeni oraz czasoprzestrzeni, nie zostanie empirycznie wykryte, tak długo teoria względności nie będzie teorią fizyczną, a pozostanie zaledwie nie potwierdzoną empirycznie metafizyczną spekulacją.

    Zaraz! Czy to aby nie przesada? Jeżeli teoria względności ma być metafizyczną spekulacją, tylko dlatego, że korzysta z czasu i przestrzeni, które są empirycznie niewykrywalne, a zatem metafizyczne, to wynikałoby z tego, że wszystkie teorie fizyczne są w istocie metafizyczne, gdyż każda teoria fizyczna korzysta z czasu i przestrzeni! Bynajmniej. Wszystkie teorie fizyczne, z wyjątkiem teorii względności, korzystają z czasu i przestrzeni, ale z czasu i przestrzeni, których natura jest abstrakcją matematyczną, a ściśle to ujmując, jest relacyjna w takim sensie, w jakim zdefiniował to Ernest Mach. Z definicji, abstrakcyjny czas relacyjny nie może być fizyczny, więc nie ma najmniejszego sensu próbować empirycznie wykrywać jego domniemane fizyczne istnienie, fizyczne spowolnienie lub fizyczne zakrzywienie. W skrócie, czas relacyjny wyraża jedynie matematyczny stosunek ilościowy w arbitralnych jednostkach, a nie realną wielkość fizyczną lub własność rzeczywistości fizycznej. Teoria względności jest jak dotąd jedyną teorią fizyczną w historii nauki, która wymaga od czasu i przestrzeni, aby ich natura była taka, jak innych wielkości fizycznych. Nawet mechanika kwantowa nie postuluje takich wymagań. Jest to jednym z głównych powodów, dla których teoria względności i mechanika kwantowa zasadniczo nie są kompatybilnymi teoriami fizycznymi.

    Ale czyż nie wydaje się to być kompletnym absurdem, aby upierać się przy konieczności empirycznego wykrycia fizycznego istnienia czasu, przestrzeni i czasoprzestrzeni, skoro ich istnienie dla wszystkich było zawsze oczywiste? Czy ktoś, kto jest przy zdrowych zmysłach i nie jest ślepy, mógłby wątpić w istnienie przestrzeni? Czyż nie widzimy bezpośrednio na własne oczy, jak czas upływa, jak wszystko wokół nas się zmienia? Czy ktoś kiedykolwiek odczuwał potrzebę empirycznego potwierdzenia tego, że Ziemia jest płaska i nieruchoma, a Słońce przelatuje po niebie? Czy wątpienie w te naoczne fakty nie wydaje się być kompletnym absurdem?

    Skoro czas, przestrzeń oraz czasoprzestrzeń, wydają się nam istnieć fizycznie w taki sam oczywisty sposób, jak inne wielkości fizyczne, to dlaczego do tej pory nikomu nie udało się w żaden sposób wykryć ich istnienia empirycznie?! Co stoi na przeszkodzie?

    A może jednak powodem, dla którego do tej pory nikomu nie udało się w żaden sposób empirycznie wykryć istnienia czasu, przestrzeni oraz czasoprzestrzeni jest to, że nie istnieją one fizycznie, tak jak inne wielkości fizyczne? Czy ktoś kiedykolwiek odczuwał potrzebę empirycznego potwierdzenia tego, że piękno istnieje? Piękno istnieje, ale nikt nigdy nie twierdził, że piękno istnieje, jako wielkość fizyczna, którą można mierzyć empirycznie. Techniczne urządzenia mierzące upływ czasu nie istnieją z tej prostej przyczyny, że po prostu nie miałyby czego mierzyć. To trochę tak, jakby próbować podłączyć top modelkę do technicznego urządzenia w nadziei, że będzie ono mogło zmierzyć ilość fizycznego piękna jej ciała, którą odczytamy potem z wyświetlacza cyfrowego. Skoro jej ciało jest ciepłe, to możemy zmierzyć termometrem temperaturę jej ciała. Dlaczego nie moglibyśmy zmierzyć też ilości jej fizycznego piękna, skoro jej ciało jest piękne? Niestety, taką może okazać się czasami natura ludzka, iż znajdą się być może osoby, które poświęciły by raczej resztę swojego życia na próby konstruowania technicznych mierników fizycznego piękna top modelek, niż po prostu zaakceptowały to, że czas nie jest wielkością fizyczną, nie jest jednym z obiektywnych, fundamentalnych wymiarów zewnętrznej, fizycznej rzeczywistości.

    Od czasu do czasu dostrzegamy piękno na zewnątrz nas. Może to być dzieło sztuki, jak muzyka, element natury, jak kwiat, sportowy samochód lub inny człowiek, jak aktorka lub top modelka. Nasze doświadczenie piękna jest niezaprzeczalne i zwykle utożsamiamy je z własnością postrzeganego przez nas obiektu, podczas gdy prawda jest taka, że jest to tylko jego atrybut. Dany obiekt nie jest piękny sam w sobie, a tylko takim nam się wydaje. W przeciwnym razie byłby obiektywnie piękny dla wszystkich ludzi, a wiemy przecież z doświadczenia, że nie to piękne, co piękne, ale to, co się komu podoba.

    Czy można powiedzieć, że piękno istnieje? Tak, gdyż niezaprzeczalnie dowodzi tego nasze bezpośrednie doświadczenie zmysłowe. Ale czy można powiedzieć, że piękno istnieje obiektywnie na zewnątrz nas, w obiektach, które nam się podobają? Tak się nam zdecydowanie wydaje, ale po dokładniejszych rozważaniach jesteśmy zmuszeni przyznać, że tak jednak nie jest i zgodzić się, że piękno jest subiektywne i dlatego nie może być własnością żadnego obiektu, będąc jedynie jego atrybutem arbitralnie przypisanym mu przez obserwatora. Trudno się z tym nie zgodzić. Prawda?

    Ale czy nie moglibyśmy przysięgać na wszystko, co jest nam drogie, że piękno znajduje się w pięknym obiekcie i że czas upływa w przestrzeni? Czy nie moglibyśmy prawie dać sobie obciąć za to rękę? Tak, to prawda, nie istnieje fizyczny miernik piękna, gdyż piękno nie jest empirycznie mierzalną wielkością fizyczną. A czas? Czy czas jest empirycznie mierzalną, obiektywną wielkością fizyczną? Czy czas, przestrzeń oraz czasoprzestrzeń, ku naszemu największemu zdumieniu, mogłyby okazać się aż tak subiektywne, jak piękno? Czy Albert Einstein mógł się jednak mylić? — Tak.

    Nie tylko moim zdaniem "grzechem" Einsteina było to, że jako fizyk uległ pociągającemu urokowi matematycznej elegancji i prostoty oraz dał pierwszeństwo swoim intuicyjnym spekulacjom, a nie faktom płynącym z badań empirycznych. Fizyk powinien raczej opierać swoją teorię na faktach empirycznych, a nie próbować dopasowywać istniejące fakty do swoich spekulatywnych intuicji.

    „Swój oksfordzki wykład Einstein zaczął od ukłonu w stronę empiryzmu: "wielka wiedza o rzeczywistości wypływa z doświadczenia i do niego zmierza". Zaraz jednak pospieszył z podkreśleniem roli "czystego rozumu" i logicznej dedukcji. Przyznał – bynajmniej się nie usprawiedliwiając – że sukces, z jakim wykorzystał rachunek tensorowy w równaniach ogólnej teorii względności, sprawił, że nawrócił się na strategię matematyczną, w której prostota i elegancja równań liczą się bardziej niż empiria. Właśnie fakt, że metoda ta okazała się tak skuteczna w budowaniu ogólnej teorii względności, "pozwala nam ufać, iż przyroda jest realizacją tego, co jest najprostsze do pomyślenia pod względem matematycznym". Bardzo ciekawe: zdanie to zawiera w sobie istotę myśli Einsteina z tych dziesięcioleci, kiedy matematyczna "prostota" była mu drogowskazem w poszukiwaniach jednolitej teorii pola. Słychać tu echo stwierdzenia wielkiego Isaaka Newtona z trzeciej księgi dzieła Principia: "Natura lubi prostotę". Einstein nie podawał jednak żadnych dowodów na poparcie swej wiary, której zdawała się przeczyć nowoczesna fizyka cząstek [mechanika kwantowa]. Nie wyjaśniał też dokładniej, co rozumiał przez "matematyczną prostotę". Po prostu opierał się na głębokiej intuicji, że tą właśnie zasadą kierował się Bóg, tworząc wszechświat. Takie były jego przekonania – a raczej wiara – gdy w maju 1931 roku nagrodzono go doktoratem honoris causa Uniwersytetu Oxfordzkiego. W wygłoszonym wtedy wykładzie Einstein przyznał, że w jego nieustającej pogoni za jednolitą teorią pola bodźcem są mu raczej powaby matematycznej elegancji niż ciśnienie faktów empirycznych: "Nie kieruje mną nacisk danych doświadczalnych, idę raczej za pociągającym urokiem matematycznej prostoty" ”, napisał o filozoficznym podejściu Einsteina do uprawiania fizyki Walter Isaacson, historyk, dziennikarz i autor biografii „Einstein. Jego życie, jego wszechświat”.

    Teoria względności została obalona już wiele razy. Oficjalna nauka wygodnie to przemilcza. Jak trafnie zauważył (powyżej) laureat nagrody Nobla z fizyki, Leon Lederman, łatwowierne i niedouczone społeczeństwo tak łatwo jest omamić. Jednak istnieje międzynarodowa organizacja zrzeszająca naukowców wykazujących błędy w teorii względności: Natural Philosophy Alliance.

    Mimo swoich oczywistych słabości, teoria względności jest już przez ponad sto lat celebrowana, jako największe osiągnięcie ludzkiego geniuszu z jednego tylko powodu – spełnia bowiem rolę wygodnego, koronnego "dowodu" na rzekomą ostateczną prawdziwość wizji świata według doktryny naukowego materializmu.

    Albert Einstein po prostu stworzył pewną teorię naukową. Nikt nie może go za to winić. To jedno. Natomiast z drugiej strony jego teoria jest do tej pory wykorzystywana w nienaukowy, irracjonalny sposób do prowadzenia ideologicznej walki w celu obrony starej doktryny naukowego materializmu, starego paradygmatu, który obecnie stał się przeszkodą na drodze postępu nauki.

    Prof. dr hab. Andrzej Staruszkiewicz (Instytyt Fizyki UJ), napisał do Zbigniewa Modrzejewskiego: „(28 sierpnia 2012) Panie Modrzejewski, Pan jest najwyrazniej przywiazany do relacyjnej teorii czasu i przestrzeni, ktora sformulowal Leibniz. Jednak wspolczesne obserwacje, np. obserwacje emisji promieniowania grawitacyjnego podwojnego pulsara, za ktore Hulse i Taylor dostali Nagrode Nobla, pokazuja, ze czas i przestrzen sa rzeczami, takimi samymi jak powietrze czy woda. GDYBY Pan mial pecha znalezc sie w polu silnej fali grawitacyjnej, czego oczywiscie Panu nie zycze, to poczul by Pan na wlasnej skorze realnosc czasu i przestrzeni. Lacze pozdrowienia, Andrzej Staruszkiewicz” GDYBY tylko te fale grawitacyjne istniały! Ich teoretyczne istnienie przewiduje bowiem teoria względności. Dla promieniowania grawitacyjnego i fal grawitacyjnych wciąż brakuje bezpośredniego empirycznego potwierdzenia. Istnieją zaledwie pośrednie przesłanki [7]. Czy rzeczywiście, jak twierdzi prof. Staruszkiewicz, obserwacje emisji promieniowania podwójnego pulsara pokazują, że czas i przestrzeń są rzeczami? Moim zdaniem, to tylko wniosek z interpretacji tych obserwacji — takiej interpretacji faktów, aby potwierdzała ona postulaty teorii względności. Istotne są bezpośrednie wyniki empiryczne, a nie interpretacje pośrednich przesłanek. Czy Zbigniew Modrzejewski jest przywiązany do relacyjnej teorii czasu i przestrzeni, którą sformułował Leibniz? Bynajmniej. Zbigniew Modrzejewski po prostu nie jest przywiązany ani do empirycznie niewykrywalnego czasu, ani do empirycznie niewykrywalnej przestrzeni, ani do empirycznie niewykrywalnej czasoprzestrzeni Minkowskiego. To zasadnicza różnica.

    Doktor Robert Lanza pyta nas: „Czy czas istnieje? Odpowiedzią może być: zegar tyka; upływają lata; starzejemy się i umieramy. Całe życie wierzyliśmy, że czas jest zewnętrzną, mierzalną rzeczywistością. Jednak wszyscy instynktownie wiemy, że czas nie jest rzeczą. Mamy bowiem do czynienia z jego charakterystyczną niemierzalnością. Nie jesteśmy w stanie przynieść czasu do laboratorium w słoiku po marmoladzie, tak, jak dzieci przynoszą do domu robaczki świętojańskie. A to dlatego, że czas nie jest fizyczny.” Doktor Robert Lanza, podobnie jak Leibniz i Kant, jest przekonany, że: "Czas i przestrzeń nie są rzeczami, tak jak kamyki, które zbiera się na plaży. Czasu nie można umieścić w żadnym pojemniku. Przestrzeń jest dla nas fizycznie niedostępna. Nie możemy wziąć sobie jej kawałka i zanieść go do laboratorium. Jest tak dlatego, że czas i przestrzeń są częściami umysłu żyjącej istoty."

    Doktryna naukowego materializmu zachowuje się obecnie jak średniowieczny Watykan, za wszelką cenę broniąc swoich absurdalnych dogmatów, głoszących, że czas i przestrzeń są obiektywnymi, fizycznymi, materialnymi rzeczami, takimi samymi jak powietrze czy woda. Według doktryny naukowego materializmu, świadomość, umysł, to złudzenie, to jedynie "efekt uboczny" elektrochemicznej aktywności mózgu, a człowiek, to jedynie ciało, a wolna wola człowieka z punktu widzenia klasycznego determinizmu, to też jedynie złudzenie, zatem wszelki opór z naszej strony jest tak naprawdę pozorny i skazany na niepowodzenie. Najlepiej dla nas będzie, gdy bezwolnie poddamy się woli autorytetów, ekspertów i elity, którym bardzo zależy na tym, aby ugruntować w nas przekonanie, że nie posiadamy wolnej woli. To nie jest już naukowy paradygmat — to raczej paradogmat.

    Doktor Robert Lanza nie jest wyjątkiem wśród postępowych naukowców, gdy wyraża swoje silne przekonanie, że: „Współczesna nauka opiera się na przestarzałym paradygmacie, który przestaje być użyteczny. W ramach tego starego paradygmatu, wiele fundamentalnych problemów pozostanie nierozwiązanych. Największym problemem jest życie, którego pojawienie się jest wciąż nie zbadanym naukowo procesem, nawet jeśli zmiany jego form mogą być wyjaśnione przy użyciu darwinowskich mechanizmów. Największym problemem jest to, że życie jest związane ze świadomością, która, delikatnie mówiąc, pozostaje wciąż słabo zrozumiana przez naukę. Świadomość to nie tylko sprawa biologii, ale także zagadnienie z dziedziny fizyki. Współczesna fizyka nie potrafi tego wyjaśnić, jak na bazie materii powstaje świadomość. Nasze zrozumienie tego najbardziej podstawowego zjawiska, jakim jest świadomość, jest praktycznie zerowe. Co ciekawsze, fizyka nawet nie dostrzega tego problemu. [...] Niektórzy naukowcy od jakiegoś czasu przekonują nas, że tzw. Teoria Wszystkiego jest już na wyciągnięcie ręki i że dzięki niej wreszcie dowiemy się wszystkiego. Niestety, wciąż jej nie ma i nie będzie dopóty, dopóki nie uświadomimy sobie istnienia najważniejszego elementu kosmosu, który został zepchnięty na margines, ponieważ nauka nie wie, co z nim począć. Tym elementem jest nasza świadomość i nie jest to żadna drobnostka. Nie można jej porównać do niczego. Jest ona głęboką tajemnicą.”

    Czas i przestrzeń nigdy nie były, nie są i nie będą obiektywne i fizyczne w takim samym sensie, jak wszystkie inne obiekty, zjawiska lub wielkości fizyczne. Chociaż z jednej strony czas i przestrzeń nie są empirycznie wykrywalne, to jednak z drugiej strony bezpośrednio postrzegamy ich istnienie. Wniosek jest prosty. Skoro czas i przestrzeń nie są empirycznie wykrywalne, to są nie fizyczne. Skoro bezpośrednio postrzegamy ich istnienie przy pomocy naszego umysłu, to znaczy że czas i przestrzeń zasadniczo mają naturę świadomości. Być może w tym sensie można by próbować interpretować wypowiedź innego wielkiego geniusza nauki, Nikoli Tesli, który uważał, że: „W dniu, gdy nauka zacznie badać zjawiska nie fizyczne, dokona większego postępu w jedną dekadę, niż przez wszystkie wcześniejsze wieki swojego istnienia.”


  3. WPROWADZENIE
  4. Profesor Kenneth G. Denbigh pięknie ujął to w swojej książce „Świat i czas”, gdy napisał, że: „Dzięki tej tak osobliwej miksturze swych źródeł "czas" wydaje się dręcząco tajemniczy; sądzę, że daleko bardziej niż towarzyszące mu pojęcie przestrzeni, lub jakiekolwiek inne spośród naszych pojęć fizycznych.”

    Raymond Cummings w swojej książce „The Girl in the Golden Atom” (1922) napisał, że „Czas jest tym, co powstrzymuje wszystko od tego, aby nie wydarzyło się naraz.”

    Albert Einstein w kontekście szczególnej teorii względności napisał, że: „Przezwyciężenie wszystkich trudności towarzyszących definicji czasu może okazać się możliwe wtedy, gdy pod słowo czas podstawimy: pozycja małej wskazówki mojego zegarka.”

    Lee Smolin, nazwany przez magazyn Discovernowym Einsteinem, w swoim krótkim eseju Czym jest czas?”, szczerze wyznaje nam: „Poszukiwałem odpowiedzi na pytanie: "czym jest czas" przez większą część mojego życia. Muszę przyznać, że w dalszym ciągu nie jestem bliżej odpowiedzi niż na początku. Nawet po tych wszystkich badaniach nie sądzę, abyśmy mogli odpowiedzieć na proste pytanie: "jakiego rodzaju rzeczą jest czas?" Być może najlepszą odpowiedzią będzie, gdy postaram się wytłumaczyć, jak ta tajemnica pogłębiała się w miarę, jak próbowałem się z nią skonfrontować. [...] Fizyka teoretyczna ma obecnie nie jedną teorię rzeczywistości, ale dwie: teorię względności i mechanikę kwantową. Opierają się one na dwóch różnych koncepcjach czasu. Kluczowym problemem fizyki teoretycznej jest obecnie połączenie ich obu w jedną teorię, która ostatecznie zastąpiła by teorię Newtona obaloną na początku dwudziestego wieku. Na drodze ku temu kluczową przeszkodą jest to, że teoria względności i mechanika kwantowa opisują świat przy pomocy dwóch różnych koncepcji czasu.”

    W opinii profesora Andrzeja Staruszkiewicza, czas i przestrzeń są rzeczami. Naprawdę?! Czas i przestrzeń są rzeczownikami. Ale czy czas i przestrzeń są fizycznymi rzeczami w taki sam sposób, jak wszystkie inne rzeczy, które znamy? Czy dla profesora Staruszkiewicza wolność i piękno też są fizycznymi rzeczami, które można empirycznie mierzyć przy użyciu technicznych mierników? Czym miała by być ta tajemnicza fizyczna materia, z której rzekomo zbudowane są czas i przestrzeń? Czy ta materia jest widzialna lub namacalna? Czy w ogóle jest ona fizycznie mierzalna lub chociaż by empirycznie wykrywalna? A może jesteśmy po prostu zmuszeni przez fizykę relatywistyczną do tego, aby ślepo wierzyć w hipotetyczne istnienie takiej "materii"?

    Gdyby publicznie przyznano, że czas, przestrzeń i czasoprzestrzeń nie są rzeczami, nie są fizyczne i nie są empirycznie mierzalne, gdyby publicznie przyznano, że status ontologiczny czasoprzestrzeni jest taki, iż jest ona jedynie wygodnym sposobem abstrakcyjnego, matematycznego opisu relacji zachodzących pomiędzy fizycznymi obiektami, to wtedy okazałoby się, że fundamenty dotryny naukowego materializmu, są nie tylko niematerialne, ale subiektywne. Naukowy materializm okazałby się wtedy jedynie wygodnym sposobem abstrakcyjnego opisu relacji zachodzących pomiędzy subiektywnymi obiektami w sposób podobny do tego, jak sugerowali to już filozofowie prądu idealizmu. Bardzo dobrze zdawał sobie z tego sprawę Kurt Godel, o czym napisał w swoim eseju „Uwaga na temat związku między teorią względności i filozofią idealizmu. Prądy filozofii idealizmu pojawiły się niezależnie od siebie, zarówno na Dalekim Wschodzie (np.: w hinduizmie i buddyzmie), jak i na Zachodzie (m.in. Berkeley, Kant, Schopenhauer, Heidegger). Zachód broni się przed Wschodem, doktryna naukowego materializmu broni się przed filozofią idealizmu, a katolicyzm broni się przed hinduizmem, buddyzmem i szamanizmem. „Nauka woli kierować swoją uwagę gdzie indziej, podkeślając, że zjawiska natury subiektywnej, jakkolwiek by nie były osobliwe, nie należą do jej dominium. To niepowetowana strata, gdyż doświadczenie subiektywne jest jedynym, które tak naprawdę posiadamy. Tak czy inaczej, spora część tego olbrzymiego świata, dostępnego nam w doświadczeniu subiektywnym, jest obecnie zajmowana przez fizykę. Nowa fizyka w sposób nieuchronny wikła subiektywnego obserwatora w postrzegane przez niego zjawiska. O ironio, mamy tu do czynienia z powrotem do światopoglądu szamańskiego. Być może, prawdziwym dziedzictwem intelektualnym fizyki kwantowej jest dowartościowanie i wyraźne wzmocnienie subiektywności.” – trafnie zauważa Terence McKenna w swojej książce „Pokarm Bogów. Radykalna historia roślin, narkotyków i ewolucji człowieka”.

    Chronometr


    Co możemy z całą pewnością powiedzieć o czasie fizycznym, obiektywnie istniejącym, jako wymiar fizycznej rzeczywistości zewnętrznej? Jak wydaje się to wynikać z rozważań zawartych w tym tekście – zupełnie nic. Wszystko, co kiedykolwiek powiedziano o czasie, powiedziano nie o hipotetycznym, obiektywnym czasie fizycznym, a tylko o naszym subiektywnym, psychologicznym doświadczeniu czegoś, co jedynie zdecydowaliśmy się określać mianem "czasu".

    Czy obiektywny, fizyczny czas miałby być wyjątkiem? Czy czas miałby być jedyną wielkością fizyczną, której istnienia nie można fizycznie wykryć, tak, jak ma to miejsce w przypadku wszystkich innych wielkości fizycznych? Jak do tej pory, obiektywny fizyczny czas nie jest jeszcze empirycznie wykrywalny. Ale czy kiedykolwiek uda się go empirycznie wykryć? Empiryczna niewykrywalność czasu na pewno nie jest argumentem potwierdzającym jego hipotetyczne fizyczne istnienie. Załóżmy, że obiektywny, fizyczny czas, mimo tego, że nie jest empirycznie wykrywalny, istnieje fizycznie w obiektywnej rzeczywistości zewnętrznej. Czy obiektywny, fizyczny czas mógłby upływać? Czy obiektywny, fizyczny czas upływał by w sposób ciągły czy w sposób skwantowany? Odpowiedzi na powyższe pytania są takie, że nie jest to fizycznie możliwe, aby obiektywny, fizyczny czas mógł sam upływać bez pomocy superczasu, gdyż np. rzeka upływa w czasie, a czas upływa w superczasie i tak ad infinitum. Gdyby nawet upływał, to wtedy musiałby upływać albo w sposób ciągły, albo w sposób skwantowany, a okazuje się, że żadna z tych ewentualności nie jest fizycznie możliwa.

    W naszym subiektywnym, psychologicznym doświadczeniu, czas upływa, chociaż żeby rzeczywiście mógł upływać fizycznie, potrzebny by był do tego superczas (i tak ad infinitum). Obiektywny czas fizyczny, czy to absolutny, czy względny (czyli fizyczny czas relatywistyczny w sensie Einsteina, którego nie należy mylić z nie fizycznym czasem relacyjnym w sensie Ernsta Macha) nie może więc upływać. Nie może też nie upływać, bo nie był by wtedy czasem.

    Jak wykazał to Zenon z Elei, nasz przypuszczalny, nieskończenie fizycznie podzielny (ciągły) czas prowadził by do paradoksów, jeżeli nie absurdów, a w przypadku alternatywy, czasu skwantowanego, nie potrafimy w ogóle zaproponować jakiegokolwiek rozsądnego sposobu, w jaki miały by upływać kwanty czasu (na co zwrócił uwagę już Jean Le Rond d'Alembert, 1717–1783), co prowadzi do absurdalnego czasu statycznego, czasu, który nie może upływać. Obiektywny czas fizyczny, czy to absolutny, czy relatywistyczny, nie może być ani ciągły (paradoks Zenona), ani skwantowany (paradoks d'Alemberta). Tertium non datur.

    W naszym subiektywnym, psychologicznym doświadczeniu, istnieje przyszłość, teraźniejszość i przeszłość, natomiast w rzeczywistości fizycznej, konieczność ich wzajemnych fizycznych zależności prowadziła by do sytuacji fizycznie niemożliwych. Obiektywny czas fizyczny, czy to absolutny, czy relatywistyczny, nie może mieć fizycznie istniejącej przyszłości, teraźniejszości i przeszłości. Nie może też ich nie mieć, bo nie był by wtedy czasem.

    Jak wynika z powyższych uwag, nie istnieje żaden adekwatny, matematyczny model fizycznego czasu; nie istnieje on, bo jest to po prostu niemożliwe; jest to niemożliwe z tego powodu, że czas nie jest obiektywnie, empirycznie mierzalny w fizycznej rzeczywistości zewnętrznej, jako wielkości fizyczna; nie jest on tam mierzalny, bo go tam po prostu nie ma; nie ma go tam dlatego, że jest subiektywnym, prywatnym doświadczeniem wewnątrz umysłu obserwatora.

    Czas nie istnieje w zewnętrznej rzeczywistości, jako obiektywnie empirycznie mierzalna wielkość fizyczna, i dlatego nie może fizycznie zwalniać, spowalniając w ten sposób ruch ciał materialnych. Prędkość tykania zegarków nie zależy od prędkości upływu czasu, zatem zegarki nie mogą zwalniać z tego powodu, że czas płynie wolniej, ponieważ czas po prostu nie może płynąć wolniej ani szybciej. Czas zawsze płynie chyba z tą samą prędkością – z prędkością jednej sekundy na sekundę. Bo z jaką to prędkością płynie czas, aby mógł zwalniać?! Należy pamiętać, że w fizyce, prędkość jest funkcją czasu. To ważne. Z punktu widzenia fizyki, coś takiego, jak "prędkość" upływu czasu, to absurd. Czas nie może też z jednej strony upływać, a z drugiej strony nie posiadać jakiejś "prędkości" tego upływu. Jeżeli nie ma obiektywnej, fizycznej prędkości upływu czasu, to nie ma też samego fizycznego upływu. A czas, który nie upływa, przestaje być czasem. Coś takiego, jak "upływ czasu", może być jedynie rozumiane w sensie poetyckiej metafory. A na absurdalne poetyckie metafory nie ma miejsca w racjonalnym, chłodnym, obiektywnym, mierzalnym świecie fizyki. Absurdalne poetyckie metafory po prostu nie istnieją fizycznie.

    Proszę zwrócić uwagę, że nasz "czas psychologiczny" dobrze "funkcjonuje" w naszym życiu, a nasza matematyczna koncepcja "czasu abstrakcyjnego", konwencjonalnego, jest nam pomocna w wielu praktycznych sprawach życia codziennego (zegarki i kalendarze). Ważne jest, aby nie zapominać, że krytyka sposobów funkcjonowania czasu zawarta w tym tekście nie dotyczy subiektywnego, prywatnego doświadczenia wewnątrz umysłu obserwatora, gdyż to subiektywne doświadczenie funkcjonuje bowiem bez zarzutu. Ale gdzie ono funkcjonuje? Tylko wewnątrz umysłu obserwatora.

    W przeciwieństwie do tzw. "czasu" psychologicznego, czyli subiektywnego, prywatnego doświadczenia wewnątrz umysłu obserwatora, hipotetyczny, obiektywny czas fizyczny, czy to absolutny, czy relatywistyczny, jest po prostu fizyczną niemożliwością, bo jest absurdem. Krytyka sposobów funkcjonowania czasu zawarta w tym tekście dotyczy fizycznie niemierzalnego, hipotetycznego, obiektywnego czasu, jako wielkości fizycznej, czy to absolutnego, czy względnego. Z krytyki tej jasno wynika, że czas, jako obiektywna wielkość fizyczna obecna w zewnętrznej rzeczywistości, nie istnieje. Zatem to, co istnieje, to tylko pewne subiektywne doświadczenie wewnątrz umysłu obserwatora, ale takie, którego nie wolno nam zignorować, jako złudzenia lub bezwartościowej iluzji. Czas istnieje, ale jego natura jest inna, niż nam się to na pozór wydaje. Rozważania zawarte w tym tekście mają na celu zrozumienie natury czasu. Ponieważ czas wydaje się być zjawiskiem złożonym, w rezultacie tych rozważań postuluje się istnienie trzech natur czasu: konwencjonalnej, omni-subiektywnej oraz ostatecznej.

    Fizyczny mechanizm "uzewnętrzniania" naszego wewnętrznego, subiektywnego doświadczenia koloru, nie jest do końca zrozumiany przez naukę. Zostanie on w pełni zrozumiany tylko wtedy, gdy zostanie ostatecznie rozwiązany w filozofii problem percepcji. A nie wydaje się, aby mógł on zostać rozwiązany przy obecnie obowiązującym w nauce paradygmacie. Zatem, co naprawdę widzimy i w jaki sposób? Aby znaleźć ostateczną odpowiedź na to najważniejsze ze wszystkich pytanie, należy rozwiązać filozoficzny problem percepcji. Jeżeli potrafimy "uzewnętrznić" nasze wewnętrzne, subiektywne doświadczenie koloru i postrzegać je potem bezpośrednio już "na zewnątrz", to być może potrafimy również "uzewnętrzniać" nasze wewnętrzne, subiektywne doświadczenie czasu? Jeżeli w ogóle potrafimy "uzewnętrzniać" nasze wewnętrzne, subiektywne doświadczenia i postrzegać je potem bezpośrednio już "na zewnątrz", to być może dotyczy to również naszego bezpośredniego doświadczania i postrzegania przestrzeni?

    Nikt nie narzeka przecież na to, że subiektywne doświadczenie piękna dobrze "funkcjonuje" tylko wewnątrz umysłu obserwatora i że nie jest możliwy obiektywny, fizyczny pomiar ilości piękna, jakie miało by się podobno znajdować w rzeczywistości zewnętrznej, na przykład w pięknych ciałach top modelek. Możemy obiektywnie, fizycznie mierzyć temperaturę ciał top modelek, z tego prostego powodu, że zawierają one w sobie energię cieplną, która podlega badaniom empirycznym. W tym przypadku miernikiem fizycznym specyficznie dostosowanym do mierzenia tego rodzaju wielkości fizycznej związanej ze zjawiskiem, jakim jest energia cieplna, jest termometr. Gdyby piękno ciał top modelek było obiektywnym zjawiskiem fizycznym występującym w rzeczywistości zewnętrznej niezależnie od umysłu obserwatora, to być może wtedy istniały by fizyczne mierniki piękna, a położenie ich wskazówki określało by wtedy ilość piękna. Podobnie, gdyby czas był obiektywnym zjawiskiem fizycznym występującym w rzeczywistości zewnętrznej niezależnie od umysłu obserwatora, to wtedy istniały by jego fizyczne mierniki, a położenie ich wskazówki określało by wtedy ilość upływającego czasu. Fizyczne mierniki upływu czasu nie istnieją. Na pewno nie są nimi zegary, czy jakiekolwiek inne oscylatory, ani sztuczne, ani naturalne. Ruch zegarów lub oscylatorów, tak, jak i ruch w ogóle, nie może być czasem z tego prostego powodu, że w fizyce, z definicji, ruch jest funkcją czasu.


    Czy Albert Einstein mylił się?


    Poglądy Einsteina na naturę czasu ewoluowały. Początkowo Einstein pozostawał pod silnym wpływem Ernsta Macha i wtedy czas miał dla niego naturę relacyjną, czyli nie fizyczną (nie mylić z relatywistyczną), która mogła być właśnie praktycznie wyrażona, jako pozycja wskazówek wybranego zegarka. Przechodząc od szczególnej do ogólnej teorii względności, Einstein pod wpływem Minkowskiego, po cichu zmienił swoje poglądy na naturę czasu i doszedł do wniosku, że czas nie jest już abstrakcyjną matematyczną koncepcją, nie jest relacyjny, a jest rzeczywisty, fizyczny i tak oto czasoprzestrzeń uzyskała nowy, cenny, ontologiczny status obiektywnej rzeczywistości fizycznej. Z jednej strony Einstein stara się przekonać nas, że czas istnieje obiektywnie, fizycznie, tak, jak wszystkie inne wielkości fizyczne, a z drugiej strony nic nie jest w stanie empirycznie potwierdzić rzekomego fizycznego istnienia czasu. Czas miałby być wyjątkiem — jedyną wielkością fizyczną, której istnienia nie można fizycznie wykryć, tak, jak w przypadku wszystkich innych wielkości fizycznych. Czas — wielkość fizyczna niewykrywalna fizycznie.

    Albert Einstein postulował obiektywne, fizyczne istnienie czasu (szczególna teoria względności) i istnienie fizycznego zjawiska jego relatywistycznej dylatacji oraz postulował obiektywne, fizyczne istnienie czasoprzestrzeni (ogólna teoria względności) i istnienie fizycznego zjawiska jej zakrzywienia. Jeżeli czas rzeczywiście jest niemierzalny, nie fizyczny, a zatem nie jest obiektywną wielkością fizyczną, to nie istnieje ani fizyczne zjawisko jego relatywistycznej dylatacji, ani fizyczne zjawisko zakrzywienia czasoprzestrzeni. Czasoprzestrzeń nie jest wtedy obiektywną rzeczywistością fizyczną, a jedynie abstrakcyjnym modelem matematycznym na podobieństwo geocentrycznego modelu Ptolemeusza. Mimo tego, że model Einsteina jest matematycznie poprawny, to nie jest on poprawny w tym sensie, że nie jest zgodny z prawdą. A ostatecznie prawda jest taka, że to Ziemia krąży dookoła Słońca, a nie odwrotnie. Żaden matematycznie poprawny model geocentryczny nie wstrzyma fizycznie Ziemi i nie poruszy fizycznie Słońca! Te dwa alternatywne scenariusze po prostu na wzajem się wykluczają i tylko jeden z nich może ostatecznie okazać się zgodny z prawdą. Teoria względności nigdy nie zakrzywi przestrzeni i nie spowolni upływu czasu, gdyż obiektywna, absolutna, fizyczna czasoprzestrzeń Einsteina nie istnieje fizycznie. Jest ona abstrakcją matematyczną, użyteczną w tym sensie, że pozwala nam spojrzeć na pewne sprawy z radykalnie odmiennej perspektywy.

    Tzw. "relatywistyczna dylatacja czasu" nie jest niczym więcej, niż błędną interpretacją powszechnie znanych w fizyce rzeczywistych zjawisk: występowania fizycznych zaburzeń w funkcjonowaniu zegarów (spowolnienia funkcjonowania mechanizmów lub tzw. fizycznych procesów oscylacyjnych) powodowanych wpływem zmian sił pola grawitacyjnego oraz występowania problemów przy przesyłaniu informacji na duże odległości w skali kosmicznej za pomocą sygnałów elektromagnetycznych (z prędkością światła) pomiędzy obiektami poruszającymi się z prędkościami bliskimi prędkości światła, co nie ma nic wspólnego z hipotetycznym czasem fizycznym postulowanym w teorii względności.

    Najważniejsze z punktu widzenia fizyki oraz z punktu widzenia doktryny naukowego materializmu jest to, że teoria względności wydaje się dostarczać ostatecznego dowodu na to, że czas i przestrzeń są rzeczami, i to rzeczami, które można odkształcać. To bardzo ważne. To, czy czas i przestrzeń są rzeczami, czy nie, nigdy nie było oczywiste, ani w naukach empirycznych, ani w filozofii. Czas i przestrzeń są najbardziej fundamentalnymi aspektami rzeczywistości. Fizyka zajmuje się tym, co rzeczywiste, mierzalne, materialne. Co by się stało, gdyby okazało się, że fundament fizycznej rzeczywistości – czas i przestrzeń – są empirycznie niemierzalne, nie fizyczne i subiektywne? Był by to koniec fizyki, jaką znamy do tej pory w kontekście doktryny naukowego materializmu. Był by to początek nowej fizyki, nowej ery, ery nowego paradygmatu nauki. Była by to rewolucja nieporównanie większa od kopernikańskiej!

    Bardzo wiele świadczy na korzyść tezy, że czas jest empirycznie niemierzalny, nie fizyczny i subiektywny. Modelem bliższym prawdy jest ten, który nie wymaga od czasu i przestrzeni, aby były one fizycznymi "rzeczami" posiadającymi realne własności fizyczne, które pozwoliły by im na to, aby fizycznie ulegać odkształceniom oddziałując z innymi empirycznie mierzalnymi elementami fizycznej rzeczywistości. Nie należy jednak wyciągać z tego wniosku, że jest to powrót do koncepcji Newtona. Z punktu widzenia mojej tezy, czas ma efektywnie dwie lub trzy "natury", w zależności od istotnych funkcji, jakie spełnia w naszym życiu, jednak zasadniczo zawsze pozostając empirycznie niemierzalnym, "subiektywnym" doświadczeniem w umyśle obserwatora, które nie istnieje obiektywnie w fizycznej rzeczywistości zewnętrznej. Sednem sprawy jest to, jak rozumiemy i jak definiujemy tę nową "subiektywność" czasu i przestrzeni. Ta nowa definicja "subiektywności" czasu i przestrzeni pojawia się w kontekście poszukiwania rozwiązania filozoficznego "problemu percepcji" oraz w szerszym kontekście, poszukiwania nowego paradygmatu nauki.

    Czas i przestrzeń w świetle tej nowej definicji "subiektywności" należałoby rozumieć, jako wspomniane już wcześniej "uzewnętrznienie" pochodzące z wnętrza umysłu każdej świadomej istoty, która potrafi postrzegać – nawet z wnętrza umysłu takiej świadomej istotki, jak mała myszka! Oczywiście, nie były by to już czas i przestrzeń rozumiane jako fizyczne, mierzalne "rzeczy", ale czas i przestrzeń zasadniczo o naturze świadomości. Można to oczywiście również rozumieć, jako czasoprzestrzeń świadomości. Nie chodzi bowiem o akcentowanie jakiejś hipotetycznej, fundamentalnej oddzielności czasu i przestrzeni. "Czas" i "przestrzeń", to po prostu dwie strony tego samego medalu, dwa aspekty tej samej czasoprzestrzeni świadomości, spełniające dwie różne funkcje i tak, jak dwie strony tego samego medalu, nie mogą one istnieć osobno, jedna bez drugiej.

    Jestem głęboko przekonany, że zasadnicze rozwiązanie wszystkich wspomnianych w tym tekście problemów ze zrozumieniem natury funkcjonowania rzeczywistości, będzie jedynie możliwe po przyjęciu nowego paradygmatu w nauce, na którego podstawie rozwiązany zostanie filozoficzny problem percepcji. Staje się to jasne, że wymagać to będzie uzupełnienia dziedziny fizyki o fizykę świadomości oraz o przyjęcie nowej perspektywy, gdzie świadomość będzie pełniła rolę czynnika pierwszorzędnego, ważniejszego i o bardziej fundamentalnym znaczeniu, niż materia. Fizyka kwantowa, to pierwszy krok we właściwym kierunku, lecz na pewno nie ostatni. Długa droga przed nami. Innymi słowy, w skrócie, to nasz materialny Wszechświat jest pochodną ewolucji świadomości, a nie odwrotnie. Wyobraźmy sobie Wszechświat, jako "uzewnętrznienie" pochodzące z wnętrza naszego umysłu. Oczywiście, nie był by to już wszechświat zasadniczo materialny, ale wszechświat zasadniczo o naturze świadomości, o naturze snu, który w naszym doświadczeniu sprawiał by tylko na nas wrażenie bycia "materialnym", podobnie, jak nasze sny sprawiają na nas wrażenie bycia rzeczywistymi doświadczeniami, podczas gdy je śnimy. W takim Wszechświecie w dalszym ciągu obowiązywałyby Prawa Natury, jednak prawa te, jak wszystko inne, wywodząc się zasadniczo z umysłu, nie były by absolutne i ostateczne, a więc umysł mógł by je również modyfikować. To pozwoliło by, na przykład, na lokalne zawieszenie prawa powszechnego ciążenia – lewitację – oraz inne "cuda" i zjawiska paranormalne, które obecnie są tabu i mimo, że są czasami obserwowane, to pozostają jednak dogmatycznie wykluczone z dziedziny badań naukowych. Z punktu widzenia obecnie miłościwie nam panującego Materializmu Naukowego, trudno sobie wyobrazić bardziej absurdalną i odrażającą wizję świata, niż właśnie ta!

    Leon Lederman w 1988 roku otrzymał Nagrodę Nobla z Fizyki za badania nad cząstkami elementarnymi. W swojej książce „Boska cząstka”, tak nas przestrzega: „Prawdę mówiąc, takie książki, jak "Tao Fizyki" (Fritjof Capra) oraz "Tańczący Mistrzowie Wu Li" (Gary Zukav), to stosunkowo przyzwoici przedstawiciele pisarstwa należącego do pośredniej sfery między dobrymi książkami naukowymi, a obłąkaną twórczością szarlatanów, oszustów i szaleńców. Ci ludzie gwarantują życie wieczne tym, którzy ograniczą swą dietę do korzeni sumaku, donoszą o spotkaniach z istotami pozaziemskimi, demaskują fałsz teorii względności, ponad którą przedkładają sumeryjski odpowiednik kalendarza dla rolników. [...] Niektórzy oszuści zdołali odnieść godny podziwu sukces, ot, choćby izraelski magik Uri Geller albo pisarz Immanuel Velikowsky, czy nawet niektórzy posiadacze doktoratów w dziedzinie nauk ścisłych (naukowy tytuł doktora w jeszcze mniejszym stopniu jest rękojmią prawdy niż Nagroda Nobla). To właśnie ludzie tego pokroju stanowią źródło doniesień o takich cudach, jak widzące dłonie, psychokineza, kreacjonizm, poliwoda, zimna fuzja i wiele innych oszukańczych pomysłów. Zazwyczaj twierdzą oni, że skostniały establiszment prześladuje nowo odkrytą prawdę, pragnąc zachować dla siebie prawa i przywileje. Oczywiście, może się i tak zdarzyć. [...] Tragedia tkwi nie w tym, co piszą kiepscy pseudonaukowi pisarze, nie w tym, że agent ubezpieczeniowy wie dokładnie, w którym miejscu Einstein popełnił błąd i pisze o tym książkę, nie w tym, że jakiś oszust powie wszystko jedno co, byle tylko zarobić parę groszy, nie w tym, co robią Uri Geller, Immanuel Velikowsky i im podobni. Tragedią są szkody, jakie ponosi łatwowierne i niedouczone społeczeństwo, które tak łatwo jest omamić.”

    Mój drogi łatwowierny i niedouczony czytelniku, zostałeś właśnie ostrzeżony przez laureata Nagrody Nobla z Fizyki — nie daj się omamić obłąkaną twórczością szarlatanów, oszustów i szaleńców, a nawet niektórych posiadaczy doktoratów w dziedzinie nauk ścisłych, bo tylko ludzie tego pokroju demaskują fałsz teorii względności, gdyż wydaje im się, że wiedzą dokładnie, w którym miejscu Einstein popełnił błąd i piszą o tym książki. Kto może się mylić? Einstein, czy raczej szarlatani, którzy ponad teorię względności przedkładają sumeryjski odpowiednik kalendarza dla rolników?


  5. TRZY ZAKRESY CZASU
  6. Zobaczmy, co miał do powiedzenia na temat czasu i przestrzeni buddyjski filozof z tradycji mahajany Nagardziuna, który żył w południowych Indiach około drugiego wieku naszej ery. W tym celu przyjrzymy się jego największemu dziełu, traktatowi Mula madhyamaka karika”, a w szczególności Rozdziałowi XIX, poświęconemu właśnie badaniu natury czasu, a pośrednio i badaniu natury przestrzeni.Mula madhyamaka karika”, czyli Fundamentalne strofy drogi środka, jest jednym z najbardziej wpływowych dzieł w historii filozofii Indii.


    Rozdział XIX
    Badanie czasu

    1. Jeżeli teraźniejszość i przyszłość
      zależą od przeszłości,
      wtedy teraźniejszość i przyszłość
      istniałyby w przeszłości.

    2. Jeżeli teraźniejszość i przyszłość
      nie istniały w przeszłości,
      to jak mogły by one wtedy
      zależeć od przeszłości?

    3. Jeżeli nie są one zależne od przeszłości,
      ani jedno ani drugie nie byłoby ustanowione.
      Dlatego ani teraźniejszość
      ani przyszłość nie istniałyby.

    4. W ten sam sposób
      pozostałe podziały – przeszłość i przyszłość,
      wyższe, niższe, środkowe, etc.,
      jedność, etc., powinny być rozumiane.

    5. Nie statyczny czas jest niepojęty.
      Nic, co można by pojąć
      jako statyczny czas, nie istnieje.
      Jeżeli czasu nie można pojąć,
      to w jaki sposób może być on znany?

    6. Jeżeli czas zależy od przedmiotu,
      to jak mógłby istnieć bez przedmiotu?
      Nie ma przedmiotu istniejącego samoistnie.
      Zatem, jak czas mógłby istnieć samoistnie?

    ( „Mula madhyamaka karika” na angielski przełożył profesor Jay Garfield pod tytułem The Fundamental Wisdom of the Middle Way”, Oxford University Press, 1995. Rozdział XIX „Mula madhyamaka karika” z angielskiego przełożył Zbigniew Modrzejewski. )


    Jednym ze sposobów, w jaki myślimy o czasie, jest pojmowanie go w kategoriach trzech jego zasadniczych okresów lub zakresów, czyli przyszłości, teraźniejszości i przeszłości. Może to przypominać nam bieg rzeki. Woda w górnym biegu rzeki (przyszłość) zbliża się do nas; w pewnym momencie dociera do nas i mamy z nią bardzo, bardzo krótki kontakt (teraźniejszość), aby od nas odpłynąć i już na zawsze coraz bardziej oddalać się (przeszłość). Tak, mniej więcej, płynie czas. Jak rzeka. Od źródła, do ujścia. Od góry do dołu.

    Gdyby jednak przyszłość istniała na podobieństwo górnego biegu rzeki, to byłaby zdeterminowana. Fizyka kwantowa wykazała, że przyszłość nie może być całkowicie zdeterminowana. Przyszłość zdeterminowana, to taka przyszłość, której nikt z nas nie mógłby kształtować, ani zmienić, a podobno każdy jest kowalem swojego losu.

    W dalszej części tego tekstu będę używał dwóch ważnych pojęć: determinizmu i przyczynowości. Czasami będę używał ich w potocznym sensie, a czasami nie. Mam nadzieję, że będzie to w miarę jasno wynikać z kontekstu. Aby uniknąć niektórych nieporozumień, chciałbym wyjaśnić, jak rozumiem te pojęcia w kontekście moich rozważań.

    Niezależnie od formalnych definicji tych pojęć, to, co dla mnie jest ważne, to istota związku między determinizmem i przyczynowością. Determinizm, czy to całkowity, czy nie, opiera się na przyczynowości w tym najogólniejszym sensie, że możemy mówić o "rezultatch" wynikających z ich wcześniejszych czasowo "przyczyn". Dla mnie "determinizm" ma przede wszystkim charakter psychologiczno-filozoficzny w tym ogólnym sensie, w jakim odnosi się do zagadnienia wolnej woli człowieka. Ponieważ istoty człowieka nie można ostatecznie zredukować do roli klasycznie mechanicznego "urządzenia", zatem wolna wola nie jest złudzeniem. Z drugiej strony, ważne jest, aby uświadomić sobie, że taka wolna wola nie jest absolutnie wolna. Wynika to właśnie z ogólnej przyczynowości. W moim odczuciu, istnienie ogólnej przyczynowości nie implikuje braku wolnej woli człowieka oraz istnienia zupełnego determinizmu, jak również brak istnienia zupełnego determinizmu nie implikuje absolutnie bezwarunkowo wolnej woli i braku istnienia jakiegoś rodzaju ogólnej przyczynowości. Nawet w fizyce kwantowej, indeterminizm i nieoznaczoność jakie tam występują, nie implikują przecież tego, że w mikroświecie kwantów wszystko odbywa się dowolnie lub całkowicie chaotycznie, zupełnie bez istotnych zasad, przyczyn lub powodów. Niestety, nie potrafię wyjść poza powyższe ogólniki i precyzyjnie opisać, jak rzeczywiście dokładnie jest. Być może nie potrafi tego nikt. Ale do jakiego stopnia przyczynowość mogła by być "ogólna"? Czy aż do tego stopnia, że rezultaty mogły by wystąpić "wcześniej", niż ich przyczyny? Nie jestem pewny.

    Kontynuując rozważania w świetle wcześniej rozpoczętej analogii, możemy wybrać się w górę rzeki, ponieważ górny bieg rzeki istnieje w konkretny, zdeterminowany sposób. Ale czy możemy zrobić zakupy w centrum handlowym, które jest tylko w połowie wybudowane, nie wykończone (nie zdeterminowane) i nie oddane do użytku? Nie. Nie możemy wybrać się w podróż w czasie w przyszłość, gdyż przyszłość po prostu nie istnieje w tak samo zdeterminowany sposób, jak nasza teraźniejszość.

    Okazuje się jednak, że gdyby przyszłość istniała w całkowicie zdeterminowany sposób, to właśnie z tego powodu również nie moglibyśmy jej odwiedzić, gdyż nasze niespodziewane odwiedziny w nieunikniony sposób musiały by ją, tak czy inaczej, zmienić, nawet bez drastycznego łamania zasady przyczynowości, co jest z założenia niemożliwe, gdyż przyjęliśmy, że istnieje ona w całkowicie zdeterminowany sposób, więc nie podlega żadnym zmianom. Zatem, ani przyszłości zdeterminowanej, ani przyszłości nie zdeterminowanej, nie da się odwiedzić na podobieństwo podróży w górny bieg rzeki. Tak oto kończą się analogie. "Rzeka czasu", lub czas jako "rzeka", może być jedynie rozumiany w sensie poetyckiej metafory. A na poetyckie metafory nie ma miejsca w racjonalnym, chłodnym, obiektywnym, mierzalnym świecie fizyki.

    Ale czy można odbyć podróż w czasie w przeszłość? Przeszłość, jeżeli istnieje, jako fizyczny wymiar rzeczywistości, jest albo zdeterminowana, albo jest nie zdeterminowana. Jak zauważyliśmy wyżej, każda z tych ewentualności czyni podróż w czasie fizycznie niemożliwą.

    Mogłoby się wydawać, że przyszłość i przeszłość nie istnieją fizycznie; że tak na prawdę fizycznie istnieje jedynie teraźniejszość. Takiego właśnie zdania są niektórzy mistycy Wschodu proponujący model "wiecznego teraz". Problem w tym, że nawet "wieczne teraz" musi od czasu do czasu się zmienić. Jak długo trwa "teraz", zanim się zmieni? Bardzo, bardzo, bardzo krótko. Na pewno nie trwa to przez całą wieczność!

    Jego Świątobliwość XIV Dalaj Lama Tybetu, na potrzeby debaty, zaproponował model alternatywny: to teraźniejszość nie istnieje fizycznie; istnieje tylko przyszłość, która "przepływając" w przeszłość kreuje iluzję istnienia momentu teraźniejszości. Oczywiście, ani model "wiecznego teraz", ani alternatywny model braku "teraz", nie są wystarczające do opisu natury czasu, gdyż nasze doświadczenie czasu jest takie, że występuje w nim jednak jakaś "przeszłość", którą pamiętamy, jako historię, jako to, co się stało i już się nie odstanie; żyjemy przecież w jakiejś "teraźniejszości", czymkolwiek by ona nie była i myślimy o tym, co ma dopiero nastąpić, a co jeszcze się nie wydarzyło, a to jest właśnie tym, co nazywamy "przyszłością". Zatem adekwatny model czasu nie może rezygnować z żadnego z jego trzech zasadniczych zakresów.


    Sumeryjski odpowiednik kalendarza dla rolników.


    Nasze doświadczenie czasu jest takie, że to, co wydarzyło się w przeszłości ma wpływ na teraźniejszość, kształtując ją; z kolei to, co dzieje się obecnie, w teraźniejszości, kształtuje przyszłość. W tym sensie przeszłość, teraźniejszość i przyszłość zależą od siebie. Perspektywę na funkcjonowanie czasu w trzech zasadniczych zakresach rozważa Nagardziuna w pierwszych trzech strofach Rozdziału XIX:


    1. Jeżeli teraźniejszość i przyszłość
      zależą od przeszłości,
      wtedy teraźniejszość i przyszłość
      istniałyby w przeszłości.

    2. Jeżeli teraźniejszość i przyszłość
      nie istniały w przeszłości,
      to jak mogły by one wtedy
      zależeć od przeszłości?

    3. Jeżeli nie są one zależne od przeszłości,
      ani jedno ani drugie nie byłoby ustanowione.
      Dlatego ani teraźniejszość
      ani przyszłość nie istniałyby.


    Jeżeli przyszłość zależy od teraźniejszości, a teraźniejszość zależy od przeszłości, to, jak trafnie zauważa Nagardziuna, teraźniejszość i przyszłość zależą od przeszłości. Ale, jeżeli od siebie zależą, to muszą one współistnieć. Stoi to w jawnej sprzeczności z naszym odczuciem. Trudno sobie bowiem wyobrazić przeszłość, teraźniejszość i przyszłość razem. Przecież przeszłość, teraźniejszość i przyszłość są tym, czym są, właśnie dlatego, że nie współistnieją, nie występują razem. Ale jeżeli teraźniejszość i przyszłość nie współistniały by z przeszłością, to nie zależały by od siebie tak, aby przyszłość zależała od teraźniejszości, a teraźniejszość od przeszłości. Jeżeli zależą od siebie, to muszą być razem; jeżeli nie są razem, to nie mogą od siebie zależeć. Proste i genialne.

    Trudno sobie bowiem wyobrazić przeszłość, teraźniejszość i przyszłość, które są od siebie całkowicie niezależne. Gdyby tak było, to wtedy, absurdalnie, mogłyby istnieć dowolne ich sekwencje i wszystko straciłoby jakikolwiek sens. Sensowne jest tylko to, że między przeszłością a przyszłością może istnieć tylko teraźniejszość. Takie jest nasze doświadczenie. W przeciwnym razie te trzy zakresy czasu były by tylko pustymi nazwami.

    Prof. dr hab. Zbysław Wilamowski w korespondencji do mnie, oceniając moją pracę, napisał: „Dobrze pisze Pan o determinizmie i jego braku, ale dalej bardzo miesza Pan idee oddziaływań i współistnienia, żeby dojść do karkołomnej konkluzji o fizycznym nie istnieniu trzech zakresów czasu.” Doktor Jerzy Gołosz w korespondencji do mnie, oceniając moją pracę, napisał: „Wpływanie na siebie nie oznacza współistnienia wbrew temu, co twierdził Nagardziuna, dlatego że wpływ może zachodzić poprzez istniejące w przyszłości konsekwencje [skutki]. Nie prowadzi to zatem do subiektywności czasu.”

    Profesor Wilamowski i doktor Gołosz zgodnie wyrażają tę samą opinię, z której wynika, że Nagardziuna myli się. Dlaczego? Dlatego, że ogólna teoria względności Einsteina, z kosmologicznej perspektywy, przedstawia Wszechświat, jako "blok" (tzw. block-Universe), obejmujący istniejące równocześnie: przeszłość, teraźniejszość i przyszłość. Jeżeli Einstein ma mieć rację, to Nagardziuna musi się mylić. Proste. Ja twierdzę, że Nagardziuna ma rację, a ta różnica zdań wynika z tego, że profesor Wilamowski i doktor Gołosz nie zrozumieli, do czego precyzyjnie odnosił się Nagardziuna. Chodzi o to, aby w kontekście tych rozważań uchwycić subtelną różnicę i nie mylić zależności pomiędzy trzema zakresami czasu z następstwami przyczynowo-skutkowymi w czasie. Trzy zakresy, to czas, natomiast przyczyny, skutki oraz ich następstwo w czasie, to coś innego, niż czas. Nagardziuna nie zajmuje się tutaj zagadnieniem następstwa przyczynowo-skutkowego w czasie – tym, że skutki obecne w teraźniejszości miały swoje przyczyny w przeszłości i w tym sensie są "powiązane". Rozważania dotyczące zagadnienia następstwa przyczynowo-skutkowego w czasie Nagardziuna prowadzi w innych rozdziałach swojego traktatu Mula madhyamaka karika”. Dodatkowo należy zauważyć, że z istnienia następstw przyczynowo-skutkowych nie wynika, że Wszechświat, jako block-Universe, obejmuje istniejące równocześnie: przeszłość, teraźniejszość i przyszłość. Zatem, to jednak Einstein mylił się, a Nagardziuna miał rację.

    Z punktu widzenia naszej teraźniejszości, przyczyna nie produkuje swojego skutku ani w przeszłości, ani w przyszłości, a jedynie w teraźniejszości, gdyż w przeszłości już by go wyprodukowała (w przeszłości nic obecnie się nie dzieje!), a w przyszłości być może dopiero coś wyprodukuje. Zatem nie możemy powiedzieć, że jakikolwiek obecny skutek w dalszym ciągu aktywnie zależy od swojej przyczyny, która wyprodukowała go w przeszłości i od tamtej pory już nie istnieje. Nic, co istnieje "teraz", nie może aktywnie zależeć od czegoś, co nie istnieje "teraz". Wynika to wprost z definicji pojęcia "zależności". Obecne skutki pochodzą z przeszłych przyczyn, ale już od nich nie zależą. W tym sensie można by powiedzieć, że teraźniejszość nie zależy od przeszłości (która minęła), a jedynie od niej w pewnym sensie pochodzi. Nie możemy też w sposób ścisły twierdzić, że przeszłość jest przyczyną teraźniejszości, a teraźniejszość jest skutkiem przeszłości, gdyż jest to tylko bardzo ogólna metafora. Metafora ta nie potrafi wyjaśnić na przykład tego, co miało by być przyczyną przeszłości, skoro czas ogranicza się tylko do swoich trzech zakresów?

    Zostawmy rozważania dotyczące zagadnienia następstwa przyczynowo-skutkowego w czasie. W tej chwili ograniczamy się tylko do zagadnienia czasu w aspekcie jego trzech zakresów: przeszłości, teraźniejszości i przyszłości oraz ich wzajemnych powiązań, ale powiązań innych niż ich metaforyczne następstwo przyczynowo-skutkowe. Trzy zakresy, to czas, natomiast przyczyny, skutki oraz ich następstwo w czasie, to oczywiście coś innego, niż czas i należy uważać, aby ich ze sobą nie mylić.

    Czy sensowna wydaje się współzależność i współistnienie trzech zakresów? Wydaje się, że wtedy tracimy podstawę rozróżniania ich w sensie następstwa liniowego. Profesor Kenneth Denbigh w swojej książce „Świat i czas” uświadamia nam, że: „Nie ma dosłownie niczego, na co moglibyśmy wskazać, a co ujawniło by nam ponad wszelką wątpliwość, że była jakaś przeszłość, lub że będzie jakaś przyszłość. Nawet nasze wspomnienia i zapisy są obecnymi zjawiskami; są one rzeczami istniejącymi teraz – jako ślady w naszych umysłach, jako symbole w rękopisie lub jako skamieliny albo warstwy w formacjach skalnych. To co oferuje nauka – informacje o wzroście entropii czy też o ekspansji Wszechświata – ma podobny charakter; są to dążności obserwowalne w teraźniejszości – w naszej teraźniejszości.”

    Czy komukolwiek udało się kiedykolwiek w jakikolwiek sposób bezpośrednio wejść w kontakt lub bezpośrednio empirycznie doświadczyć aktualnej, obiektywnie fizycznie istniejącej przeszłości lub przyszłości? Nie. Nikt ich nigdy nie widział ani nie słyszał bezpośrednio. No, może z wyjątkiem powieści i filmów z gatunku sci-fi na temat wehikułu czasu oraz watykańskiego chronowizora! Należałoby zatem uczciwie stwierdzić, że obiektywne fizyczne istnienie przeszłości i przyszłości, to jak do tej pory zaledwie niepotwierdzona empirycznie hipoteza, bo nie ma dosłownie niczego, na co moglibyśmy wskazać, a co ujawniło by nam ponad wszelką wątpliwość, że była jakaś przeszłość, lub że będzie jakaś przyszłość. Profesor Kenneth Denbigh w swojej książce „Świat i czas” zwraca naszą uwagę na to, że: „Ważnym, choć bardzo zwyczajnym faktem jest to, że wszyscy zgadzamy się na to samo "teraz" bądź "obecnie". Inaczej mówiąc, pewna liczba osób zgodzi się z tym, że znajdują się razem w pokoju, że patrzą na ten sam zegar i że otrzymują ten sam odczyt, powiedzmy pięć po czwartej. A pewnym wstępnym założeniem zwyczajnej rozmowy jest, że rozmówcy dzielą ze sobą tę samą teraźniejszość. Ilustruje to fakt, że choć można kogoś zapytać: gdzie jesteś? — to zapytanie go: kiedy jesteś? — nie ma sensu.”

    Ponieważ nasze życie nie odbywa się ani w przeszłości, ani w przyszłości, to czy żyjemy zatem w teraźniejszości? Nie, gdyż coś takiego, jak "teraźniejszość", jest pojęciem względnym i może istnieć jedynie w odniesieniu do przeszłości i przyszłości. Problem w tym, że nigdy nie jesteśmy w stanie bezpośrednio doświadczyć ani fizycznej, obiektywnej przeszłości, ani fizycznej, obiektywnej przyszłości, w taki sam sposób, w jaki doświadczamy teraźniejszości. Jesteśmy skazani tylko na teraźniejszość i wydaje się nam, że żyjemy właśnie w "teraźniejszości", gdyż głęboko wierzymy w realne istnienie przeszłości i przyszłości. Wydaje się, że "przeszłość", to tak naprawdę tylko subiektywna pamięć, a "przyszłość", to tak naprawdę tylko subiektywne oczekiwanie i wyobraźnia. Ale gdyby przeszłość istniała fizycznie, to czy była by "statyczna", na zawsze nieruchoma? Czy może życie w "przeszłości" dynamicznie toczyło by się dalej zupełnie niezależnie od naszej teraźniejszości? Obie te alternatywy wydają się bardzo dziwne. Tak oto koncepcja czasu oparta na modelu obiektywnych, zewnętrznych, fizycznych trzech zakresów zaczyna się chwiać.

    Jakie mogą płynąć z tego wnioski? Jeżeli trzy zakresy czasu nie współistnieją ze sobą, to są niezależne i wtedy nie mogą spełniać oczekiwanych od nich funkcji; jeżeli trzy zakresy czasu współistnieją ze sobą, aby od siebie zależeć, to nie można ich już odróżnić w sensie ich następstwa liniowego i w tym sensie nie mogą spełniać oczekiwanych od nich funkcji. Dodatkowo należy zauważyć, że współistnienie, oznacza współistnienie w czasie. Zatem, jeżeli trzy zakresy czasu współistnieją ze sobą, to współistnieją ze sobą już w kontekście jakiegoś innego czasu, niż one same. Nie rozwiązuje to problemu, a jedynie zastępuje go innym.

    Wygląda na to, że jeżeli chcielibyśmy opisać fizyczny czas przy pomocy jakiegoś modelu, to model odwołujący się do istnienia fizycznie obiektywnej liniowej przeszłości, teraźniejszości i przyszłości, niestety, posiada pewne nie trywialne mankamenty.

    Problem jednak w tym, że moglibyśmy przysięgać na wszystko, co drogie nam jest i święte, że jest inaczej, że trzy zakresy czasu nie współistnieją, bo w oczywisty sposób nie mogą, a jednocześnie zależą od siebie, bo tak musi być i kropka! Moglibyśmy prawie dać sobie obciąć za to rękę. Prawda? Nasze subiektywne odczucie kłóci się z wnioskami płynącymi z logicznego rozumowania. Z czego to może wynikać? Po której stronie leży prawda?

    Trzy zakresy czasu nie istnieją fizycznie i obiektywnie w rzeczywistości zewnętrznej, pozostając całkowicie niezależne od umysłu obserwatora. Jeżeli nam się do tej pory wydawało inaczej, to było to jedynie złudzenie, jakiemu ulegliśmy wbrew faktom i logice.

    To, że trzy zakresy czasu nie istnieją fizycznie i obiektywnie w zewnętrznej rzeczywistości fizycznej, jako samodzielne byty, nie oznacza, iż nie mogą one istnieć subiektywnie, jako doświadczenie wewnątrz umysłu obserwatora, prywatne odczucie, że w naszym życiu występuje jednak jakaś "przeszłość", którą pamiętamy, jako historię, jako to, co się stało i już się nie odstanie; że żyjemy przecież w jakiejś "teraźniejszości" (czymkolwiek by ona nie była) oraz myślimy o tym (wyobrażamy sobie), co ma dopiero nastąpić, a co jeszcze się nie wydarzyło, a to jest właśnie tym, co nazywamy "przyszłością".


  7. PRZELOTNA CHWILKA, ZWANA "TERAZ"
  8. Kiedy upływa czas? Czas nie upływa ani w przeszłości, ani w przyszłości. Czas może jedynie upływać w teraźniejszości. Jak długo trwa "teraz", zanim minie? Krótko. Bardzo krótko.

    Zacznijmy od tego, że aby można było mówić o "teraz", czyli o momencie teraźniejszości, to moment ten, niezależnie od tego jaki krótki by nie był, musi być nie zerowy, dłuższy od zera. Moment o zerowej długości nie jest już momentem, bo po prostu nie istnieje fizycznie. Punkt, to matematyczny obiekt o zerowych wymiarach. W rzeczywistości fizycznej nie istnieje fizyczna implementacja matematycznego pojęcia punktu. Najlepszym fizycznym przybliżeniem matematycznego pojęcia punktu jest kwant, czyli najmniejszy, "niezerowy" obiekt fizyczny. Dlatego należy uważać, aby nie brać matematycznych modeli rzeczywistości za samą rzeczywistość.

    Można powiedzieć, że generalnie czas upływa z momentu na moment, a dokładniej, upływa w jednostkach upływu czasu. Aby mógł upłynąć rok, musi najpierw w sumie upłynąć 12 miesięcy; aby mógł upłynąć miesiąc, musi najpierw w sumie upłynąć około 30 dni; aby mogła upłynąć doba, muszą najpierw w sumie upłynąć 24 godziny; aby mogła upłynąć godzina, musi najpierw w sumie upłynąć 60 minut; aby mogła upłynąć minuta, musi najpierw w sumie upłynąć 60 sekund; aby mogła upłynąć sekunda, musi najpierw upłynąć... itd. Wygląda na to, że zanim coś upłynie, musi najpierw upłynąć kilkakrotnie coś krótszego!

    A jak upływa nie zerowy moment teraźniejszości? Chyba upływa on tak, że najpierw upływa jego początek, potem jego środek, a potem jego koniec. A jak upływa początek momentu teraźniejszości? Chyba na tej samej zasadzie. Czy istnieje tak krótkie "teraz", aby nie mogło być jeszcze krótsze? A może istnieje elementarna jednostka upływu czasu, kwant czasu? Tertium non datur. Albo istnieje elementarna jednostka upływu czasu, albo czas jest nieskończenie podzielny. Niestety, jak się wkrótce przekonamy, żadna alternatywa nie jest w pełni zadowalająca.

    Podczas gdy nieskończona podzielność naturalnie występuje w matematyce, to w naturze jest ona co najmniej problematyczna. Z tego, że naturę można opisać przy pomocy modeli matematycznych, nie wynika, że każdy model matematyczny znajdzie swoje odbicie w naturze. Być może z wyjątkiem Wszechświata (lub Wieloświata), jako całości, nic w naturze nie może być (i nie jest) nieskończone. Jak już wykazali to antyczni filozofowie, nasza hipotetyczna, nieskończona podzielność fizycznego czasu niesie ze sobą ten jeden przykry problem, że absolutnie wszystko bez wyjątku trwałoby w nieskończoność! Po prostu nic nie mogło by się wydarzyć, gdyż zanim cokolwiek by się wydarzyło, musiałaby najpierw upłynąć wieczność. W paradoksie Zenona z Elei, mało tego, że strzała nie doleci do tarczy, to można ten paradoks łatwo sformułować w taki sposób, że strzała po prostu w ogóle nie wyleci!

    Matematyczne całkowanie może nam pomóc, ale głównie w matematyce. Nie należy mylić matematycznego modelu rzeczywistości z samą rzeczywistością, którą ten model próbuje, mniej lub bardziej trafnie, opisywać. Między 0 a 1 na osi liczb rzeczywistych istnieje nieskończenie wiele pośrednich wartości, ale nie wynika z tego, że "odległość" między 0 a 1 musi być w związku z tym nieskończona. Możemy matematycznie scałkować funkcję stałą o wartości jeden na tym odcinku po coraz mniejszych wartościach, ale nawet gołym okiem widać, że wynik wynosi "jeden". A "jeden", niezależnie od tego jakie jest wielkie lub małe, nie jest nieskończone. Tyle matematyka.

    A jeżeli chodzi o upływ nieskończenie podzielnego czasu, to mimo tego, że wynikiem matematycznego całkowania jakiejkolwiek jednostki funkcji upływu czasu po jej (coraz mniejszych) składowych jednostkach pochodnych, jest wartość "jeden", czyli wartość jak najbardziej skończona, to w naturze, aby ta jednostka nieskończenie podzielnego czasu mogła faktycznie upłynąć fizycznie, musiałoby najpierw fizycznie upłynąć nieskończenie wiele mniejszych jednostek pochodnych, co w praktyce trwałoby właśnie nieskończenie długo. Dlaczego?

    Jak już zauważyliśmy wcześniej, w przeciwieństwie do matematyki, która operuje matematycznym pojęciem punktu nie posiadającego żadnych wymiarów, nieskończenie podzielny fizyczny czas w oczywisty sposób musiał by składać się z niezerowej długości momentów. Gdyby momenty czasu fizycznego mogły być zerowe, to dowolna ilość takich momentów w sumie dała by nam chwilę o długości zero! Dlatego fizyczny czas, aby w ogóle mógł fizycznie upływać, musi upływać w momentach o nie zerowej długości. W takim wypadku, fizyczna suma nieskończonej ilości nie zerowych momentów fizycznego czasu nie może być fizycznie skończona, podczas gdy w matematyce nieskończona ilość punktów może wygodnie zmieścić się jakoś na małym, ograniczonym obszarze, na przykład na krótkim odcinku prostej od 0 do 1. Pięknie i zwięźle ujął to profesor John D. Barrow w swoje książce „Pi razy drzwi. Szkice o liczeniu, myśleniu i istnieniu”, gdy napisał: „Inną osobliwością jest to, że każdy przedział liczb rzeczywistych, na przykład przedział od zero do jeden, zawiera tyle samo punktów, ile cały zbiór liczb rzeczywistych od minus nieskończoności do plus nieskończoności.” Wynika z tego jasno, że jeżeli do opisu rzeczywistego czasu fizycznego chcielibyśmy zastosować matematyczny model nieskończonej podzielności (ciągłości zbioru liczb rzeczywistych), to każda jednostka upływu czasu zawierała by wtedy tyle samo punktowych "momentów", co cała wieczność!

    Na ten subtelny obszar graniczny, gdzie teoria matematyczna zdaje się przenikać i mieszać z rzeczywistością fizyczną, zwrócił Einsteinowi uwagę niemiecki fizyk matematyczny, Hermann Weyl. Einstein w ogólnej teorii względności używał bowiem takich nierzeczywistych "obiektów", jak matematycznie punktowy "zegar" oraz wzorcowy pręt mierniczy również reprezentowany przez matematyczne pojęcie punktu. Trudno sobie wyobrazić funkcjonowanie nie posiadającego żadnych wymiarów, punktowego zegara. Wydaje mi się również, że wzorcowy pręt mierniczy należało by naturalnie matematycznie reprezentować raczej przy pomocy pojęcia odcinka prostej, niż przy pomocy matematycznego punktu. Hermann Weyl zaproponował Einsteinowi, aby sformułował ogólną teorię względności dla rzeczywistych prętów mierniczych i zegarów, które w przeciwieństwie do matematycznych punktów, posiadają rzeczywiste, nie zerowe rozmiary. Einstein nigdy nie podjął takich prób. Szkoda.


    Zegar typu Torsion Pendulum


    Czy należy wyciągnąć z tego wniosek, że skoro czas nie może być nieskończenie podzielny, to musi istnieć elementarna jednostka upływu czasu, kwant czasu? Na pozór tak mogłoby się wydawać. Niestety, tak nie jest. Jeżeli mimo jego względnej, intuicyjnej naturalności, jesteśmy w końcu w stanie uznać problematyczność modelu nieskończenie podzielnego czasu, to po dokładniejszych oględzinach, być może ku naszemu zdumieniu, okaże się, że coś takiego, jak czas skwantowany, elementarna jednostka upływu czasu, kwant czasu, jest wewnętrznie sprzeczną "chimerą". Moim zdaniem, w sensie intuicyjnym jest to gorszy model, niż model nieskończenie podzielnego czasu. Oto jaka stoi przed nami alternatywa: model zły, albo model od niego gorszy. Czy powinniśmy zdecydować się na "mniejsze zło"? Nie. Ponieważ "mniejsze zło", to wciąż zło. A czy nam nie chodzi o "większe dobro"?

    Ponieważ nie chcę się nad tym niepotrzebnie rozwodzić, to wystarczy zauważyć, że czas skwantowany, elementarna jednostka upływu czasu, kwant czasu, byłby wyjątkiem, w tym sensie, że byłby jedyną jednostką czasu, która sama nie mogłaby już upłynąć. Zatem czas upływający w jednostkach pochodnych, które same są w stanie upływać w swoich jednostkach pochodnych, fundamentalnie składałby się z jednostek elementarnych, które same nie są już w stanie upływać, czyli są w pewnym sensie "statyczne".

    Bo jak można by przekonująco wytłumaczyć, w jaki sposób upływa krótki moment czasu o długości trzech elementarnych jednostek upływu czasu? Upływa on chyba w ten sposób, że najpierw upływa jego początek, potem jego środek, a potem jego koniec. Problem jednak w tym, że jego początek, środek i koniec nie mogłyby już upłynąć w ten sam sposób z tego prostego powodu, że żaden z nich sam nie posiada już własnego początku, środka i końca, gdyż są to elementarne, niepodzielne jednostki upływu czasu.

    Problem jednak w tym, że moglibyśmy przysięgać na wszystko, co drogie nam jest i święte, że elementarne, niepodzielne jednostki upływu czasu mogą, ot tak, po prostu upływać i już! Moglibyśmy prawie dać sobie obciąć za to rękę. Prawda?

    Z jednej strony dysponujemy matematycznym pojęciem punktu, który jest pozbawiony rozmiarów; z drugiej strony dysponujemy fizycznym pojęciem kwantu, który jest elementarną, niepodzielną jednostką o najmniejszych możliwych, ale nigdy zerowych rozmiarach. Nie jest możliwe adekwatne modelowanie fizycznego zachowania kwantów przy pomocy matematycznego pojęcia punktu, ponieważ nic, co istnieje fizycznie, nie może mieć zerowych rozmiarów.

    Istnieje następujące subtelne zagadnienie filozoficzne: czy możliwe jest fizyczne istnienie jakichkolwiek "kwantów", to znaczy obiektów fizycznych o nie zerowych rozmiarach, które nie składały by się z żadnych części, a więc w tym sensie były by elementarnie niepodzielne? Wydaje się, że nie. Dlaczego? Z dwóch powodów. Pierwszy jest natury matematycznej, a drugi fizycznej. To zagadnienie filozoficzne jest ogólne i nie dotyczy wyłącznie czasu, ale wszystkiego, co istnieje w rzeczywistości; na przykład cząstek elementarnych materii i energii oraz "skwantowanej" przestrzeni.

    Pierwszy powód jest taki, że wszystko, co jest większe od zera, można by matematycznie podzielić na pół. Należy jednak pamiętać, że powód ten ma tę słabą stronę, iż powoli prowadzi nas w kierunku odrzuconej już przez nas wcześniej koncepcji nieskończonej fizycznej podzielności.

    Drugi powód jest taki, że coś, co nie miało by części składowych, nie miało by się jak zmieniać, a zmiana jest czymś fundamentalnym w rzeczywistości fizycznej i bez niej nie wydarzyło by się absolutnie nic. Na pierwszy rzut oka nie jest to takie oczywiste i należy zaproponować wystarczająco łatwe eksperymenty myślowe, zanim odniesiemy nasze ostateczne wnioski do kwantów czasu.

    Weźmy na początek analogię z kulami bilardowymi. Kule na stole bilardowym, to, w zbytnim uproszczeniu, obiekty nie składające się z żadnych widocznych części. Pozornie wydawało by się, że takie obiekty mogą "funkcjonować". Nie mają żadnych widocznych części, a mogą się "zmieniać", czyli mogą zmieniać swoje położenie, prędkość lub temperaturę. Po głębszym zastanowieniu dojdziemy łatwo do wniosku, że kule bilardowe składają się jednak z części, z atomów, oraz że to właśnie oddziaływania energetyczne powłok atomowych są mikro mechanizmem fizycznym, na podstawie którego możemy wytłumaczyć zjawisko makro zderzeń sprężystych kul bilardowych. Powodem, dla którego kule bilardowe mogą odbijać się od siebie w skali makro jest to, że oddziałują na siebie energetyczne powłoki atomowe ich części składowych w skali mikro.

    Jest to standardowa procedura. Zmiany w skali makro można tłumaczyć fundamentalnie jedynie przy pomocy oddziaływań części składowych w skali mikro. Fundamentalnie, zmiany fizyczne są możliwe jedynie pod warunkiem istnienia jakichś "części składowych" w skali mikro. Powoli dochodzimy do sedna problemu.

    Warto sobie uświadomić, że problem ten nie dotyczy wyłącznie czasu, ale wszystkiego, co istnieje w rzeczywistości; na przykład cząstek elementarnych materii i energii oraz "skwantowanej" przestrzeni, ponieważ wszystko, co istnieje w rzeczywistości, może być albo fizycznie nieskończenie podzielne, albo skwantowane. Tertium non datur. Fizycznie nieskończenie podzielna przestrzeń była by obarczona tymi samymi niedorzecznościami, co fizycznie nieskończenie podzielny czas.

    Gdyby kule bilardowe były rzeczywiście obiektami fizycznymi nie posiadającymi części składowych, to wtedy musieli byśmy przyznać, że nie potrafimy wytłumaczyć powodów, dla których odbywają się ich zderzenia sprężyste. Jeżeli nasze obserwacje zachowania kul bilardowych potwierdzałyby zachodzenie między nimi zderzeń sprężystych, to był by to jedynie niewytłumaczalny fakt podstawowy, ani mniej, ani bardziej zdumiewający, niż gdyby nasze obserwacje zachowania kul bilardowych nie potwierdzały zachodzenia między nimi zderzeń sprężystych. To trochę tak, jakby starać się odpowiedzieć na pytanie, czy między dwoma punktami matematycznymi może teoretycznie dochodzić do zderzeń sprężystych, czy nie. Nie mamy podstaw do wykluczenia żadnej alternatywy.

    Warto zauważyć, że różnica między skalą makro a mikro, wbrew temu w co możemy głęboko wierzyć, może być jedynie ilościowa, a nie jakościowa. Nie istnieje bowiem absolutna granica między skalą makro a mikro; granica ta jest względna, gdyż arbitralnie wyznaczamy ją względem nas samych. Jeżeli obiekty w skali mikro mogły by istnieć nie posiadając części składowych, to z jakiego powodu obiekty w skali makro nie mogły by istnieć też nie posiadając części składowych? Albo istnienie obiektów nie posiadających swoich części składowych jest możliwe, albo nie.

    Wróćmy teraz do naszych kwantów czasu. Powodem, dla którego minuta trwa sześćdziesiąt razy dłużej od sekundy jest to, że składa się właśnie z sześćdziesięciu sekund. Jak długo upływa minuta? Minuta upływa przez sześćdziesiąt sekund. Aby upłynęła minuta, musi dojść do sześćdziesięciu mniejszych "zmian" składowych. To jest mechanizm, przy pomocy którego możemy wytłumaczyć upływ dowolnie długiego lub dowolnie krótkiego okresu czasu. Z wyjątkiem kwantu czasu. Bo jak upływa kwant czasu?

    Kwant czasu upływa i już. Niestety, nie jest to takie oczywiste! Równie dobrze może nie upływać; nie możemy tego wykluczyć, bo co tak naprawdę wiemy o kwantach czasu? Czy kwanty czasu były badane empirycznie przez fizyków, aby określić ich zachowanie i właściwości? Ani czas, ani hipotetyczne kwanty czasu, nie są przecież empirycznie mierzalne. Gdyby kwant czasu mógł upływać nie składając się z żadnych jednostek, to na tej samej zasadzie mogły by upływać dłuższe okresy czasu też nie składając się z żadnych jednostek. Był by to kompletny absurd. Nie zaobserwowano czegoś takiego. Na podobny problem, związany z "upływem" wielkości skwantowanych, zwrócił uwagę już Jean Le Rond d'Alembert (1717–1783).

    Przy założeniu, że czas składa się z kwantów, wszystko, co można by sensownie powiedzieć w takiej sytuacji, sprowadza się moim zdaniem do jakiegoś nie całkowicie jasnego kompromisu, gdzie z jednej strony musimy stwierdzić, że fizyczny czas nie może być faktycznie nieskończenie podzielny (ciągły) i mimo tego, że czas musi jednak upływać w jakichś jednostkach, to z drugiej strony, nie może istnieć elementarna jednostka upływu czasu, fundamentalny kwant czasu.

    Ten nie całkowicie jasny kompromis nie dotyczy wyłącznie fizycznie skwantowanego czasu, ale wszystkiego, co miało by istnieć w rzeczywistości w sposób skwantowany, jak na przykład cząstek elementarnych materii i energii oraz fizycznie skwantowanej przestrzeni. Fizycznie skwantowana przestrzeń była by obarczona tymi samymi problemami, co fizycznie skwantowany czas. Podobnie, jak w przypadku czasu, hipotetyczne kwanty przestrzeni nie są ani empirycznie mierzalne, ani obserwowalne bezpośrednio lub chociaż pośrednio.

    Załóżmy jednak, że czas składa się z kwantów, gdyż wcześniej wykluczyliśmy jego nieskończoną fizyczną podzielność (ciągłość). Wtedy wyglądało by na to, że coś, co dynamicznie upływa na wszystkich wyższych poziomach pochodnych, fundamentalnie składało by się z czegoś "statycznego", co nie upływa. Czy to jest dobry pomysł? Gdyby tak miało rzeczywiście być, to musielibyśmy stwierdzić, że czas, to fundamentalnie jednak coś "statycznego", co nie upływa. Ale czy czas, który nie upływa, to jeszcze czas?

    Doktor Jerzy Gołosz w korespondencji do mnie, oceniając moją pracę, napisał: „Rozważając punktowość vs. kwantowość czasu powtarza Pan stare argumenty filozoficzne, z których żaden nie jest konkluzywny; ani jedno, ani drugie założenie nie prowadzi do nieskończoności (czy też sprzeczności).” Pozwolę sobie w tej kwestii polemizować z doktorem Gołoszem. Jeżeli powtarzam stare argumenty filozoficzne, to tylko dlatego, że są dobre. Dla mnie nie jest istotne, czy argument filozoficzny jest stary, czy nowy, ale czy jest dobry. Doktor Gołosz jest zdania, iż żaden z tych argumentów nie jest konkluzywny i ani jedno, ani drugie założenie nie prowadzi do nieskończoności czy sprzeczności. Szkoda, że doktor Gołosz nie podaje uzasadnienia dla swojego twierdzenia, bo wtedy było by mi łatwiej odnieść się do jego argumentów. W odpowiedzi na jego zarzuty, postaram się skrótowo podsumować moje powyższe rozważania. Istnieją tylko dwa zasadnicze modele upływu czasu fizycznego: model matematyczny oparty na własności ciągłości zbioru liczb rzeczywistych oraz dyskretny, kwantowy model czasu. Należy podkreślić, że oba modele są praktycznie użyteczne. Warto jednak postawić sobie pytanie: skoro czas jest jeden, to dlaczego mamy dwa modele? Czas, w swojej rzeczywistości fizycznej, nie może być jednocześnie ciągły i skwantowany, gdyż to się nawzajem wyklucza. Zasadniczy problem, to: jaki naprawdę jest czas w swojej rzeczywistości fizycznej? Nasze bezpośrednie doświadczenie na codzień każe nam wierzyć, że czas upływa w sposób ciągły. Stąd pochodzi model matematyczny czasu oparty na własności ciągłości zbioru liczb rzeczywistych.

    Zasadniczym problemem modelu upływu czasu ciągłego jest to, że tzw. chwila obecna, teraźniejszość, jest punktowa, a więc ma zerową długość. W oczywisty sposób, w rzeczywistości czas nie może fizycznie upływać w momentach o zerowej długości. Dlatego pojawił się również kwantowy model czasu, w którym czas upływa właśnie w jednostkach o nie zerowej długości, czyli fundamentalnych kwantach. Model czasu ciągłego, wbrew temu w co wierzy doktor Gołosz, jak najbardziej prowadzi do problemu rzeczywistej, fizycznej nieskończoności, bo jak zauważył cytowany już wcześniej profesor John Barrow: „[...]każdy przedział liczb rzeczywistych, na przykład przedział od zero do jeden, zawiera tyle samo punktów, ile cały zbiór liczb rzeczywistych od minus nieskończoności do plus nieskończoności.” Wynika z tego jasno, że jeżeli do opisu rzeczywistego czasu fizycznego chcielibyśmy zastosować matematyczny model nieskończonej podzielności (ciągłości zbioru liczb rzeczywistych), to każda, najmniejsza nawet jednostka upływu rzeczywistego czasu musiała by wtedy zawierać w sobie tyle samo punktowych "momentów", co cała wieczność, czyli nieskończoną ich liczbę. Nieskończona liczba punktowych "momentów" nie jest problemem w matematyce, ale jest po prostu niemożliwa w rzeczywistości fizycznej dla upływającego czasu. Taki model czasu jest oczywiście matematycznie poprawny, tyle tylko, że opisuje czas, który jest w rzeczywistości fizycznie niemożliwy.

    Zasadniczym problemem modelu upływu czasu kwantowego jest to, że nie istnieje żaden sensowny fizyczny mechanizm upływu dla pojedynczych, fundamentalnych kwantów, co było szczegółowo wyjaśnione wcześniej. Fizyczny czas kwantowy zawierałby w sobie pewnego rodzaju sprzeczność, gdyż z jednej strony taki czas generalnie upływałby w kwantach, a z drugiej strony pojedyncze kwanty nie miały by już jak upływać. Taki model czasu jest oczywiście matematycznie poprawny, tyle tylko, że opisuje czas, który jest w rzeczywistości fizycznie niemożliwy.

    Należy pamiętać, że model czasu, to nie rzeczywisty, fizyczny czas. Nie możemy mylić modelu czasu z samym czasem. Model, to model, a czas, to czas. Oba modele czasu dobrze funkcjonują w matematycznej teorii, natomiast w praktyce, w rzeczywistości, fizyczny czas, całkowicie konkluzywnie, ani nie jest w stanie upływać w sposób ciągły, ani w sposób skwantowany, gdyż jest to po prostu fizycznie miemożliwe. Wniosek jest prosty. Całkowicie konkluzywnie, żaden z możliwych teoretycznych modeli czasu nie potrafi adekwatnie opisać hipotetycznego rzeczywistego, fizycznego czasu. Oba modele są tylko pewnym, bardzo niedoskonałym, wręcz fatalnym przybliżeniem i nie potrafią ostatecznie wyjaśnić, czym naprawdę jest ten rzeczywisty, fizyczny czas, którego istnienie i upływ rzekomo postrzegamy na codzień bezpośrednio gołym okiem.

    A może problem nie leży po stronie modeli, a raczej po stronie hipotetycznego rzeczywistego, fizycznego czasu, który nie jest nawet empirycznie wykrywalny. Skoro nie istnieje adekwatny model upływu fizycznego czasu, to być może powodem tego jest fakt, że hipotetyczny rzeczywisty, fizyczny czas po prostu nie istnieje? Być może czas nie jest jednak wielkością fizyczną, gdyż nie jest empirycznie wykrywalny, a jest jedynie abstrakcyjną koncepcją? Jeżeli przyjmiemy, że czas, to jedynie abstrakcyjna koncepcja matematyczna, tak, jak na przykład czas relacyjny w sensie koncepcji Ernsta Macha, to wtedy oba wyżej wspomniane modele, mimo tego, że nawzajem się wykluczają, mogą być stosowane zamiennie, lub w kombinacji, w sytuacjach, które najlepiej potrafią sobą reprezentować. W tym wypadku model matematyczny nie opisuje już fizycznego czasu, gdyż czas nie jest fizyczny, ale to model jest czasem, gdyż czas jest koncepcją.


    Która godzina ??


    Ale, czy gdy myślimy o upływie czasu, nie nasuwa się nam nieodparcie analogia z klatkami filmu? A może czas, to nieruchome, małe kwanty czasu, jednostki elementarne czasu, które, tak jak klatki w wyświetlanym filmie, same się nie zmieniają, są statyczne, ale następują szybko po sobie, tworząc w ten sposób wrażenie ruchu? Bingo!

    Jak szybko następują po sobie? Bardzo szybko! Powiedzmy, około 1000 "klatek" (kwantów czasu) na sekundę. Hmmm... Zaraz. Wróć. Przecież czas, to właśnie te kwanty czasu. One nie mogą następować po sobie "na sekundę", bo to one są czasem. To tak, jakby powiedzieć, że następują po sobie z prędkością 1000 milisekund na sekundę, a to przecież nie jest prędkość.

    Żeby kwanty czasu, nieruchome "klatki", mogły po sobie następować, zmieniać się, wymagało by to chyba następstwa czasowego, następstwa w innym czasie, niż one same? Ale czy po to, aby mogła nastąpić zmiana, potrzebny jest czas? A może czas, to właśnie zmiana? Proste! Wszystko się po prostu zmienia i już! Jednostajnie, ale raz szybciej, raz wolniej. Czasami trochę przyspiesza, czasami trochę przyhamuje. Czasami przestaje się zmieniać i się zatrzymuje, aby odpocząć. Jak to w życiu. Wszystko jasne. I o co było tyle hałasu?

    Dziwne, że Izaak Newton pierwszy na to nie wpadł. Skoro to takie proste i oczywiste? Nie jestem też taki pewny, czy Albert Einstein zgodził by się z nami. Jeżeli czas to ruch, lub ogólniej zmiana, to zmiany przecież odbywają się w naszej trójwymiarowej przestrzeni. Gdzie podziała się więc czasoprzestrzeń Einsteina? Aby zmiany odbywały się w trójwymiarowej przestrzeni, czas nie jest już przecież potrzebny, ani czasoprzestrzeń. Wystarczy trójwymiarowa przestrzeń. Biedny Albert! Biedny Izaak!

    Nasza hipoteza, że czas to ruch, lub ogólniej zmiana, ma tę słabą stronę, iż istnieje wiele różnych form ruchu i zmian, a wszystkie te formy można generalnie zaklasyfikować, jako jednostajne, jednostajnie przyspieszone oraz niejednostajnie przyspieszone. A czy wtedy, gdy przez jakiś czas nie byłoby widocznego, oczywistego ruchu lub zmiany, było by równoznaczne z tym, że czas nie płynie? Czy czas, który się zatrzymał i już nie płynie, to jeszcze czas? Gdy obserwujemy dwa procesy zmian równocześnie, to który z nich jest czasem? Czy oba na raz mogły by być czasem? Czemu nie. Jeżeli częstotliwość oscylacji atomu jednego pierwiastka jest czasem, to na tej samej zasadzie czasem są też wszystkie inne częstotliwości oscylacji atomów wszystkich innych pierwiastków. Mamy nadmiar "czasów" do wyboru, gdyż nie istnieje coś takiego, jak jeden naturalnie wyróżniony oscylator-"zegar", za pomocą którego manifestuje się na naszych oczach obiektywne istnienie i upływ fizycznego czasu.

    Propozycja, aby za "czas" uznać coś innego, co już istnieje, np. zmianę, ruch lub energię, niesie ze sobą ten zasadniczy problem, że takie zjawiska fizyczne, jak ruch lub energia, były używane w kontekście wcześniejszego pojęcia "czasu", które teraz chcemy nimi zastąpić. Wprowadziło by to pewne zamieszanie i niejasności, gdyż czasami ruch to był by ruch, a czasami ruch to był by czas. W fizyce, ruch (prędkość) jest bowiem funkcją czasu.

    Profesor Kenneth Denbigh w swojej książce „Świat i czas” doradza nam, że: „Można uniknąć wielu paradoksów w dyskusji o czasie, jeżeli mocno będziemy się trzymać myśli, że tylko zmiana jest rzeczywistością fizyczną, podczas gdy "czas" nie jest niczym więcej niż pewnym bytem pojęciowym.”


    6. Jeżeli czas zależy od przedmiotu,
    to jak mógłby istnieć bez przedmiotu?
    Nie ma przedmiotu istniejącego samoistnie.
    Zatem, jak czas mógłby istnieć samoistnie?


    Powyższe rozważania doprowadziły nas do strofy szóstej Rozdziału XIX. Oczywistym jest, że zmiana, to zmiana, a czas, to czas. Jednak wiele osób pozostaje pod silnym, nieuzasadnionym intuicyjnym wrażeniem, że czas to zmiana, a zmiana to czas. Kto ma rację?

    Załóżmy więc, że: czas to zmiana, a zmiana to czas. Zastanówmy się teraz, co jesteśmy w stanie obserwować oraz empirycznie badać? Czas czy zmiany? Jesteśmy w stanie obserwować i empirycznie badać tylko zmiany. Nie jesteśmy w stanie obserwować czasu w sposób bezpośredni, gdyż czas to właśnie zmiana, a zmiana to czas. Zatem wszystko, co jesteśmy w stanie empirycznie potwierdzić, to istnienie zmian! A z tego wynika, że zmiana, to zmiana, a istnienia czasu niezależnego od istnienia zmian nie jesteśmy w stanie empirycznie potwierdzić. Dokładnie tak, jak zauważył Nagardziuna w strofie szóstej — jeżeli czas zależy od zmian, to jak mógłby istnieć bez zmian? Fizycznie istnieją tylko zmiany, natomiast "czas" nie jest niczym więcej niż tylko pewnym bytem pojęciowym.


  9. JAK TEN CZAS LECI
  10. No, to jak? Leci, czy nie leci? Płynie? Upływa? Mija? Izaak Newton napisał, że: „Absolutny, prawdziwy i matematyczny czas sam z siebie i z własnego przyrodzenia płynie równomiernie bez powiązań z czymkolwiek z zewnątrz.”

    A czy czas może się zatrzymać? Czy czas może stać w miejscu? W strofie piątej Rozdziału XIX, Nagardziuna rozważa zasadniczą alternatywę – albo czas płynie (jest dynamiczny), albo nie płynie (jest statyczny). Tertium non datur.


    Czas upływa ...


    Czy czas stojący w miejscu, czas statyczny, to jeszcze czas? Czy czas, który się zatrzymał i już nie płynie, to jeszcze czas? Czy, na przykład, brak ruchu, to jeszcze ruch? Czy rzeka, która przestała płynąć, to jeszcze rzeka, czy już rozlewisko lub jezioro? Czy każde jezioro, to rzeka, która przestała płynąć?

    Trudno wyobrazić sobie normalną sytuację, w której moglibyśmy sensownie mówić o czasie nie upływającym. Najlepszą ilustracją takiej sytuacji byłby zegarek, który przestał chodzić i stanął. Taki zegarek po prostu nie spełnia swojej zasadniczej funkcji. Czas statyczny, czas, który nie upływa, w oczywisty sposób nie spełnia swojej funkcji. Trudno się z tym nie zgodzić. Prawda? Co nam zatem pozostaje z powyższej alternatywy? Czas dynamiczny. Czas, który płynie. Oczywiście!

    Jednak dla Nagardziuny nie było to tak oczywiste. Rozważmy prosty przykład. Zacznijmy od tego, że to czas jest właśnie tym wymiarem, tą "przestrzenią", która pozwala materii i energii oraz wszystkim innym zjawiskom na to, aby mogły zachodzić i się zmieniać. Panta rhei – wszystko płynie. Wszystko płynie w czasie. Na przykład rzeka płynie w czasie. Jeżeli wykonamy zdjęcie rzeki w jednym konkretnym momencie czasu, to będzie to obraz statyczny; rzeka nie będzie płynąć na fotografii, gdyż fotografia uchwyciła tylko ten jeden moment. A czas składa się z szeregu następujących po sobie momentów. Według tej zasady funkcjonuje właśnie zegarek. Odmierza on upływ czasu w sekundach. Bo czyż tak się akurat nie składa, że czas upływa właśnie w sekundach i jej pochodnych, a nie w jednostkach upływu czasu o zasadniczo innej, nie pochodnej długości?

    Ale jeżeli czas jest właśnie tym wymiarem, który pozwala wszystkim innym zjawiskom na to, aby mogły zachodzić i się zmieniać, a jednocześnie nie jest statyczny (upływa), to pojawia się problem. Co pozwala wymiarowi czasu na to, aby się zmieniał? Aby upływał, jak rzeka? Postulowanie kolejnego, wyższego wymiaru jakiegoś hipotetycznego superczasu w oczywisty sposób nie rozwiązuje problemu, a przesuwa go tylko ad infinitum.

    Czy czas nie powinien być podobny w swojej funkcji do statycznej przestrzeni? Czas powinien być raczej tą statyczną "przestrzenią", w której wszystko może się zmieniać, tak, jak w naszej przestrzeni wszystko może się zmieniać, podczas, gdy sama przestrzeń pozostaje niezmienna, nieruchoma (statyczna). Być może to zaskakujące podobieństwo funkcji czasu do funkcji przestrzeni nasunęło Albertowi Einsteinowi pomysł, aby zunifikować je gładko w jedną czasoprzestrzeń?

    Z kosmologicznej perspektywy ogólnej teorii względności, Wszechświat może być przedstawiony, jako "blok" (tzw. block-Universe), obejmujący istniejące aktualnie: przeszłość, teraźniejszość i przyszłość. W takim modelu Wszechświata czas nie płynie. Czas jest wtedy rozumiany, jako czwarty wymiar, ale już wymiar przestrzenny! Lee Smolin nie potrafi się z tym tak łatwo pogodzić i poddaje pod dyskusję kwestię: czy czas może być zasadniczo tym samym, co przestrzeń? Perimeter Institute Public Lecture Series, Lee Smolin, TIME REBORN:

    Być może matematyczny model "statycznego" Wszechświata-bloku, w którym czas nie płynie, ma swoje zalety z punktu widzenia fizyki teoretycznej. Jednak w rezultacie, taki "bezczasowy" Wszechświat miał by jedynie cztery wymiary przestrzenne. Zyskujemy zatem jeden dodatkowy, ale mało potrzebny, statyczny wymiar przestrzenny, nie tylko za cenę utraty naturalnego, intuicyjnego, dynamicznego wymiaru czasu, ale dodatkową istotną konsekwencją tego wyboru jest to, że taki Wszechświat-blok byłby całkowicie zdeterminowany, a my, pozbawieni przez to wolnej woli, gdyż w takim Wszechświecie "przyszłość" istniała by już w sposób aktualny, konkretny i jednoznaczny. Być może niektórym osobom nie przeszkadzało by to, że nie posiadały by możliwości wolnego, świadomego wyboru (że nie miały by żadnej możliwości realnego wpływu na swoje życie, ani na cokolwiek innego w ogóle), ale nie jest to kwestia indywidualnych preferencji, ani demokratycznego głosowania. W opinii profesora Michio Kaku, z zasady nieoznaczoności w fizyce kwantowej wynika, że Albert Einstein po prostu się mylił, wyobrażając sobie, że nasz Wszechświat mógłby być całkowicie zdeterminowany. Jeżeli Einstein mylił się co do całkowitego determinizmu w naszym Wszechświwcie, to jego model "bezczasowego" Wszechświata-bloku o czterech wymiarach przestrzennych, nie opisuje rzeczywistości taką, jaka ona jest naprawdę. A to z kolei stawia pod znakiem zapytania trafność i prawdziwość koncepcji obiektywnej, substancjalnej, fizycznej czasoprzestrzeni. Michio Kaku nie jest bynajmniej odosobniony w swojej opinii. Słynny fizyk, dr Neil Turok w swojej książce The Universe Within: From Quantum to Cosmos podziela opinię Michio Kaku: „ [...] we conceptualize the world as if everything in it has definite properties at each pint in space and at every moment of time. In 1964, the Irish physicist John Bell discovered a way to show conclusively that any such classical picture, with some caveats, be experimentally disproved. Quantum theory has forced physicists to abandon the idea of a deterministic Universe and to accept that the best they could do, even in principle, was to predict probabilities. ”


    Michio KAKU


    Czas, który nie upływa, przestaje pełnić funkcję czasu i staje się przestrzenią. Rozwiązalibyśmy w ten sposób "problem" czasu poprzez całkowite wyeliminowanie go. Nie ma czasu — nie ma problemu. Wyrzućmy nasze zegarki na śmietnik. Zastąpmy je linijkami do mierzenia przestrzeni.

    Jak zauważył doktor William Cantrell [ 1 ], jest to powszechnie znanym zjawiskiem w fizyce, że wszystkie bez wyjątku fizyczne "mechanizmy" oscylacyjne (zegary), w tym nawet zegarki elektroniczne, zegary atomowe wykorzystujące atomy cezu 133 oraz zegary wykorzystujące rozpad substancji radioaktywnych, spowalniają swoje działanie, gdy poruszają się z dużymi prędkościami. Jest to spowodowane zmianami oddziałującej na nie siły grawitacji wynikającymi z ich ruchu. Dodatkowo, może dochodzić do błędów w funkcjonowaniu wszystkich takich mechanizmów w wyniku przyspieszeń, hamowań oraz innych silnych zmian pola grawitacyjnego, w którym się poruszają.

    Doktor Cantrell stawia zatem pytanie: co naprawdę ulega zmianom – czy to sam upływ fizycznego czasu ulega spowolnieniu, czy może tylko funkcjonowanie mechanizmów oscylacyjnych zostaje spowolnione przez oddziałującą na nie siłę grawitacji? Jest to powszechnie znanym faktem, że osoby znajdujące się pod wpływem dużych przyspieszeń rzędu kilku "g", jak piloci samolotów odrzutowych, mogą mieć poważne kłopoty ze sprawnym poruszaniem swoim ciałem, gdyż efektywnie "waży" ono wtedy kilka razy więcej, niż normalnie. W takich warunkach, delikatne urządzenia mechaniczne mogą w ogóle przestać funkcjonować, lub nawet ulec zniszczeniu.

    Warto w tym miejscu zauważyć, że żaden zegarek nie jest empirycznym, fizycznym miernikiem upływu czasu na podobieństwo innych fizycznych mierników, takich, jak na przykład miernik przepływu wody lub miernik przepływu prądu elektrycznego. Żaden zegarek nie jest dowodem upływu czasu, ani żaden nie nakręcony zegarek, który stanął, nie jest dowodem braku upływu czasu, tak, jak żaden spóźniający się zegarek nie jest dowodem zjawiska relatywistycznej dylatacji czasu postulowanej przez szczególną teorię względności Alberta Einsteina.

    Jeżeli żaden zegarek nie jest fizycznym miernikiem upływu czasu, to skąd wiemy, że czas musi upływać właśnie w sekundach i jej pochodnych, a nie w jednostkach o zasadniczo innej, nie pochodnej długości? Czy czas upływa z prędkością jednej sekundy na sekundę?! Zatem w jakich jednostkach naprawdę upływa czas?

    Być może okaże się to dla nas zaskoczeniem, ale prawda jest taka, że nie istnieje jeszcze fizyczny miernik upływu czasu. Jeżeli tak, to na jakiej podstawie moglibyśmy próbować twierdzić, że czas w ogóle upływa? Ale na jakiej to podstawie moglibyśmy próbować twierdzić, że czas w ogóle istnieje, jako obiektywna, empirycznie mierzalna wielkość fizyczna? Gdyby czas rzeczywiście istniał, jako obiektywna, empirycznie mierzalna wielkość fizyczna, za jaką uważa go fizyka, to wtedy powinno być możliwe wykrycie jego istnienia przy pomocy fizycznych metod empirycznych, tak, jak ma to miejsce w przypadku innych wielkości fizycznych. Oczywiście spodziewamy się, że czas powinien być niewidzialny i nie materialny, tak, jak np. fale radiowe lub pole magnetyczne. Zanim przejdziemy do prób szczegółowych pomiarów ilościowych konkretnych własności pola magnetycznego, takich, jak np.: wartość natężenia lub jego zmiany, to najpierw musimy sobie odpowiedzieć na pytanie, czy coś takiego, jak pole magnetyczne, w ogóle istnieje. Czy możemy eksperymentalnie stwierdzić istnienie pola magnetycznego? Do tego potrzebny nam będzie na początek jakiś detektor. Takim prostym detektorem może być kompas. Z jego pomocą możemy prowadzić proste eksperymenty, które pozwolą nam wykryć obecność pól magnetycznych, ich kierunek oraz zmiany sił tych pól. Ponieważ istnieje prosty detektor wykrywający istnienie pola magnetycznego, to na tej podstawie możemy konstruować bardziej skomplikowane techniczne urządzenia do precyzyjnego pomiaru ilościowego konkretnych własności pola magnetycznego. Teraz zadajmy sobie podstawowe pytanie. Czy istnieje jakikolwiek empiryczny detektor wykrywający istnienie czasu? Czy możemy eksperymentalnie stwierdzić istnienie czasu? Czy zegar jest rzeczywiście detektorem wykrywającym istnienie czasu oraz precyzyjnym miernikiem prędkości jego upływu? Co miało by nas przekonać, że zegar ma w ogóle cokolwiek wspólnego z czasem? A może zegar jest jedynie taką małą, nakręcaną karuzelą, coraz częściej napędzaną już przez energię elektryczną z bateryjki? Wskazania kompasu zależą od istnienia zewnętrznych pól magnetycznych, natomiast wskazania zegara zależą tylko od energii zmagazynowanej w jego własnym wewnętrznym mechanizmie napędowym. Kompas nie posiada wewnętrznego mechanizmu napędowego odpowiedzialnego za przesuwanie jego wskazówki. Podobna różnica istnieje między radioodbiornikiem a magnetofonem. Muzyka tak samo "płynie" z głośnika radia, jak z głośnika magnetofonu, ale to tylko radio "wykrywa" istnienie fal radiowych, natomiast magnetofon nie wykrywa istnienia niczego pochodzącego z zewnątrz, a polega jedynie na tym, co ma zmagazynowane wewnątrz. Staje się oczywiste, że czas nie jest empirycznie mierzalną obiektywną wielkością fizyczną. Nie potrafimy w żaden sposób wykryć jego fizycznego istnienia. Nasza głęboka i silna wiara w istnienie fizycznego, obiektywnego czasu, jest całkowicie bezpodstawna.


    żaden zegarek nie jest empirycznym, fizycznym miernikiem upływu czasu.


    Zasadnicza alternatywa jest taka, że albo czas płynie (jest dynamiczny), albo nie płynie (jest statyczny). Po dokładniejszych rozważaniach jesteśmy zmuszeni stwierdzić ze zdumieniem, że ani czas statyczny, ani czas dynamiczny nie jest adekwatnym modelem. Okazuje się, że natura czasu nie jest ani statyczna, ani dynamiczna. Jaka więc jest?


    5. Nie statyczny czas jest niepojęty.
    Nic, co można by pojąć
    jako statyczny czas, nie istnieje.
    Jeżeli czasu nie można pojąć,
    to w jaki sposób może być on znany?


    W strofie piątej Rozdziału XIX, Nagardziuna pyta nas: jeżeli fizyczny czas w zewnętrznej rzeczywistości nie może być ani statyczny, ani dynamiczny, ani nie potrafimy zaproponować innego modelu jego fizycznego funkcjonowania, to w jaki jeszcze inny sposób moglibyśmy próbować go poznawać? Nagardziuna powstrzymuje się od wyciągania za nas wniosków i zostawia nas z tym pytaniem dając nam tym okazję do kontemplacji tej jakże fundamentalnej dla naszych rozważań kwestii.

    Problem jednak w tym, że moglibyśmy przysięgać na wszystko, co drogie nam jest i święte, że czas płynie! Moglibyśmy prawie dać sobie obciąć za to rękę. Nasze subiektywne odczucie kłóci się z wnioskami płynącymi z logicznego rozumowania. Z czego to może wynikać? Po której stronie leży prawda?


  11. CZAS, CZYLI POZYCJA MAŁEJ WSKAZÓWKI MOJEGO ZEGARKA
  12. Ernst Mach, na którego cześć nazwano jednostkę prędkości w lotnictwie, napisał o absolutnym czasie Izaaka Newtona, że jest to: „bezużyteczna koncepcja metafizyczna, której nie da się wywieść z doświadczenia. Postąpił on [Newton] wbrew swemu wyrażonemu jasno zamiarowi, by zajmować się jedynie namacalnymi faktami.” Nawet sam Newton zdawał sobie z tego sprawę, że jego globalnego absolutnego czasu nie da się zmierzyć.

    Przytoczę krótki cytat ze słynnej pracy Einsteina, w której opisuje on swoją szczególną teorię względności. Einstein tak napisał w niej o swoim rozumieniu czasu: „Jeżeli życzymy sobie opisać ruch punktu materialnego, to podajemy wartości jego współrzędnych, jako funkcje czasu. Tutaj musimy skrupulatnie wziąć pod uwagę fakt, że tego rodzaju matematyczny opis nie posiada znaczenia fizycznego, chyba że jest to dla nas całkiem jasne, co rozumiemy pod pojęciem czasu. [...] Przezwyciężenie wszystkich trudności towarzyszących definicji czasu może okazać się możliwe wtedy, gdy pod słowo czas podstawimy: pozycja małej wskazówki mojego zegarka.” ( z angielskiego przełożył Zbigniew Modrzejewski ) [ 2 ]


    pozycja małej wskazówki mojego zegarka


    Czy dla Einsteina czas, to tylko pozycja małej wskazówki jego zegarka i nic więcej? Co Einstein rozumie pod pojęciem czasu w szczególnej teorii względności? Co Einstein rozumie pod pojęciem czasu w ogólnej teorii względności?

    Poglądy Einsteina na naturę czasu ewoluowały. Początkowo Einstein pozostawał pod silnym wpływem Ernsta Macha i wtedy czas miał dla niego naturę relacyjną, czyli nie fizyczną (nie mylić z relatywistyczną), która mogła być właśnie praktycznie wyrażona, jako pozycja małej wskazówki wybranego zegarka. W tym kontekście, mówienie o dylatacji "czasu" w ramach szczególnej teorii względności, czyli o jego spowolnieniu, jest tylko metaforą, a nie precyzyjnym językiem faktów fizyki, gdyż faktycznie odnosi się jedynie do obserwacji pozornego spowolnienia wskazań zegarów, bo "czas" to przecież nic więcej, jak tylko pozycja małej wskazówki wybranego zegarka, pozycja, którą należy najpierw zaobserwować. Zatem w szczególnej teorii względności, to nie "czas" zwalnia, a jedynie obserwujemy pozorne spowolnienie wskazań poruszającego się zegara. Co jest tego powodem?

    Należy sobie dobrze uśwadomić taką sytuację. Obserwacja, to przekazywanie informacji przy pomocy fal elektromagnetycznych (z prędkością światła). Jeżeli w grę wchodzą odległości w skali kosmicznej (gdy światło potrzebuje dużo czasu na przebycie drogi do obserwatora), a obserwator lub obserwowany przez niego zegar, poruszają się do tego z prędkościami zbliżonymi do prędkości światła, to wtedy oczywiście pojawiają się praktyczne problemy związane z interpretacją wyników obserwacji wskazań zegarów. Chodzi o to, że mamy do czynienia nie z jednym, wspólnym układem odniesienia, takim, jak powierzchnia naszej planety, a z dwoma układami odniesienia, znacznie oddalonymi od siebie w skali kosmicznej i poruszającymi się względem siebie z prędkościami zbliżonymi do prędkości światła, gdzie w dalszym ciągu wszystko, co jest nam dostępne do koordynowania wspólnych działań, to tylko nasze zegary. Jest to trudna sytuacja z praktycznego punktu widzenia i Einstein zaproponował sposób, w jaki możemy sobie z tym poradzić (jest to sytuacja podobna do takiej, w której, stojąc na ziemi, chcielibyśmy komunikować się przy pomocy głosu (fal dźwiękowych) z kimś w samolocie lecącym z prędkością dźwięku!). Nie chodzi tu o "czas", lub jego rzeczywiste, fizyczne spowolnienie, a jedynie o inteligentne, precyzyjne koordynowanie wspólnych działań na podstawie wskazań poruszających się z dużą prędkością zegarów obserwowanych przy pomocy fal elektromagnetycznych (z prędkością światła) ze znacznych odległości w skali kosmicznej. Jeżeli w tej sytuacji ktoś mówi o spowolnieniu "czasu", to jest to jedynie metafora odnosząca się do zaobserwowania pozornego spowolnienia wskazań poruszającego się zegara, gdyż w tej sytuacji "czas", to czas relacyjny, czyli czas nie fizyczny — zaobserwowana pozycja małej wskazówki wybranego zegarka. Mówimy tu narazie jedynie o sytuacji z punktu widzenia obserwatora. Natomiast z punktu widzenia obserwowanego, czyli zegara, dodatkowo możemy mieć również doczynienia z powszechnie znanym w fizyce zjawiskiem spowolnienia funkcjonowania mechanizmów pod wpływem oddziałującej na nie siły grawitacji wynikającej z przyspieszenia.

    Jeżeli Einstein pozostał by przy relacyjnej definicji czasu Ernsta Macha również w ogólnej teorii względności, to wtedy czasoprzestrzeń byłaby również jedynie relacyjna, czyli nie fizyczna — czasoprzestrzeń byłaby wtedy jedynie abstrakcyjną koncepcją matematyczną. Jednak w międzyczasie, przechodząc od szczególnej do ogólnej teorii względności, Einstein pod wpływem Minkowskiego, po cichu zmienił swoje poglądy na naturę czasu i doszedł do wniosku, że czas nie jest już abstrakcyjną matematyczną koncepcją, nie jest relacyjny, a jest rzeczywisty, fizyczny i tak oto czasoprzestrzeń uzyskała nowy, cenny, ontologiczny status obiektywnej rzeczywistości fizycznej. Nie chodziło już o to, że obserwujemy pozorne spowolnienie ruchu zegara — teraz mamy już do czynienia z fizycznymi zmianami rzeczywistego czasu — zmianami rzeczywistej składowej czasu, jednego z fizycznych wymiarów rzeczywistej czasoprzestrzeni. A to jest już nowy, wspaniały świat! Czas relatywistyczny Einsteina, w przeciwieństwie do czasu relacyjnego Ernsta Macha, to czas, który istnieje fizycznie w zewnętrznej rzeczywistości, ale może lokalnie podlegać fizycznemu, realnemu spowolnieniu (dylatacja relatywistyczna).

    To z kolei pociągnęło za sobą powrót do szczególnej teorii względności i reinterpretację dylatacji czasu, nie jako pozorów wynikających z trudnych, nietypowych warunków obserwacji, ale jako rzeczywistego zjawiska fizycznego spowolnienia upływu czasu, na bazie którego pojawił się słynny paradoks bliźniaków. Pozostał jednak mały, niezauważony, ale jakże niewygodny problem. Czym mianowicie miał by być ten nowy, fizyczny "czas" w szczególnej teorii względności, aby mógł rzeczywiście fizycznie zwalniać swój upływ? Napewno nie mógł to już być ten sam stary, nie fizyczny, relacyjny czas Ernsta Macha, czyli pozycja małej wskazówki wybranego zegarka. Nikt tego nie wyjaśnił. Jeżeli w szczególnej teorii względności czas jest rozumiany, jako nie fizyczny i relacyjny, to wtedy nie wystąpi fizyczna różnica w tempie starzenia się bliźniaków ze słynnego paradoksu. Ale gdyby ktoś jednak powrócił z takiej podróży kosmicznej i niewątpliwie w oczywisty sposób okazał się znacznie młodszy od swoich dawnych kolegów na Ziemi? Czy nie mogło by to być związane raczej z wpływem środowiska na procesy biologiczne w czasie podróży kosmicznej, niż ze spowolnieniem upływu czasu?

    Einstein rozumie to chyba tak, że czas istnieje fizycznie, ale jest na tyle "nieuchwytny" dla nas, że nie potrafimy skutecznie odnieść się do niego bezpośrednio, zatem musimy zrobić to pośrednio, za pośrednictwem zegara, który pozwala nam wygodnie czas "wizualizować", abyśmy mogli go precyzyjnie obserwować i mierzyć. Pojawia się tu pewne ciche założenie, moim zdaniem całkowicie błędne, że istnieje ścisły związek między rzeczywistym, ale bezpośrednio nieuchwytnym dla nas, upływem czasu, a wizualizacją tego upływu na tarczy zegara. Innymi słowy, zegar, to fizyczny miernik upływu czasu, podobnie, jak mierzenie przepływu wody w rurze odbywa się przy pomocy obserwacji położenia wskazówki miernika jej przepływu.


    zegar tyka, a raczej taktuje w pewnym tempie, podobnie, jak metronom.


    Problem polega na tym, że zegar nie jest fizycznym miernikiem upływu czasu. Czy to tak trudno zauważyć, że zegar niczego fizycznie nie mierzy? Można powiedzieć, że zegar "tyka", a raczej taktuje w pewnym tempie, podobnie, jak metronom. Zegary należą do kategorii oscylatorów. Oscylatory mają za zadanie po prostu oscylować, a nie dokonywać fizycznych pomiarów. Naturalny oscylator, taki, jak na przykład atom cezu 133, niczego nie mierzy. Atom cezu "oscyluje" z właściwą sobie częstotliwością emisji energii. To wszystko. Inne atomy "oscylują" w innych częstotliwościach. Czy może kręcąca się karuzela też jest fizycznym miernikiem upływu czasu? Czy to przepływ czasu powoduje, że karuzela się kręci? Co powoduje, że zegar "tyka"? Czy zegar przestaje "chodzić" wtedy, gdy czas przestaje płynąć?

    Miernik fizyczny musi być specyficznie dostosowany do natury zjawiska i związanej z nim wielkości fizycznej, które ma zamiar mierzyć. Trudno sobie bowiem wyobrazić, że przy pomocy dowolnego miernika uda nam się mierzyć dowolną wielkość fizyczną dowolnego zjawiska fizycznego. Skoro tak, to nie potrafię sobie tego wyobrazić, w jaki sposób zegar ma być specyficznie dostosowany do pomiaru czasu lub czegokolwiek innego.


    Karuzela napędzana przepływem czasu?


    To, jak naprawdę płynie woda w rurze, może nie zawsze być widoczne dla nas gołym okiem, a nawet gdyby było, to podobnie, jak w przypadku prędkości pojazdów mechanicznych, nie zawsze byli byśmy w stanie precyzyjnie określić ją ilościowo. Jeżeli chcemy precyzyjnie uchwycić to w sensie ilościowym, to z praktycznego punktu widzenia możemy przyjąć, że przepływ wody, to pozycja wskazówki mojego miernika przepływu wody. Bardzo ważne jest to, że pozycja wskazówki mojego miernika przepływu wody ostatecznie będzie odnosić się do czegoś innego, niż do samej siebie. "Przepływ wody", to przecież ostatecznie nie jest "wskazówka" lub jej "pozycja". Istnienie samej wskazówki, w jakiejkolwiek pozycji, nie implikuje jeszcze jednoczesnego istnienia wody w rurze. W przeciwnym razie byli byśmy zmuszeni twierdzić, że dla Einsteina, czas, to nic innego, jak tylko pozycja małej wskazówki jego zegarka! Czy to właśnie taka "pozycja wskazówki", według Einsteina, ulega dylatacji? Czy czasoprzestrzeń Einsteina, to po prostu przestrzeń zunifikowana z pozycją małej wskazówki jego zegarka? Mam nadzieję, że nie. A zatem pozostaje pytanie, czym dla Einsteina jest czas?

    Einstein dużo mówił o względności czasu, o jego dylatacji oraz o czasoprzestrzeni, ale już dużo mniej o tym, jak wyobrażał sobie prawdziwą naturę czasu, która by na to wszystko pozwalała. Czy Einstein zarówno w szczególnej jak i w ogólnej teorii względności rozumie naturę czasu dokładnie w taki sam sposób? Jeżeli nie, to na czym polegają te różnice i z czego miały by one wynikać? Czy dla Einsteina jest to jasne, czym ostatecznie jest czas? Historyk, dziennikarz i autor biografii, Walter Isaacson, w swojej książce „Einstein. Jego życie, jego wszechświat” przytacza następującą historię: „Podczas spacerów z Einsteinem, Kurt Godel zastanawiał się nad pewnymi implikacjami teorii względności, a potem dokonał analizy podającej w wątpliwość, czy można w ogóle mówić o istnieniu czasu. Być może zakładanie jego względności to jeszcze za mało. Stwierdził, że równania Einsteina mogą opisywać raczej (czy też bardziej) wirujący niż rozszerzający się wszechświat. W takim wypadku związek między czasem a przestrzenią byłby pod względem matematycznym pomieszany. Istnienie obiektywnego upływu czasu napisał Godel [ 3 ] – oznacza, że rzeczywistość składa się z niezliczonej liczby warstw "teraźniejszości", istniejących sukcesywnie. Jeśli jednak równoczesność jest czymś względnym, każdy obserwator może mieć własny zestaw "teraźniejszości" i żadna z warstw nie może sobie rościć prawa do reprezentowania obiektywnego upływu czasu.”

    Tak! Każdy obserwator może mieć, i ma, własny subiektywny zestaw "teraźniejszości" wynikający z jego wewnętrznego doświadczenia. Żadna subiektywna "teraźniejszość" nie może rościć sobie prawa do reprezentowania obiektywnego czasu, gdyż obiektywny czas fizyczny nie istnieje i właśnie dlatego każdy obserwator może mieć, i ma, własny zestaw teraźniejszości. Kurt Godel podzielał stanowisko filozofów prądu idealizmu w sprawie subiektywności upływu czasu negując możliwość istnienia obiektywnego czasu fizycznego, o czym napisał w swoim eseju „Uwaga na temat związku między teorią względności i filozofią idealizmu.

    Profesor Kenneth Denbigh w swojej książce „Świat i czas” podziela stanowisko Kurta Godla uzasadniając, że: „Gdyby ktoś zapytał mnie: w jaki sposób wiesz, która spośród wszystkich chwil jest tą, którą nazywasz obecną? — to co odpowiem? Mogę tylko powiedzieć, że znam ją wprost z mojej świadomości. [...] Znamienne jest, że takie pojęcie, jak "obecnie" lub "teraz" nie może zostać obiektywnie określone przez naukę. Jest ono znane nie dzięki używaniu zegarów lub technicznych mierników, lecz jedynie poprzez świadomość, przez akt uwagi. Kryterium teraźniejszego, a tym samym również przeszłego i przyszłego, każdy wytwarza subiektywnie tylko sam dla siebie.”

    „Einstein był lekko sfrustrowany zagrożeniem, jakie stanowiła fizyka kwantowa dla jego hipotezy czasoprzestrzeni, gdyż koncepcja czasoprzestrzeni nie jest kompatybilna z wizją natury rzeczywistości, jaka wyłania się z odkryć fizyki kwantowej. Gdy Einstein zorientował się, że nie istnieje uniwersalne, absolutne "teraz", wynikało z tego, że czasoprzestrzeń może być dzielona dowolnie, na wiele różnych sposobów, na przeszłość, teraźniejszość i przyszłość, względem subiektywnego, wewnętrznego doświadczenia każdego obserwatora. Ale co dokładnie jest dzielone? Czasoprzestrzeń nie jest "substancją" czy obiektem, który moglibyśmy przynieść do laboratorium w słoiku po marmoladzie, aby móc na nim eksperymentować.” — trafnie zauważa doktor Robert Lanza, podzielając tym samym wcześniejsze wnioski Kurta Godla, przytoczone powyżej.


    Kurt Godel i Einstein w 1954 roku


    Wróćmy jeszcze na moment do Newtona i jego koncepcji czasu absolutnego i globalnego. Wyraził ją w następujący sposób: „Absolutny, prawdziwy i matematyczny czas sam z siebie i z własnego przyrodzenia płynie równomiernie bez powiązań z czymkolwiek z zewnątrz.” Dla Newtona czas jest "tłem" wydarzeń, ale nie jest powiązany z czymkolwiek. Newton zdawał sobie sprawę, że takiego czasu nie da się mierzyć. Einstein również dobrze zdawał sobie z tego sprawę, zatem postanowił zakwestionować istnienie czasu według koncepcji Newtona. Einstein tak to dowcipnie ujął: „Na świecie nie słychać żadnego wszechobecnego tykania, po którym można by rozpoznać upływ czasu.” Charakterystyczne dla Einsteina jest to, że gdy mówi o czasie, to prawie zawsze odnosi to do zegarów. Rozumiem, że powyższego zdania nie należy brać dosłownie. Einsteinowi chodziło bowiem o zakwestionowanie istnienia czasu w sensie koncepcji Newtona, a nie o to przecież, że nie istnieje jakiś jeden naturalny, kosmiczny zegar, którego jakieś obiektywne "tykanie" miało by być tym naturalnym upływem czasu, do jakiego moglibyśmy się zawsze praktycznie odwołać.

    Warto zauważyć, że niezależnie od tego czy czas, tak jak rozumiał go Newton, faktycznie fizycznie istnieje czy nie, to ma on tę zaletę i przewagę nad koncepcją Einsteina, że w dalszym ciągu pozostaje on dla nas praktycznie użyteczną abstrakcją. Jest to po prostu nasz zwykły, codzienny, konwencjonalny czas, który utożsamiamy z kalendarzem i zegarkiem. Nawet jeżeli czas Newtona w ogóle nie istnieje, to istnieje przecież cykliczny obrót naszej planety i to właśnie na jego podstawie konstruujemy kalendarze i zegarki. Być może za czasów Newtona większość ludzi była przekonana, że wartość i prawdziwość ich kalendarzy i zegarów wynika z fizycznego i obiektywnego istnienia czasu, tak, jak opisywał go Newton. Kalendarze i zegary okazały się jednak równie modne, potrzebne, wartościowe i prawdziwe nawet po tym, jak Einstein wykazał, że absolutny czas Newtona nie może istnieć, gdyż czas jest naprawdę relatywistyczny i lokalny ze swojej natury.

    Ponieważ czas Newtona "płynie równomiernie bez powiązań z czymkolwiek z zewnątrz" i jest tłem wydarzeń, dlatego nie da się go mierzyć. Nie ma powodu przypuszczać, że Newton twierdził, iż zegar jest fizycznym miernikiem czasu. Zegar jest dla Newtona po prostu praktycznym, precyzyjnym wyrazem faktu, że czas płynie. Zegar tylko symbolizuje upływ czasu, ale go faktycznie nie mierzy, gdyż czas płynie bez powiązań z czymkolwiek z zewnątrz. Zgaduję, że Newton, być może, wychodził z założenia, że lepiej było by, aby czas rzeczywiście istniał, zamiast był tylko wygodną, subiektywną konwencją. Nasuwa mi się tu pewna analogia.


  13. CZAS TO PIENIĄDZ, CZYLI OBIEKTYWNA WARTOŚĆ CZASU
  14. Od momentu wynalezienia pieniędzy, aż do niedawna, wartość pieniądza była gwarantowana w państwie jego rezerwami złota. Kiedyś pieniądz był z cennego złota, potem był już tylko z papieru, ale w dalszym ciągu był na złoto wymienialny. W tej analogi złoto to czas, a papierowe banknoty to zegar.


    CZAS TO PIENIĄDZ


    Pieniądze mają o tyle wartość, o ile istnieją rezerwy złota, do których można je odnieść. To oczywiście tylko przy arbitralnym założeniu, że złoto ma dla nas jakąś wartość. Rezerwy złota były zabezpieczone, odizolowane od niepotrzebnych kontaktów z czymkolwiek z zewnątrz, a banknoty były wygodną, subiektywną konwencją – symbolizowały, reprezentowały to złoto. Uczciwość nakazywała, aby nie drukować pieniędzy ponad to, ile mamy złota na pokrycie ich wartości. Wyobraźmy sobie, że pewnej nocy, w tajemniczych okolicznościach, całe złoto ze wszystkich rezerw na świecie wyparowało i ulotniło się, ale nikt tego jakoś przez dłuższy czas nie zauważył. Czy następnego dnia papierowe pieniądze stały by się natychmiast bezwartościowe w jakiś oczywisty dla wszystkich sposób? Nie, gdyż banknoty nie są fizycznym miernikiem ilości złota w rezerwie.

    Złoto nie zniknęło, ale rzeczywiście wydarzyło się coś podobnego. Mianowicie w ramach reformy światowego systemu finansowego, podjęto decyzję, że wartość waluty danego kraju nie będzie już związana z rezerwami złota, a tylko szacowana względem produkcji gospodarczej tego kraju oraz względem walut innych krajów i ich produkcji gospodarczej. Zatem absolutna, niekwestionowana wartość złota (czas Newtona) ustąpiła miejsca wartości względnej (czas Einsteina). Z punktu widzenia życia codziennego nic się nie zmieniło – w dalszym ciągu używamy banknotów i zegarków.

    Na tym analogia się jednak jeszcze nie kończy. Zauważmy, że wydobycie złota i jego produkcja przemysłowa w postaci sztabek, jest zasadniczo taką samą produkcją gospodarczą, jak każda inna. Złoto nie posiada przecież żadnej absolutnej wartości. Jeżeli w to wątpicie, to zapytajcie o to Króla Midasa. Eksperci z ekonomii doszli do wniosku, że produkcja gospodarcza jest tak samo wartościowa, jak złoto. A nawet bardziej, gdyż złotem i banknotami nie możemy się najeść, napić, ani odziać. W tym momencie zadajmy sobie ważne pytanie. Co jest naprawdę wartościowe i dlaczego? Co decyduje, że obraz jednego malarza jest warty na aukcji dziesiątki milionów dolarów, a inny obraz nie wydaje się być warty farby na jego płótnie? Jak obiektywnie mierzyć wartość produkcji gospodarczej? Nie ma na to sposobu.

    Wbrew pozorom, wartość produkcji gospodarczej nie jest obiektywnie empirycznie mierzalną wielkością fizyczną. Wartość produkcji gospodarczej jest bowiem całkowicie subiektywna, arbitralnie przypisana obiektom materialnym lub niematerialnym doświadczeniom, jak słuchanie muzyki lub oglądanie filmów. Wartość produkcji gospodarczej jest subiektywnym, prywatnym doświadczeniem wewnątrz umysłu obserwatora. Wartość produkcji gospodarczej jest aż tak subiektywna, jak piękno.

    Ktoś może powiedzieć, że obiektywną wartość ma na przykład dla człowieka pożywienie. Musimy jeść, zatem wartość pożywienia nie może być subiektywna i dlatego płacimy za produkty rolne w sklepie. Wyobraźmy sobie, że żyjemy w dżungli amazońskiej. Czy tam ktoś płaci za pożywienie? W dżungli amazońskiej ludzie nie używają nawet pieniędzy, a pożywienie można po prostu znaleźć lub upolować. Zamiast używać bezwartościowych banknotów, można wymienić jedną potrzebną rzecz na inną, po całkowicie subiektywnym "kursie" jednej ryby za czterdzieści cztery banany.

    Postarajmy się teraz odnieść powyższą analogię do czasu. Czy czas absolutny Newtona istnieje, czy nie, nasze kalendarze i zegarki mają dla nas pewną praktyczną wartość, tak, jak abstrakcyjny system monetarny zostaje zastosowany do praktycznej pomocy przy wymianie towarowej, niezależnie od tego, czy istnieją jakiekolwiek rezerwy złota. Istnienie jakichkolwiek systemów monetarnych oraz drukowanie papierowych banknotów nie jest jednoznaczne z istnieniem realnych towarów, do których dany system miałby się rzekomo odnosić. W tej analogi, czas to wartość banknotu waluty. Gdybyśmy powiedzieli, że w tej analogii, czas to po prostu banknoty, to było by to jednoznaczne z twierdzeniem, że czas to zegarek, co nie jest poprawne. Skoro "wartość" czasu nie odnosi się do niewidzialnych rezerw absolutnego "złota", czyli niemierzalnego czasu Newtona, to z czego miała by wynikać względna "wartość" czasu Einsteina? Jeżeli "wartość" czasu Einsteina nie wynika z niczego, to wtedy czas Einsteina jest tylko zegarkiem, czyli nie istnieje, gdyż jest jak banknot wycofanej z obiegu waluty – bezwartościowy. Jest na nim dużo cyfr, ale co one znaczą, do czego się odnoszą? Do niczego.

    Oczywistym jest, że czas, czymkolwiek by się ostatecznie nie okazał, ma dla nas pewną praktyczną wartość. "Wartość" czasu Einsteina, zamiast wynikać z "wartości absolutnego złota", wynika w powyższej analogii z wartości produkcji gospodarczej. Wydaje się więc, że ma jednak jakąś obiektywną wartość. Ale jak obiektywnie mierzyć wartość produkcji gospodarczej? Jak już wykazaliśmy powyżej, wartość produkcji gospodarczej nie jest obiektywnie empirycznie mierzalną wielkością fizyczną. Nie chodzi o to, że jest ona fizycznie względna – ona jest całkowicie arbitralna i subiektywna.

    Zatem, z jednej strony czas nie ma obiektywnej "wartości", ale z drugiej, nie czyni go to zupełnie bezwartościowym, gdyż ma dla nas niezaprzeczalną wartość subiektywną, podobnie, jak papierowe banknoty nie są warte, same w sobie, więcej niż papier, z którego są zrobione, ale mają dla nas pewną dodatkową, praktyczną, choć zupełnie subiektywną, wartość, jako pomocne w wymianie towarowej narzędzie. Banknoty wycofanej waluty są w dalszym ciągu narzędziem, ale już nam w niczym nie pomocnym i w tym sensie są już dla nas bezwartościowe. Ponieważ czas Newtona nie może istnieć, nie może obiektywnie również istnieć czas w sensie koncepcji Einsteina, gdyż taka koncepcja czasu nie może odnieść się ostatecznie do niczego fizycznie obiektywnego. Wszystko do czego ostatecznie można odnieść jakąkolwiek koncepcję czasu, to jedynie subiektywne, prywatne doświadczenie wewnątrz umysłu obserwatora.


  15. RELATYWISTYCZNA DYLATACJA ZEGARÓW
  16. Należy zauważyć, że krytyka Einsteina, jaką wysunął pod adresem Newtona, odnosi się też tak samo dobrze do jego własnej koncepcji czasu. Jeżeli, według Einsteina, czas nie jest absolutny, tylko relatywistyczny, to, parafrazując samego Einsteina, zapytajmy dlaczego nie słychać żadnego lokalnego tykania, po którym można by rozpoznać upływ czasu? Jeżeli nikt nie słyszał globalnego tykania czasu Newtona, to gdy go usilnie nasłuchiwał, nie usłyszał również lokalnego tykania czasu Einsteina.

    Jedynym sposobem, w jaki Einstein mógł by się bronić, to twierdzenie, że przecież słychać tykanie wszystkich naszych jakże lokalnych zegarków! Sprytne, ale sam Einstein w krytyce Newtona nie odnosił się przecież do jakiegoś jedynego, mitologicznego, naturalnego, kosmicznego zegara, ale do upływu absolutnego, globalnego czasu, którego, jak sam Newton przyznawał otwarcie, nie da się mierzyć. W przeciwnym razie, oznaczało by to, że dla Einsteina czas to zegar. Byłby to zwyczajny absurd, gdyż niszcząc zegary, zniszczylibyśmy czas. Manipulowanie zegarami, było by jednoznaczne z manipulowaniem czasem. Wystarczyło by zatrzymać wszystkie zegary, aby czas stanął. Jest to zbyt piękne, aby mogło być prawdziwe. Czas to nie są tylko same zegarki i nic więcej.

    Newton nie twierdził przecież, że istnieje tylko jeden słuszny, naturalny, kosmiczny zegar! A krytyka Einsteina nie polegała na tym, że pokazał Newtonowi, jak wiele różnych zegarków istnieje w różnych krajach świata, co dowodzi, że czas jest lokalny oraz jak wiele z nich wskazuje różne godziny, co dowodzi, że czas jest względny, a niektóre zegarki spóźniają się, co dowodzi istnienia zjawiska dylatacji relatywistycznej. Należy zauważyć, że krytyka Ernsta Macha, jaką wysunął pod adresem koncepcji czasu Newtona, odnosi się też tak samo dobrze do koncepcji obiektywnego, fizycznego czasu Einsteina. Parafrazując Ernsta Macha, należy stwierdzić, że koncepcja obiektywnego, relatywistycznego, lokalnego czasu fizycznego Einsteina, to koncepcja metafizyczna, której nie da się wywieść z doświadczenia.

    Albo lokalny fizyczny czas relatywistyczny Einsteina w jakiś sposób istnieje fizycznie w zewnętrznej rzeczywistości i wtedy podlega rzeczywistemu spowolnieniu pod wpływem prędkości, albo nie istnieje fizycznie w zewnętrznej rzeczywistości (nie fizyczny czas relacyjny) będąc jedynie użyteczną, matematyczną abstrakcją, a wtedy nie może podlegać rzeczywistemu fizycznemu spowolnieniu pod wpływem prędkości, z czego jasno wynika, że dylatacja nie mogła by być wtedy obiektywnym zjawiskiem fizycznym.

    Z tego należało by wyciągnąć taki wniosek, że Einstein będąc fizykiem, w swojej teorii względności oczywiście postawił sobie za zadanie matematyczne opisanie rzeczywistych zjawisk, a nie zwracanie naszej uwagi jedynie na zmiany w funkcjonowaniu mechanizmów zegarowych i trudności związane z obserwowaniem tego przy wielkich prędkościach z kosmicznej odległości! Narzuca się więc konkluzja, że Einstein, tak czy inaczej, wierzył, że jego lokalny czas relatywistyczny, podobnie jak globalny absolutny czas Newtona, musiał jednak w jakiś sposób istnieć fizycznie w zewnętrznej rzeczywistości, aby dylatacja była rzeczywistym, obiektywnym, mierzalnym zjawiskiem fizycznym, a nie problemem z obserwacją. Podobnie sprawy mają się z czasem w ogólnej teorii względności. Wymiar czasu, składowa czasu czasoprzestrzeni, musi być fizyczna i obiektywna, bo tylko w ten sposób czasoprzestrzeń Einsteina mogła by zachować swój cenny ontologiczny status obiektywnej, fizycznej rzeczywistości zewnętrznej.

    Einstein mówiąc, że na świecie nie słychać żadnego wszechobecnego tykania, po którym można by rozpoznać upływ czasu Newtona, dobrze zdawał sobie sprawę, że nie odnosi się to tylko do koncepcji czasu Newtona, ale również do jego własnej koncepcji lokalnego, relatywistycznego czasu, gdyż oczywiście na świecie nie słychać żadnego lokalnego tykania, po którym można by rozpoznać jakikolwiek upływ czasu. Sądzę, że nie będzie to przesadą, gdy w tym wypadku przyjmiemy, że Einstein musiał dobrze zdawać sobie sprawę z tego, że jego czas, tak jak czas Newtona, jest również niemierzalny, a zatem zegary nie są fizycznymi miernikami jego upływu. To z jednej strony, a z drugiej strony Einstein, świadomie lub nie, utożsamia jednak zegar z czasem, a czas z zegarem. Dla Einsteina, to jakby dwie strony tego samego medalu: jeżeli zegar zwalnia, to znaczy że czas zwalnia; lokalny czas upływa, więc zegar, mierząc jego upływ, tyka. Jak ujął to sam Einstein: „Wiara w istnienie świata zewnętrznego, niezależnego od postrzegającego go podmiotu, jest fundamentem każdej nauki przyrodniczej.” Einstein głęboko wierzył w istnienie lokalnego czasu fizycznego, niezależnego od postrzegającego go podmiotu, ale zależnego jedynie od prędkości, z jaką ten podmiot się porusza, co inny podmiot może obiektywnie stwierdzić, obserwując odpowiednie zegary.

    Einstein wierzy chyba w to, że jego metody obserwacyjne, takie, jakie są, są absolutnie obiektywne oraz, że to, co obserwuje, jest absolutnie obiektywną rzeczywistością. Innymi słowy, Einstein ma silne wrażenie, że odkrywa absolutną, obiektywną względność, czyli prawdę o rzeczywistości, a nie jedynie subiektywną, względną względność, czyli subiektywne doświadczenie zjawiska przy pomocy narządów zmysłów. Einstein wierzy w obiektywny upływ czasu, gdyż wierzy, że może to obiektywnie zaobserwować, obserwując odpowiednie zegary. Problem w tym, że jak to już zostało wykazane wcześniej w tym tekście, nie istnieje żaden sensowny opis fizycznego mechanizmu, w jaki fizyczny czas mógłby upływać. Nie wiadomo, czy w ogóle upływa, gdyż nie istnieją techniczne mierniki potwierdzające jego hipotetyczne, obiektywne, fizyczne istnienie i upływ.


    Karuzela napędzana przepływem czasu?


    Zapytajmy jeszcze raz: czy może kręcąca się karuzela też jest fizycznym miernikiem upływu czasu? Czy to przepływ czasu powoduje, że karuzela się kręci? Jeżeli kręcenie się karuzeli nie jest napędzane siłą przepływającego przez nią czasu, na podobieństwo tego, jak młyńskie koło wodne napędzane jest przepływającą przez nie wodą, to zegary też nie tykają dlatego, że przepływa przez nie czas. Zegary nie przestają tykać dlatego, że czas przestaje przez nie przepływać. Zegary nie spowalniają swojego tykania dlatego, że przepływający przez nie czas zwalnia podlegając zjawisku relatywistycznej dylatacji.

    Tzw. "relatywistyczna dylatacja czasu" nie jest niczym więcej, niż błędną interpretacją powszechnie znanych w fizyce rzeczywistych zjawisk: występowania fizycznych zaburzeń w funkcjonowaniu zegarów (spowolnienia funkcjonowania mechanizmów lub tzw. fizycznych procesów oscylacyjnych) powodowanych wpływem zmian sił pola grawitacyjnego oraz występowania problemów przy przesyłaniu informacji na duże odległości w skali kosmicznej za pomocą sygnałów elektromagnetycznych (z prędkością światła) pomiędzy obiektami poruszającymi się z prędkościami bliskimi prędkości światła, co nie ma nic wspólnego z hipotetycznym czasem fizycznym postulowanym w teorii względności.


    zegary nie tykają dlatego, że przepływa przez nie czas.


    Występuje natomiast oczywiste zjawisko psychologicznej dylatacji czasu. Wtedy, gdy cierpimy, czas się "wlecze", a gdy jesteśmy szczęśliwi, przelatuje tak szybko, że nie potrafimy często uwierzyć, że minęły godziny, podczas gdy nam wydawało się, że minęło zaledwie kilkadziesiąt minut. Decydującym czynnikiem jest stan umysłu, a nie prędkość, gdyż czas jest właśnie subiektywnym doświadczeniem wewnątrz umysłu obserwatora i tylko umysł obserwatora ma ostateczny, decydujący wpływ na swoje prywatne doświadczenie czasu, a nie takie drugorzędne czynniki, jak prędkość. Być może zewnętrzne czynniki drugorzędne też mogą mieć pewien wpływ na subiektywne doświadczenia wewnątrz umysłu obserwatora, ale wpływ ten zawsze pozostanie jedynie drugorzędny, nigdy decydujący.


  17. PROBLEM PERCEPCJI
  18. To, że coś możemy zaobserwować, nie oznacza jeszcze, że to coś istnieje dokładnie w taki sposób, w jaki to obserwujemy. Przykład? Kolory. Wbrew pozorom, kolory nie istnieją w rzeczywistości zewnętrznej. Rzeczywistość fizyczna ostatecznie nie jest kolorowa. Nasze doświadczenie koloru jest subiektywne i wewnętrzne. Kolor, to totalne złudzenie powstające w wyniku naszej wewnętrznej "interpretacji" częstotliwości fal elektromagnetycznych docierających do narządów zmysłu wzroku. Trudno sobie wyobrazić, dlaczego dana częstotliwość miała by być akurat w takim, a nie innym kolorze. Tak naprawdę, to my sami "kolorujemy" otaczającą nas rzeczywistość w zupełnie arbitralny sposób, ponieważ np. roślinność nie jest tak na prawdę "zielona" sama z siebie – tak widzą ją jedynie ludzie. Nie jest to całkowicie pewne, w jakich kolorach postrzegają rzeczywistość owady czy gady – ich narządy wzroku oraz "interpretujące" częstotliwość mózgi znacznie różnią się od mózgu człowieka. Zatem założenie, że inne organizmy żywe widzą te same "kolory", co my, jest nie do końca zasadne. Według biologów, psy nie są w stanie widzieć kolorów, a widzą jedynie w odcieniach szarości.


    Zegar astronomiczny w Pradze


    Fizyczny mechanizm "uzewnętrzniania" naszego wewnętrznego, subiektywnego doświadczenia koloru, nie jest do końca zrozumiany przez naukę. Zostanie on w pełni zrozumiany tylko wtedy, gdy zostanie ostatecznie rozwiązany w filozofii tzw.
    "problem percepcji". A nie wydaje się, aby mógł on zostać rozwiązany przy obecnie obowiązującym w nauce paradygmacie. Wiele osób w ogóle nie zdaje sobie sprawy z istnienia "problemu percepcji", a wiele osób odnosi tylko wrażenie, że został on już rozwiązany. Faktycznie, istnieje wiele propozycji jego rozwiązania, ale żadna z nich nie jest ostatecznie satysfakcjonująca. Każdy więc może znaleźć coś dla siebie, jeżeli nie może znieść myśli, że nie wiadomo do końca, jak naprawdę jest. Niemniej, sama filozofia nie ogłosiła jeszcze znalezienia jego ostatecznego rozwiązania.

    Niektóre organizmy żywe potrafią "widzieć" w podczerwieni lub w nadfiolecie. Cokolwiek wydają się one "widzieć", nie istnieje to w rzeczywistości zewnętrznej, w taki sposób, w jaki one to "widzą". Zatem, co naprawdę widzimy i w jaki sposób? Aby znaleźć ostateczną odpowiedź na to najważniejsze ze wszystkich pytanie, należy rozwiązać filozoficzny "problem percepcji". Jeżeli potrafimy "uzewnętrznić" nasze wewnętrzne, subiektywne doświadczenie koloru i postrzegać je potem bezpośrednio już "na zewnątrz", to być może potrafimy również "uzewnętrzniać" nasze wewnętrzne, subiektywne doświadczenie czasu? Jeżeli w ogóle potrafimy "uzewnętrzniać" nasze wewnętrzne, subiektywne doświadczenia i postrzegać je potem bezpośrednio już "na zewnątrz", to być może dotyczy to również naszego bezpośredniego doświadczania i postrzegania przestrzeni?

    Profesor William Byers w swojej książce The Blind Spot napisał na temat naszego odczucia dotyczącego pojęcia "zewnętrzności": „It is certainly conceivable that the clarity we perceive in the world is something we bring to the world, not something that is there independent of us. The clarity of the natural world is a metaphysical belief that we unconsciously impose on the situation. We consider it to be obvious that the natural world is something exterior of us and independent of our thoughts and sense impressions; we believe in a mind-independent reality. Paradoxically, we do not recognize that the belief in a mind-independent reality is itself mind-dependent. Logically, we cannot work our way free of the bubble we live in, which consists of all of our sense impression and thoughts. The pristine world of clarity, the natural world independent of the observer, is merely a hypothesis that cannot, in principle, ever be verified. To say that the natural world is ambiguous is to highlight this assumption. It is to emphasize that the feeling that there is a natural world 'out there' that is the same for all people at all times, is an assumption that is not self-evident. This is not to embrace a kind of solipsism and to deny the reality of the world. It is to emphasize that the natural world is intimately intertwined with the world of the mind. In consequence, the natural world is a flow just like the inner world.”

    Jak sugeruje to Nagardziuna w Rozdziale XIX, czas i przestrzeń, z kilku ważnych powodów, muszą mieć ostatecznie dokładnie tę samą naturę. Filozoficzny traktat Nagardziuny, „Mula madhyamaka karika”, czyli Fundamentalne strofy drogi środka, jest jednym z najbardziej wpływowych dzieł w historii filozofii Indii. Traktat ten zawiera dwadzieścia siedem rozdziałów poświęconych wszystkim najważniejszym aspektom rzeczywistości, takim, jak czas, przestrzeń, materia, energia, etc.

    Świadomość i jej natura jest centralnym i kluczowym elementem nierozwiązanego do tej pory Problemu Percepcji. Z okazji siedemdziesiątych urodzin Einsteina, w serii Żyjący Filozofowie, wydano zbiór esejów Albert Einstein: Philosopher-Scientist pod redakcją Paula Arthura Schilppa, napisanych przez 25 naukowców, a dotyczących różnych aspektów jego naukowego dorobku. Esej ósmy, Einsteina Koncepcja Rzeczywistości, którego autorem był Henry Margenau, profesor Fizyki Uniwersytetu Yale, zawiera następujący fragment:

    „It is perfectly clear that Albert Einstein, in common with practically all scientists, assumes the existence of the external world, an objective world, i.e., one that is largely independent of the human observer. To quote Einstein from his "Clerk Maxwell's Influence on the Evolution of the Idea of Physical Reality":

    The belief in an external world independent of the perceiving subject is the basis of all natural science. Since, however, sense perception only gives information of this external world or of 'physical reality' indirectly, we can only grasp the latter by speculative means. It follows from this that our notions of physical reality can never be final. We must always be ready to change these notions — that is to say, the axiomatic structure of physics — in order to do justice to perceived facts in the most logically perfect way.

    On the one hand one has here as identification of physical reality with the external world, on the other an insistence upon the difference between an essence of reality and what it appears to be. Indeed there is implied a three-fold distinction between an external world, the observer's perception of that external world, and our notions of it; for as we have seen before, the axiomatic structure of physics is not abstracted from sensory experience. To some of the interesting questions, which arise at this point, answers seem to be lacking. Having been reared in the Kantian tradition, Einstein conceivably espouses a 'Ding an sich', ['thing per se'] which is intrinsically unknowable. More likely, however, he would hold any characterization of reality in terms other than those provided by science as irrelevant and regard the question as to the metaphysical attributes of reality as unimportant. Under those conditions, what is meant by the assertion that there is an external world independent of the perceiving subject becomes problematical. Like most scientists, Einstein leaves unanswered the basic metaphysical problem underlying all science, the meaning of externality. There may be perceived a curious trace of rationalism in the passage last quoted. Sense perception, we are told, gives information about physical reality in a manner called indirect. This innocent word, of course, hides a multitude of epistemological problems upon which the scientist does not care to express himself. ”

    Powyższy fragment ujawnia wstydliwą tajemnicę fizyki, a nawet całej nauki, a mianowicie to, że Einstein, fizyka i cała nowoczesna Nauka nie mają jasnego i jednoznacznie określonego stanowiska w sprawie Problemu Percepcji, problemu o fundamentalnym znaczeniu, którego wagę dla Nauki trudno jest przecenić.

    Dużo bardziej zaawansowaną filozoficznie pozycję prezentują niektóre interpretacje zjawisk mechaniki kwantowej, odwołujące się do aktywnej roli umysłu (świadomości) obserwatora w akcie tzw. "pomiaru kwantowego". Być może nie bez znaczenia jest fakt, że Einstein żywił głęboką antypatię do wizji świata, jaka wyłaniała się z powstającej na jego oczach fizyki kwantowej. Ostatecznym "zwycięstwem" nad ideami Einsteina ma być teoria kwantowej grawitacji. Osobiście bardzo wątpię w ostateczne "zwycięstwo" fizyki kwantowej z dwóch powodów. Po pierwsze, zawiera ona w sobie stary, bezkrytyczny, bezrefleksyjny model czasu. Po drugie, generalnie, jakikolwiek model kwantowy weźmiemy pod uwagę, będzie on zasadniczo obarczony mało znanymi paradoksami d'Alemberta (Jean Le Rond d'Alembert, 1717–1783), z czego jasno wynika, że nie może to być model ostateczny.

    Jestem głęboko przekonany, że zasadnicze rozwiązanie wszystkich wspomnianych w tym tekście problemów ze zrozumieniem natury funkcjonowania rzeczywistości, będzie jedynie możliwe po przyjęciu nowego paradygmatu w nauce, na którego podstawie rozwiązany zostanie filozoficzny problem percepcji. Staje się to jasne, że wymagać to będzie uzupełnienia dziedziny fizyki o fizykę świadomości oraz o przyjęcie nowej perspektywy, gdzie świadomość będzie pełniła rolę czynnika pierwszorzędnego, ważniejszego i o bardziej fundamentalnym znaczeniu, niż materia. Fizyka kwantowa, to pierwszy krok we właściwym kierunku, lecz na pewno nie ostatni. Długa droga przed nami. Innymi słowy, w skrócie, to nasz materialny Wszechświat jest pochodną ewolucji świadomości, a nie odwrotnie. Wyobraźmy sobie Wszechświat, jako "uzewnętrznienie" pochodzące z wnętrza naszego umysłu. Oczywiście, nie był by to już wszechświat zasadniczo materialny, ale wszechświat zasadniczo o naturze świadomości, o naturze snu, który w naszym doświadczeniu sprawiał by tylko na nas wrażenie bycia "materialnym", podobnie, jak nasze sny sprawiają na nas wrażenie bycia rzeczywistymi doświadczeniami, podczas gdy je śnimy. W takim Wszechświecie w dalszym ciągu obowiązywałyby Prawa Natury, jednak prawa te, jak wszystko inne, wywodząc się zasadniczo z umysłu, nie były by absolutne i ostateczne, a więc umysł mógł by je również modyfikować. To pozwoliło by, na przykład, na lokalne zawieszenie prawa powszechnego ciążenia – lewitację – oraz inne "cuda" i zjawiska paranormalne, które obecnie są tabu i mimo, że są czasami obserwowane, to pozostają jednak dogmatycznie wykluczone z dziedziny badań naukowych. Z punktu widzenia obecnie miłościwie nam panującego Materializmu Naukowego, trudno sobie wyobrazić bardziej absurdalną i odrażającą wizję świata, niż właśnie ta!



  19. SPÓR O STATUS ONTOLOGICZNY CZASOPRZESTRZENI
  20. Wydaje mi się, że podobnie jak Newton, Einstein sprytnie ograniczył się tylko do najbardziej oczywistych ogólników, gdy mówił o naturze swojego czasu relatywistycznego, gdyż tak było mu najwygodniej. Jeżeli założymy, że przez swój lokalny względny czas Einstein miałby rozumieć, że taki czas jest jednak nie fizyczny, relacyjny w sensie Ernsta Macha, a więc abstrakcyjny, oraz że przez względność przestrzeni rozumiał by on zasadniczo to samo, to wtedy należało by sobie zadać pytanie, co w takim razie Einstein miałby myśleć o statusie ontologicznym swojej czasoprzestrzeni? Moim zdaniem, nie ulega to żadnej wątpliwości, że czasoprzestrzeń będąca jednością swoich zunifikowanych składowych, odziedziczy również ich status ontologiczny. Innymi słowy, czasoprzestrzeń musiała by w rezultacie być nie fizyczna i abstrakcyjna.

    Zilustruje to następujący eksperyment myślowy: Dwa krasnoludki stoją w lesie koło muchomora obok siebie, ale osobno. Teraz podają sobie dłonie i zaciskają je mocno. Są już "zunifikowane". Czy po ich unifikacji krasnoludki są bardziej rzeczywiste, fizyczne i obiektywne, niż przed?

    Jeżeli składniki są obiektywne i fizyczne osobno, to po ich unifikacji rezultat jest obiektywny i fizyczny. Jeżeli składniki nie są obiektywne i fizyczne osobno, to po ich unifikacji rezultat jej nie jest obiektywny i fizyczny. Jeżeli coś zunifikowanego rozłożymy na składniki, to jeżeli składniki okażą się z osobna nie obiektywne i nie fizyczne, to znaczy, że to coś zunifikowanego nie było obiektywne i fizyczne. Jeżeli coś zunifikowanego rozłożymy na składniki, to jeżeli składniki okażą się z osobna obiektywne i fizyczne, to znaczy, że to coś zunifikowanego też było obiektywne i fizyczne. To oczywiste.

    Zatem, jeżeli czasoprzestrzeń ma być obiektywna i fizyczna, to wszystkie jej składowe muszą być obiektywne i fizyczne. Jeżeli w obiektywnej, fizycznej czasoprzestrzeni składnik czasu jest subiektywny, wtedy to, co pozostało obiektywnego z czasoprzestrzeni, to jedynie przestrzeń. Staje się jasne, że nie jest to możliwe, aby dokonać unifikacji dwóch składowych, takich, jak subiektywny czas i obiektywna fizyczna przestrzeń, tak, aby w efekcie uzyskać obiektywną, fizyczną czasoprzestrzeń.

    Wybitny amerykański fizyk teoretyczny i astrofizyk, Kip Thorne w swojej książce „Czarne dziury i krzywizny czasu: Zdumiewające dziedzictwo Einsteina” tak napisał o ewolucji poglądów Einsteina na naturę czasoprzestrzeni: „W naszym Wszechświecie istnieje tylko jedna, niepowtarzalna, absolutna, czterowymiarowa czasoprzestrzeń; a zakrzywienie czasu i przestrzeni każdego z obserwatorów musi się przejawiać, jako zakrzywienie jedynej, niepowtarzalnej, absolutnej czasoprzestrzeni Minkowskiego. Taki był wniosek, do którego Einstein doszedł latem 1912 roku. Po czterech latach wyśmiewania pomysłu Minkowskiego dotyczącego absolutnej czasoprzestrzeni, Einstein ostatecznie poczuł się zmuszony przyjąć tę koncepcję i uznać, że czasoprzestrzeń nie tylko istnieje fizycznie, ale jest zakrzywiona.”


    Czasoprzestrzeń nie tylko istnieje fizycznie, ale jest zakrzywiona!


    W świetle powyższego staje się oczywiste, że Einstein musiał wierzyć, że jego lokalny relatywistyczny czas musiał jednak w jakiś sposób istnieć fizycznie w zewnętrznej rzeczywistości, jednak Einstein wydawał się być na tyle sprytny i ostrożny, aby niepotrzebnie nie spekulować na temat prawdziwej, ostatecznej natury czasu, pośrednio wnioskując jedynie, iż czas musi być tylko w jakiś bliżej nie znany mu sposób na tyle "elastyczny", aby zachodziła wymagana przez niego dylatacja oraz spowolnienie składowej czasu w wyniku zakrzywienia czasoprzestrzeni postulowane przez niego w ogólnej teorii względności.

    W tamtych czasach większości osób wydawało się, że czas jest mniej więcej na tyle oczywisty, że nie ma potrzeby, aby się nad nim głębiej zastanawiać. Czas to czas. Czas, jaki jest, każdy widzi. Newton myślał, że czas musi być "sztywny", ale w końcu okazało się, że podobno jest trochę bardziej "elastyczny".

    Ponieważ ogólna teoria względności zasadniczo wynika z uogólnienia szczególnej teorii względności, wszystkie problemy z koncepcją czasu Einsteina omawiane wcześniej w kontekście szczególnej teorii względności, przenoszą się automatycznie do ogólnej teorii względności i odnoszą się również do koncepcji czasoprzestrzeni. Czas, według Einsteina, w szczególnej teorii względności, może podobno podlegać zjawisku dylatacji relatywistycznej i płynąć wolniej, a w ogólnej teorii względności, według Einsteina, w wyniku silnego zakrzywienia czasoprzestrzeni może dochodzić podobno do tego, że w rezultacie czas ma płynąć wolniej.

    Obserwacje, które rzekomo miały potwierdzać istnienie zjawisk relatywistycznej dylatacji czasu oraz spowolnienia upływu czasu w wyniku zakrzywienia czasoprzestrzeni, odnoszą się tak naprawdę do innych zjawisk. W przypadku dylatacji czasu, jest to sytuacja wyjaśniona przez doktora fizyki Williama Cantrella, o czym była już mowa wcześniej. W przypadku rzekomego zakrzywienia czasoprzestrzeni, które ma powodować zmianę toru rozchodzenia się światła wokół gwiazd, chodzi jedynie o to, że światło, będąc falą elektromagnetyczną oddziałuje z polem elektromagnetycznym gwiazdy. Zmiana kierunku rozchodzenia się światła nie wynika więc z zakrzywienia czasoprzestrzeni. Wynika po prostu z oddziaływań elektromagnetycznych między falą elektromagnetyczną światła a polem elektromagnetycznym gwiazdy.


    A Peek into Einstein's Zurich Notebook


    Błąd Einsteina polegał na tym, że uwierzył, iż czas istnieje, jako empirycznie mierzalna, obiektywna wielkość fizyczna w świecie zewnętrznym. W przeciwieństwie do Newtona, dla którego czas jest bierny w tym sensie, że płynie bez powiązań z czymkolwiek z zewnątrz i jest zaledwie tłem wydarzeń, Einstein nieroztropnie pozwolił sobie na to, aby uwierzyć w czas i przestrzeń, jako realnych, fizycznych "graczy" biorących czynny, aktywny udział we wszystkich fizycznych wydarzeniach.

    W przeciwieństwie do akceptacji obiektywnych, empirycznych faktów, wiara w cokolwiek jest indywidualną decyzją danego człowieka i trudno oczekiwać, że wszyscy ludzie lub wszyscy naukowcy uwierzą jednocześnie w to, w co uwierzył Einstein. Profesor George Ellis z Uniwersytetu Cape Town w swojej pracy zatytułowaniej "Fizyka w realnym Wszechświecie: Czas i czasoprzestrzeń" wyraża następujące wątpliwości, od dłuższego czasu podzielane przez wielu innych naukowców, takich, jak m.in. John Earman, John Stachel i John Norton [ 4 ], Lee Smolin [ 5 ], a dotyczące fizycznej realności koncepcji czasoprzestrzeni Einsteina: "Ukryte zagadnienie leżące u podstaw mojej pracy, to pytanie o status ontologiczny czasoprzestrzeni: czy czasoprzestrzeń rzeczywiście istnieje fizycznie, czy może jest jedynie wygodnym sposobem matematycznego opisu relacji zachodzących pomiędzy fizycznymi obiektami? W tym momencie nie będę zajmował się tą sporną kwestią, ponieważ dyskusja w moim tekście dotyczy różnych matematycznych modeli czasoprzestrzeni, a nie jej statusu ontologicznego. Wierzę jednak, że zagadnienia poruszone w mojej pracy mogły by stanowić punkt wyjścia do poszukiwań nowej perspektywy pomocnej w rozstrzygnięciu kwestii ontologicznego statusu czasoprzestrzeni oraz wznowienia dyskusji w jakim stopniu nasze matematyczne modele czasoprzestrzeni adekwatnie odzwierciedlają jej prawdziwy status ontologiczny." [ 6 ]

    Wybitny amerykański fizyk teoretyczny i astrofizyk, Kip Thorne w swojej książce „Czarne dziury i krzywizny czasu: Zdumiewające dziedzictwo Einsteina” proponuje, abyśmy rozważyli następującą możliwość: „Czy czasoprzestrzeń jest naprawdę zakrzywiona? Czyż nie jest do pomyślenia, że czasoprzestrzeń faktycznie jest płaska, lecz zegary i linijki, za pomocą których ją mierzymy w rzeczywistości zachowują się tak, jakby były wykonane z gumy? Może najdoskonalsze zegary późnią się lub spieszą, a najdoskonalsze linijki kurczą się lub wydłużają, kiedy przemieszczamy je z jednego miejsca na drugie i zmieniamy ich orientację w przestrzeni? Czyż takie zniekształcenia naszych zegarów i linijek nie mogły by spowodować, że naprawdę płaska czasoprzestrzeń wydawała by się zakrzywiona? Tak. [...] Co mogło by powodować kurczenie się linijki [i spowolnienie funkcjonowania zegara] gdy zmienia się ich ustawienie? Oczywiście grawitacja.”

    Jest to powszechnie znanym zjawiskiem w fizyce, że wszystkie bez wyjątku fizyczne "mechanizmy" oscylacyjne (zegary), spowalniają swoje działanie pod wpływem zmian oddziałującej na nie siły grawitacji wynikającymi z ich ruchu i nie ma to nic wspólnego z hipotetycznym spowolnieniem upływu czasu.

    Halton Arp jest zawodowym astronomem. Wcześniej był asystentem Edwina Hubble'a. Pracował w obserwatorium Mount Palomar w Kalifornii. Obecnie prowadzi badania astronomiczne w Max Planck Institute, w Niemczech. Halton Arp, zwany Galileuszem XX wieku, przedstawił dowody na to, że Wszechświat się nie rozszerza. Arp zaobserwował dużą liczbę kosmicznych obiektów wykazujących przesunięcia ku czerwieni niezgodne z prawem Hubble'a. Badania te wskazują jego zdaniem, że przesunięcie ku czerwieni mogą być wynikiem innego zjawiska niż efekt Dopplera (zobacz: Halton Arp — Wszechswiat się nie rozszerza. Anomalie w przesunięciu ku czerwieni ). Według Arpa, wiele współczesnych koncepcji kosmologicznych, takich, jak zakrzywiona czasoprzestrzeń, jest w istocie próbą skompensowania zniekształceń wynikających z pomiarów Wszechświata przy użyciu metody opartej na błędnej interpretacji przesunięcia ku czerwieni. Halton Arp ujmuje to następująco: „Geometria przestrzeni Wszechświata jest płaska i euklidesowa. Koniec z zaprzeczającym logice zakrzywieniem przestrzeni, tak trudnym do wyobrażenia, nie mówiąc już o zakrzywionym czasie! Koniec z hipotetycznymi osobliwościami i czarnymi dziurami, w których załamują się prawa fizyki. Koniec z Wszechświatem, który w 90% składa się z niewykrywalnej empirycznie "ciemnej" materii i energii.”

    Nie chodzi o to, że czas, przestrzeń i czasoprzestrzeń są złudzeniami lub że w ogóle nie istnieją. Chodzi o to, że czas, przestrzeń i czasoprzestrzeń istnieją jedynie, jako całkowicie subiektywne, aczkolwiek bardzo użyteczne doświadczenia wewnętrzne, które potrafimy formułować w postaci abstrakcji matematycznych, jakie stosujemy do sensownego werbalizowania i efektywnego organizowania naszych codziennych doświadczeń. Święty Mikołaj i krasnoludki bardzo dobrze funkcjonują (w literaturze) i spełniają nasze oczekiwania (pod choinką), pod warunkiem, że nie oczekujemy od nich, iż będziemy przeprowadzać ich fizyczne pomiary!

    Czas, przestrzeń i czasoprzestrzeń są w sposób najbardziej istotny zamieszane w nie do końca zrozumiane przez naukę, a wspomniane wcześniej zjawisko "uzewnętrzniania", które jest ściśle związane z kluczowym dla zrozumienia natury naszej rzeczywistości, a do tej pory nie rozwiązanym jeszcze w filozofii "problemem percepcji".


  21. JAK JEST NAPRAWDĘ
  22. Profesor fizyki teoretycznej na słynnym Cal Tech, Kip Thorne w rozdziale jedenastym swojej książki „Czarne dziury i krzywizny czasu” zatytułowanym "Jak jest naprawdę?", zadał następujące pytanie:

    Jaka jest rzeczywista, autentyczna prawda? Czy czasoprzestrzeń naprawdę jest płaska, czy też naprawdę jest zakrzywiona? Dla fizyka, pytanie to jest nieciekawe, ponieważ nie ma żadnych fizycznych konsekwencji. Oba punkty widzenia, czasoprzestrzeń zakrzywiona i czasoprzestrzeń płaska, dają dokładnie taki sam wynik dla dowolnych pomiarów dokonywanych za pomocą doskonałych linijek i zegarów, a także (jak się okazuje) taki sam wynik dla wszystkich pomiarów dokonywanych za pomocą dowolnych przyrządów fizycznych. Oba poglądy nie zgadzają się co do tego, czy mierzona odległość jest "prawdziwą" odległością, lecz taka rozbieżność jest kwestią filozofii, a nie fizyki. Ponieważ oba punkty widzenia zgadzają się co do wyników wszelkich pomiarów, są one fizycznie równoważne. Rozstrzygnięcie, który pogląd reprezentuje "rzeczywistą prawdę", w żaden sposób nie wiąże się z doświadczeniami; jest to zatem problem do dyskusji dla filozofów, nie fizyków.”

    Jak jest naprawdę? Jaka jest rzeczywista, autentyczna prawda? Czy w ogóle ma sens zadawanie takich pytań? Czy warto trudzić się w poszukiwaniu odpowiedzi? Czy "Prawda" jest w dalszym ciągu najwyższą wartością dla ludzi? Czy dla fizyka takie pytania rzeczywiście są nieciekawe? Dla Einsteina były ciekawe, gdyż nie ograniczał się on tylko do bycia jedynie fizykiem. Jak każdy człowiek, który nosi w sobie ciekawość świata i nie odmawia sobie prawa do głębszej refleksji, Einstein naturalnie filozofował. Życie nie ogranicza się przecież do suchych pomiarów i ich wyników. Wyniki należy jeszcze poprawnie zinterpretować, a to zawsze odbywa się w kontekście pewnego światopoglądu. Nieoczekiwane wyniki eksperymentów niejednokrotnie zmusiły naukowców do zakwestionowania obowiązującego obrazu świata. Każdy człowiek, z natury, jest potencjalnym filozofem, czy zdaje sobie z tego sprawę, czy nie.

    Zgadzam się z profesorem Kipem Thornem, że, z definicji, wszystko to, co nie wiąże się z przeprowadzaniem fizycznych doświadczeń jest raczej problemem do dyskusji dla filozofów oraz że fizycy powinni skupić się zasadniczo na pomiarach i ich wynikach. Skoro tak, to należy zauważyć, że Einstein stanowił wyjątek znacznie odbiegający od tej klasycznej definicji.

    Historyk, dziennikarz i autor biografii, Walter Isaacson, w swojej książce „Einstein. Jego życie, jego wszechświat” opisuje filozoficzne podejście Einsteina do uprawiania fizyki: „Swój oksfordzki wykład Einstein zaczął od ukłonu w stronę empiryzmu: "wielka wiedza o rzeczywistości wypływa z doświadczenia i do niego zmierza". Zaraz jednak pospieszył z podkreśleniem roli "czystego rozumu" i logicznej dedukcji. Przyznał – bynajmniej się nie usprawiedliwiając – że sukces, z jakim wykorzystał rachunek tensorowy w równaniach ogólnej teorii względności, sprawił, że nawrócił się na strategię matematyczną, w której prostota i elegancja równań liczą się bardziej niż empiria. Właśnie fakt, że metoda ta okazała się tak skuteczna w budowaniu ogólnej teorii względności, "pozwala nam ufać, iż przyroda jest realizacją tego, co jest najprostsze do pomyślenia pod względem matematycznym". Bardzo ciekawe: zdanie to zawiera w sobie istotę myśli Einsteina z tych dziesięcioleci, kiedy matematyczna "prostota" była mu drogowskazem w poszukiwaniach jednolitej teorii pola. Słychać tu echo stwierdzenia wielkiego Isaaka Newtona z trzeciej księgi dzieła Principia: "Natura lubi prostotę". Einstein nie podawał jednak żadnych dowodów na poparcie swej wiary, której zdawała się przeczyć nowoczesna fizyka cząstek. Nie wyjaśniał też dokładniej, co rozumiał przez "matematyczną prostotę". Po prostu opierał się na głębokiej intuicji, że tą właśnie zasadą kierował się Bóg, tworząc wszechświat. Takie były jego przekonania – a raczej wiara – gdy w maju 1931 roku nagrodzono go doktoratem honoris causa Uniwersytetu Oxfordzkiego. W wygłoszonym wtedy wykładzie Einstein przyznał, że w jego nieustającej pogoni za jednolitą teorią pola bodźcem są mu raczej powaby matematycznej elegancji niż ciśnienie faktów empirycznych: "Nie kieruje mną nacisk danych doświadczalnych, idę raczej za pociągającym urokiem matematycznej prostoty" .”

    Jak jest naprawdę? Rozstrzygnięcie, który pogląd reprezentuje "rzeczywistą prawdę", to problem do dyskusji dla filozofów. Ponieważ każdy człowiek, z natury, jest potencjalnym filozofem, czy zdaje sobie z tego sprawę, czy nie, to jako aspirujący filozof, podejmę się próby rozstrzygnięcia tego, jaka jest rzeczywista, autentyczna prawda. Zacznijmy od podsumowania rozważań profesora Kipa Thorne'a:

    • Jaka jest rzeczywista, autentyczna prawda? Czy przestrzeń naprawdę jest płaska, czy też naprawdę czasoprzestrzeń jest zakrzywiona? Oba punkty widzenia, czasoprzestrzeń zakrzywiona oraz przestrzeń płaska plus czas, dają dokładnie taki sam wynik dla dowolnych pomiarów. Ponieważ oba punkty widzenia zgadzają się co do wyników wszelkich pomiarów, są one fizycznie równoważne. Rozstrzygnięcie, który pogląd reprezentuje "rzeczywistą prawdę", w żaden sposób nie wiąże się z doświadczeniami; jest to zatem problem do dyskusji dla filozofów, nie fizyków.

    • Czy czasoprzestrzeń jest naprawdę zakrzywiona? Czyż nie jest do pomyślenia, że przestrzeń faktycznie jest płaska, lecz zegary i linijki, za pomocą których ją mierzymy w rzeczywistości zachowują się tak, jakby były wykonane z gumy? Czyż takie zniekształcenia naszych zegarów i linijek nie mogły by spowodować, że naprawdę płaska przestrzeń wydawała by się zakrzywiona? Tak. Co mogło by powodować kurczenie się linijki i spowolnienie funkcjonowania zegara gdy zmienia się ich ustawienie? Oczywiście grawitacja.

    • Ale ostateczny wniosek, do którego Einstein doszedł latem 1912 roku był następujący: w naszym Wszechświecie istnieje tylko jedna, niepowtarzalna, absolutna, czterowymiarowa czasoprzestrzeń, a zakrzywienie czasu i przestrzeni każdego z obserwatorów musi się przejawiać, jako zakrzywienie jedynej, niepowtarzalnej, absolutnej czasoprzestrzeni Minkowskiego. Po czterech latach wyśmiewania pomysłu Minkowskiego dotyczącego absolutnej czasoprzestrzeni, Einstein ostatecznie poczuł się zmuszony przyjąć tę koncepcję i uznać, że czasoprzestrzeń nie tylko istnieje fizycznie, ale jest zakrzywiona.

    Oba punkty widzenia, czasoprzestrzeń zakrzywiona oraz przestrzeń płaska plus czas, dają dokładnie taki sam wynik dla dowolnych pomiarów. Ponieważ oba punkty widzenia zgadzają się co do wyników wszelkich pomiarów, są one fizycznie równoważne. Jednak Einstein, jako filozof, po czterech latach wyśmiewania pomysłu Minkowskiego dotyczącego absolutnej czasoprzestrzeni, ostatecznie poczuł się zmuszony przyjąć tę koncepcję i uznać, że czasoprzestrzeń nie tylko istnieje fizycznie, ale jest zakrzywiona, wbrew temu, że jako fizyk, doskonale zdawał sobie sprawę, iż oba punkty widzenia (czasoprzestrzeń zakrzywiona oraz przestrzeń płaska plus czas), dają dokładnie taki sam wynik dla dowolnych pomiarów, ponieważ są fizycznie równoważne. Einstein, jako filozof, dokonał w ten sposób ostatecznego rozstrzygnięcia, jaka jest rzeczywista, autentyczna prawda. A prawda jest taka, że czasoprzestrzeń jest obiektywnie, fizycznie zakrzywiona. A jeżeli jest ona obiektywnie, fizycznie zakrzywiona i mierzalna, to nie może być płaska i fizycznie niemierzalna, gdyż to się na wzajem wyklucza. Taka jest prawda. Kropka.

    W przeciwieństwie do wyników badań empirycznych, które są ostateczne, niepodważalne i bezdyskusyjne, pod warunkiem, że zostały one oczywiście poprawnie i bezbłędnie otrzymane przy zastosowaniu obiektywnych metod naukowych, wnioski i tezy filozofów jak najbardziej podlegają dyskusji. Pozwolę sobie zatem polemizować z Panem profesorem Albertem Einsteinem, ale nie jako wielkim fizykiem, a jako filozofem. W tym celu posłużę się następującą użyteczną analogią.

    Nie jestem nawet astronomem amatorem, więc nie mam bladego pojęcia, jak Mikołaj Kopernik, siedząc sobie w Toruniu za mimo wszystko dość prymitywnym teleskopem własnej roboty, mógł dojść do wniosku, że to raczej Ziemia krąży dookoła Słońca, a nie odwrotnie. Co za zuchwały pomysł. A do tego taki obrazoburczy i nie biblijny. Szczerze mówiąc, naprawdę nie wydaje mi się to takie oczywiste, na podstawie jakich to obserwacji i wyliczeń można by dojść do takiego radykalnego wniosku. Niemniej jednak, wielu światłych ludzi nauki o otwartych umysłach, od czasu Kopernika, po rzetelnym zapoznaniu się z jego pracą, czasami ryzykując nawet własnym zdrowiem i życiem, przyznało mu publicznie rację. Sądzę, że dopiero w erze podboju Kosmosu, która umożliwiła prowadzenie obserwacji astronomicznych daleko z poza powierzchni naszej planety, a nawet z poza jej orbity, ostateczne wątpliwości co do słuszności wniosków Kopernika raz na zawsze zostały rozwiane.


    De Revolutionibus Orbium Coelestium


    Zanim to jednak mogło ostatecznie nastąpić, istniały dwa wzajemnie wykluczające się punkty widzenia. Oba punkty widzenia dawały dokładnie taki sam wynik dla najistotniejszych pomiarów – w obu przypadkach doba trwała 24 godziny. Ponieważ oba punkty widzenia zgadzały się co do wyników najistotniejszych pomiarów, to mimo, że wzajemnie się wykluczały, zasadniczo pozostawały fizycznie równoważne. Dla fizyka, z punktu widzenia tych pozostałych, mniej istotnych różnic, poszukiwanie prawdy było obojętne i nieciekawe, ponieważ nie miało żadnych fizycznych konsekwencji (dla wyników pomiarów, a to jest przecież najważniejsze w fizyce!), jak twierdził powyżej profesor Kip Thorne. Zatem, w czym problem?

    Problem wydawał się tkwić w pytaniu: Jak jest naprawdę? Jaka jest rzeczywista, autentyczna prawda? Czy to Słońce krąży dookoła Ziemi, czy to może raczej Ziemia krąży dookoła Słońca? Te dwa punkty widzenia wzajemnie się wykluczały i chyba jednak nie dla wszystkich było to takie kompletnie obojętne i nieciekawe. Nie chodziło tylko o puste filozofowanie, ani o obronę najświętszych dogmatów teologii. Chodziło po prostu o szczerą prawdę.

    Bezpośrednie, empiryczne obserwacje były wystarczająco oczywiste i niemożliwe do zakwestionowania: Ziemia jest płaska i nieruchoma, a Słońce porusza się nad nią po niebie. Takie po prostu są namacalne, empiryczne fakty. Trudno o coś bardziej oczywistego. Czy można kwestionować wnioski z takich bezpośrednich obserwacji?

    Można, a nawet trzeba. Z tego powodu Kopernika słusznie nazwano człowiekiem, który wstrzymał Słońce i ruszył Ziemię. W świetle powyższej analogii jestem zmuszony nazwać Alberta Einsteina, filozofa, człowiekiem, który wstrzymał Ziemię i ruszył Słońce! Dlaczego? Wydaje mi się, że w tym momencie powinno być to już dość oczywiste.

    Einstein, jako fizyk, dysponował dwoma punktami widzenia: czasoprzestrzeń zakrzywiona oraz przestrzeń płaska plus czas. Są one równoważne i dają one dokładnie taki sam wynik dla najistotniejszych pomiarów. Jednak Einstein, jako filozof, moim zdaniem, przekornie zdecydował, że prawdziwy jest jednak model "gorszy", czyli ten, w którym to Słońce krąży dookoła Ziemi. Dlaczego uważam, że Einstein wybrał model "gorszy", model obiektywnej, fizycznej czasoprzestrzeni? Moim zdaniem jest to model "gorszy", gdyż wymaga, aby uczynić z czasu i przestrzeni "graczy" biorących czynny, aktywny udział, we wszystkich bez wyjątku fizycznych wydarzeniach. Gdyby czas był rzeczywiście obiektywnie empirycznie mierzalną wielkością fizyczną, to wtedy, być może, koncepcja czasoprzestrzeni była by bliżej prawdy niż model: "przestrzeń płaska plus czas". Tak jednak nie jest.

    Czas nie istnieje w zewnętrznej rzeczywistości, jako obiektywnie empirycznie mierzalna wielkość fizyczna, i dlatego nie może fizycznie zwalniać, spowalniając w ten sposób ruch ciał materialnych. Prędkość tykania zegarków nie zależy od prędkości upływu czasu, zatem zegarki nie mogą zwalniać z tego powodu, że czas płynie wolniej, ponieważ czas po prostu nie może płynąć wolniej ani szybciej. Czas zawsze płynie z tą samą prędkością – z prędkością jednej sekundy na sekundę. Bo z jaką to prędkością płynie czas, aby mógł zwalniać?! Czas nie może też z jednej strony upływać, a z drugiej strony nie posiadać jakiejś "prędkości" tego upływu. Należy pamiętać, że w fizyce, prędkość jest funkcją czasu. To ważne. Z punktu widzenia fizyki, coś takiego, jak "prędkość" upływu czasu, to absurd. Jeżeli nie ma obiektywnej, fizycznej prędkości upływu czasu, to nie ma też samego fizycznego upływu. A czas, który nie upływa, przestaje być czasem. Coś takiego, jak "upływ czasu", może być jedynie rozumiane w sensie poetyckiej metafory. A na absurdalne poetyckie metafory nie ma miejsca w racjonalnym, chłodnym, obiektywnym, mierzalnym świecie fizyki. Absurdalne poetyckie metafory po prostu nie istnieją fizycznie. Einstein nigdy nie wyjaśnił, czym konkretnie jest czas [ 7 ] oraz na czym miałby ewentualnie polegać jego domniemany upływ. Einstein po prostu przyjmuje takie założenie, że czas, w jakiś bliżej nie wyjaśniony sposób, potrafi zwalniać!


    Albert Einstein, filozof


    Najważniejsze z punktu widzenia fizyki oraz z punktu widzenia doktryny naukowego materializmu jest to, że teoria względności wydaje się dostarczać ostatecznego dowodu na to, że czas i przestrzeń są rzeczami, i to rzeczami, które można odkształcać. To bardzo ważne. To, czy czas i przestrzeń są rzeczami, czy nie, nigdy nie było oczywiste, ani w naukach empirycznych, ani w filozofii. Czas i przestrzeń są najbardziej fundamentalnymi aspektami rzeczywistości. Fizyka zajmuje się tym, co rzeczywiste, mierzalne, materialne. Co by się stało, gdyby okazało się, że fundament fizycznej rzeczywistości – czas i przestrzeń – są empirycznie niemierzalne, nie fizyczne i subiektywne? Był by to koniec fizyki, jaką znamy do tej pory w kontekście doktryny naukowego materializmu. Był by to początek nowej fizyki, nowej ery, ery nowego paradygmatu nauki. Była by to rewolucja nieporównanie większa od kopernikańskiej!

    Obie teorie względności Einsteina, a szczególnie jego koncepcja czasoprzestrzeni, opierają się właśnie na założeniu, że czas i przestrzeń są rzeczami. Jeżeli czas i przestrzeń nie są rzeczami, to jasno z tego wynika, że obie teorie względności Einsteina nie opisują fizycznej rzeczywistości taką, jaka ona rzeczywiście naprawdę jest, tak, jak model geocentryczny Ptolemeusza, który zakładał, że to Słońce krąży dookoła Ziemi.

    Aby doktryna naukowego materializmu mogła dalej bezpiecznie pozostawać u władzy, musi zachować niekwestionowaną wiarygodność. Tę wiarygodność doktryny mogą gwarantować jedynie odpowiednio "wiarygodne" podstawy samej rzeczywistości materialnej, na których musi się ona silnie oprzeć, aby móc ją reprezentować, czyli materialny czas i materialna przestrzeń, które powinny ostatecznie okazać się "rzeczami", tak, jak prawie cała reszta materialnej rzeczywistości. W ten sposób ta "solidna" doktryna opiera się na solidnych podstawach i nic nie jest w stanie zagrozić jej panowaniu. Gdyby publicznie przyznano, że czas, przestrzeń i czasoprzestrzeń nie są rzeczami, nie są fizyczne i nie są empirycznie mierzalne, gdyby publicznie przyznano, że status ontologiczny czasoprzestrzeni jest taki, iż jest ona jedynie wygodnym sposobem abstrakcyjnego, matematycznego opisu relacji zachodzących pomiędzy fizycznymi obiektami, to wtedy okazałoby się, że król jest nagi, że fundamenty dotryny obiektywnego, naukowego materializmu, są nie tylko niematerialne, ale subiektywne. Trudno to sobie wyobrazić, aby publicznie to przyznano w niedalekiej przyszłości. Naukowy materializm okazałby się wtedy bezpodstawny, okazałby się jedynie wygodnym sposobem abstrakcyjnego opisu relacji zachodzących pomiędzy subiektywnymi obiektami w sposób podobny do tego, jak sugerowali to już filozofowie prądu idealizmu. Bardzo dobrze zdawał sobie z tego sprawę Kurt Godel, o czym napisał w swoim eseju „Uwaga na temat związku między teorią względności i filozofią idealizmu. Tak się składa, że prądy filozofii idealizmu pojawiły się niezależnie od siebie, zarówno na Dalekim Wschodzie (np.: buddyjska filozofia Yogaczara/Cittamatra), jak i na Zachodzie (m.in. Berkeley, Kant, Schopenhauer, Heidegger). Zachód broni się przed Wschodem, doktryna naukowego materializmu broni się przed filozofią idealizmu, a katolicyzm broni się przed hinduizmem, buddyzmem i szamanizmem. „Nauka woli kierować swoją uwagę gdzie indziej, podkeślając, że zjawiska natury subiektywnej, jakkolwiek by nie były osobliwe, nie należą do jej dominium. To niepowetowana strata, gdyż doświadczenie subiektywne jest jedynym, które tak naprawdę posiadamy. Tak czy inaczej, spora część tego olbrzymiego świata, dostępnego nam w doświadczeniu subiektywnym, jest obecnie zajmowana przez fizykę. Nowa fizyka w sposób nieuchronny wikła subiektywnego obserwatora w postrzegane przez niego zjawiska. O ironio, mamy tu do czynienia z powrotem do światopoglądu szamańskiego. Być może, prawdziwym dziedzictwem intelektualnym fizyki kwantowej jest dowartościowanie i wyraźne wzmocnienie subiektywności.” – trafnie zauważa Terence McKenna w swojej książce „Pokarm Bogów. Radykalna historia roślin, narkotyków i ewolucji człowieka”.

    Doktryna naukowego materializmu zachowuje się obecnie jak średniowieczny Watykan, za wszelką cenę broniąc swoich absurdalnych dogmatów, głoszących, że czas i przestrzeń są fizycznymi, wręcz materialnymi rzeczami. Według doktryny naukowego materializmu, świadomość, umysł, to złudzenie, to jedynie "efekt uboczny" elektrochemicznej aktywności mózgu, a człowiek, to jedynie ciało, a wolna wola człowieka, to też jedynie złudzenie, zatem wszelki opór z naszej strony jest tak naprawdę pozorny i skazany na niepowodzenie. Najlepiej dla nas będzie, gdy bezwolnie poddamy się woli autorytetów, ekspertów i elity, którym bardzo zależy na tym, aby ugruntować w nas przekonanie, że nie posiadamy wolnej woli. Profesor Michio Kaku stanowczo twierdzi, że Albert Einstein po prostu się mylił:



    Teoria względności została obalona już wiele razy, co oficjalna nauka wygodnie przemilcza. Ostatnio dokonał tego w unikalny sposób prof. Janusz Drożdżyński z Uniwersytetu Wrocławskiego w swojej pracy „Evidence for an Invalidity of the Principle of Relativity”. A właściwie, teoria względności nigdy ostatecznie nie została, wbrew pozorom, poprawnie empirycznie zweryfikowana [ 8 ]. Istnieje nawet międzynarodowa organizacja zrzeszająca naukowców wykazujących błędy w teorii względności: Natural Philosophy Alliance. Mimo swoich oczywistych słabości, teoria względności jest już przez ponad sto lat celebrowana, jako największe osiągnięcie ludzkiego geniuszu z jednego tylko powodu – spełnia bowiem rolę wygodnego, koronnego "dowodu" na rzekomą ostateczną prawdziwość wizji świata według doktryny naukowego materializmu. A w tej wizji świata organizmy żywe, w tym i ludzie, to tylko "rzeczy", "zasoby".

    Albert Einstein po prostu stworzył pewną teorię naukową. Nikt nie może go za to winić. To jedno. Natomiast z drugiej strony jego teoria jest do tej pory wykorzystywana w nienaukowy, irracjonalny sposób do prowadzenia ideologicznej walki w celu obrony starej doktryny naukowego materializmu, starego paradygmatu, który obecnie stał się przeszkodą na drodze postępu nauki. Przykładów tego istnieje, niestety, zbyt wiele i nie trzeba ich daleko szukać. Dobrym tego przykładem jest przypadek wspomnianego właśnie powyżej prof. Janusza Drożdżyńskiego — patrz: CZY WSPÓŁCZESNA NAUKA ZACZYNA PODĄŻAĆ ŚLADAMI ŚREDNIOWIECZNEJ INKWIZYCJI?


    Challenging Modern Physics: Questioning Einstein's Relativity Theories


    Doktor Robert Lanza nie jest wyjątkiem wśród postępowych naukowców, gdy wyraża swoje silne przekonanie, że: "Współczesna nauka opiera się na przestarzałym paradygmacie, który przestaje być użyteczny. W ramach tego starego paradygmatu, wiele fundamentalnych problemów pozostanie nierozwiązanych. Największym problemem jest życie, którego pojawienie się jest wciąż nie zbadanym naukowo procesem, nawet jeśli zmiany jego form mogą być wyjaśnione przy użyciu darwinowskich mechanizmów. Największym problemem jest to, że życie jest związane ze świadomością, która, delikatnie mówiąc, pozostaje wciąż słabo zrozumiana przez naukę. Świadomość to nie tylko sprawa biologii, ale także zagadnienie z dziedziny fizyki. Współczesna fizyka nie potrafi tego wyjaśnić, jak na bazie materii powstaje świadomość. Nasze zrozumienie tego najbardziej podstawowego zjawiska, jakim jest świadomość, jest praktycznie zerowe. Co ciekawsze, fizyka nawet nie dostrzega tego problemu. [...] Niektórzy naukowcy od jakiegoś czasu przekonują nas, że Teoria Wszystkiego jest już na wyciągnięcie ręki i że dzięki niej wreszcie dowiemy się wszystkiego. Niestety, wciąż jej nie ma i nie będzie dopóty, dopóki nie uświadomimy sobie istnienia najważniejszego elementu kosmosu, który został zepchnięty na margines, ponieważ nauka nie wie, co z nim począć. Tym elementem jest nasza świadomość i nie jest to żadna drobnostka. Nie można jej porównać do niczego. Jest ona głęboką tajemnicą."

    Bardzo wiele świadczy na korzyść tezy, że czas jest empirycznie niemierzalny, nie fizyczny i subiektywny. Modelem bliższym prawdy jest ten, który nie wymaga od czasu i przestrzeni, aby były one fizycznymi "rzeczami" posiadającymi realne własności fizyczne, które pozwoliły by im na to, aby fizycznie ulegać odkształceniom oddziałując z innymi empirycznie mierzalnymi elementami fizycznej rzeczywistości. Nie należy jednak wyciągać z tego wniosku, że jest to powrót do koncepcji Newtona. Z punktu widzenia mojej tezy, czas ma efektywnie dwie lub trzy "natury", w zależności od istotnych funkcji, jakie spełnia w naszym życiu, jednak zasadniczo zawsze pozostając empirycznie niemierzalnym, "subiektywnym" doświadczeniem w umyśle obserwatora, które nie istnieje obiektywnie w fizycznej rzeczywistości zewnętrznej. Sednem sprawy jest to, jak rozumiemy i jak definiujemy tę nową "subiektywność" czasu i przestrzeni. Ta nowa definicja "subiektywności" czasu i przestrzeni pojawia się w kontekście poszukiwania rozwiązania filozoficznego "problemu percepcji" oraz w szerszym kontekście, poszukiwania nowego paradygmatu nauki.

    Czas i przestrzeń w świetle tej nowej definicji "subiektywności" należałoby rozumieć, jako wspomniane już wcześniej "uzewnętrznienie" pochodzące z wnętrza umysłu każdej świadomej istoty, która potrafi postrzegać – nawet z wnętrza umysłu takiej świadomej istotki, jak mała myszka! Oczywiście, nie były by to już czas i przestrzeń rozumiane jako fizyczne, mierzalne "rzeczy", ale czas i przestrzeń zasadniczo o naturze świadomości. Można to oczywiście również rozumieć, jako czasoprzestrzeń świadomości. Nie chodzi bowiem o akcentowanie jakiejś hipotetycznej, fundamentalnej oddzielności czasu i przestrzeni. "Czas" i "przestrzeń", to po prostu dwie strony tego samego medalu, dwa aspekty tej samej czasoprzestrzeni świadomości, spełniające dwie różne funkcje i tak, jak dwie strony tego samego medalu, nie mogą one istnieć osobno, jedna bez drugiej.

    Warto podkreślić to jeszcze raz, że model obiektywnej, fizycznej czasoprzestrzeni Einsteina jest matematycznie poprawny, tak, jak wyniki obliczeń wynikające z modelu geocentrycznego Ptolemeusza, który zakładał, że to Słońce krąży dookoła Ziemi są poprawne, gdyż są równoważne z wynikami z modelu heliocentrycznego. W obu przypadkach doba trwa 24 godziny. Mimo tego, że model Einsteina jest matematycznie poprawny, to nie jest on poprawny w tym sensie, że nie jest zgodny z prawdą. A ostatecznie prawda jest taka, że to Ziemia krąży dookoła Słońca, a nie odwrotnie. Żaden matematycznie poprawny model geocentryczny nie wstrzyma fizycznie Ziemi i nie poruszy fizycznie Słońca! Te dwa alternatywne scenariusze po prostu na wzajem się wykluczają i tylko jeden z nich może ostatecznie okazać się zgodny z prawdą. Teoria względności nigdy nie zakrzywi przestrzeni i nie spowolni upływu czasu, gdyż obiektywna, absolutna, fizyczna czasoprzestrzeń Einsteina nie istnieje fizycznie. Jest ona abstrakcją matematyczną, użyteczną w tym sensie, że pozwala nam na spojrzenie z radykalnie odmiennej perspektywy, co może mieć swoją wartość.

    Nikt nie jest nieomylny. Najważniejsze, aby umieć przyznać się do błędu. Popełnienie błędu można usprawiedliwić, ale trwania w błędzie, już nie [ 9 ].


  23. OSTATECZNA NATURA CZASU
  24. Można by zaryzykować twierdzenie, że czas jest najważniejszą zmienną w fizyce, gdyż w fizyce wszystko jest funkcją czasu. Zatem, jaka jest prawdziwa, ostateczna natura czasu?


    tytan Kronos, Bóg Czasu


    Zanim spróbujemy wyjaśnić ostateczną naturę czasu, przedstawimy najpierw pewną znaną analogię, która później okaże się bardzo użyteczna w naszych rozważaniach. Analogia ta została, moim zdaniem, najlepiej wyrażona następującym popularnym angielskim powiedzonkiem: Beauty is in the eye of the beholder, co można by spróbować przetłumaczyć w ten sposób, że piękno istnieje na zewnątrz na tyle, na ile znajduje się "w oku" obserwatora, czyli, że nie to piękne, co piękne, ale to, co się komu podoba.

    Chodzi o to, że od czasu do czasu dostrzegamy piękno na zewnątrz nas. Może to być dzieło sztuki, jak muzyka, element natury, jak kwiat, sportowy samochód lub inny człowiek, jak aktorka lub top modelka. Nasze doświadczenie piękna jest niezaprzeczalne i zwykle utożsamiamy je z własnością postrzeganego przez nas obiektu, podczas gdy prawda jest taka, że jest to tylko jego atrybut. Dany obiekt nie jest piękny sam w sobie, a tylko takim nam się wydaje. W przeciwnym razie byłby obiektywnie piękny dla wszystkich ludzi, a wiemy przecież z doświadczenia, że nie to piękne, co piękne, ale to, co się komu podoba.

    Czy można powiedzieć, że piękno istnieje? Tak, gdyż niezaprzeczalnie dowodzi tego nasze bezpośrednie doświadczenie zmysłowe. Ale czy można powiedzieć, że piękno istnieje obiektywnie na zewnątrz nas, w obiektach, które nam się podobają? Tak się nam zdecydowanie wydaje, ale po dokładniejszych rozważaniach jesteśmy zmuszeni przyznać, że tak jednak nie jest i zgodzić się, że piękno jest subiektywne i dlatego nie może być własnością żadnego obiektu, będąc jedynie jego atrybutem arbitralnie przypisanym mu przez obserwatora. Trudno się z tym nie zgodzić. Prawda?

    Ale czy nie moglibyśmy przysięgać na wszystko, co jest nam drogie, że piękno znajduje się w pięknym obiekcie? Czy nie moglibyśmy prawie dać sobie obciąć za to rękę? Tak, to prawda, nie istnieje fizyczny miernik piękna, gdyż piękno nie jest empirycznie mierzalną wielkością fizyczną. A czas? Czy czas jest empirycznie mierzalną, obiektywną wielkością fizyczną? Czy czas, ku naszemu największemu zdumieniu, mógłby okazać się aż tak subiektywny, jak piękno? [ 10 ]

    Doktor Robert Lanza jest przekonany, że: "Gdy ludzie mówią o czasie, najczęściej mają na myśli zachodzenie zmian. Ale zmiana i czas to dwie różne sprawy. Weźmy pod uwagę paradoks opisany przez Zenona z Elei. Ponieważ żaden obiekt nie może znajdować się w dwóch miejscach jednocześnie, Zenon słusznie stwierdził, że strzała znajduje się w każdym momencie swojego lotu tylko w jednym miejscu. Ale bycie tylko w jednym miejscu oznacza bycie nieruchomym. Zatem strzała musi być nieruchoma w każdym momencie swojego lotu, a więc jej ruch (zmiana położenia w czasie) jest w ten sposób wykluczony. Ale czy to aby rzeczywiście jest paradoks? Czy nie jest to dowód na to, że czas nie jest elementem świata zewnętrznego, a jedynie wytworem naszego umysłu?"

    Zastanówmy się dobrze. Jeżeli czas byłby empirycznie mierzalną, obiektywną wielkością fizyczną, to powinien dać się jakoś mierzyć, lub chociaż powinna być możliwa jego detekcja w jakiś pośredni choćby sposób. Ale co moglibyśmy ostatecznie wtedy odkryć? Czas statyczny, czy czas dynamiczny? Niestety, stwierdziliśmy już wcześniej jednoznacznie, że ani czas statyczny, ani czas dynamiczny nie jest adekwatnym modelem, gdyż natura czasu z oczywistych względów nie może być ani statyczna, ani dynamiczna. Czas, który nie upływa (statyczny), nie jest czasem, który znamy z doświadczenia. Czas, który upływa (dynamiczny), jest czasem, który implikuje konieczność istnienia superczasu, gdyż np. rzeka upływa w czasie, a czas upływa w superczasie i tak ad infinitum. Niestety, ale z tego może wynikać tylko jeden wniosek. Czas nie istnieje, jako empirycznie mierzalna, obiektywna wielkość fizyczna w świecie zewnętrznym. Jeżeli nam się do tej pory wydawało inaczej, to było to jedynie złudzenie zmysłowe, jakiemu ulegliśmy wbrew faktom i logice. Podsumujmy:

    • Czas nie jest empirycznie wykrywalny, tak, jak inne wielkości fizyczne. Nie istnieją techniczne mierniki upływu fizycznego czasu. (Ktoś mógłby zgłosić generalnie słuszną obiekcję, że z samego faktu empirycznej niewykrywalności czasu nie wynika jeszcze, że on nie istnieje! To, że czegoś jeszcze nie dostrzegamy, nie oznacza przecież, że owo coś nie istnieje, jak fale radiowe lub bakterie. Ale empiryczna niewykrywalność czasu na pewno nie jest argumentem potwierdzającym jego hipotetyczne fizyczne istnienie, tak, jak empiryczna niewykrywalność Świętego Mikołaja nie jest argumentem potwierdzającym jego fizyczne istnienie.)

    • Czas, który nie upływa, nie jest czasem. Wystarczy popatrzeć na zegarek!

    • Czas, który upływa, implikuje konieczność istnienia superczasu, gdyż np. rzeka upływa w czasie, a czas upływa w superczasie i tak ad infinitum. Żeby cokolwiek upływało, potrzebny jest czas. Z jakiego to powodu czas miałby być wyjątkiem od tej reguły?

    • W fizyce, prędkość jest funkcją czasu. Zatem z punktu widzenia fizyki, coś takiego, jak "prędkość" upływu czasu, to absurd. Czas nie może też z jednej strony upływać, a z drugiej strony nie posiadać jakiejś "prędkości" tego upływu. Jeżeli nie ma obiektywnej, fizycznej prędkości upływu czasu, to nie ma też samego fizycznego upływu. A czas, który nie upływa, przestaje być czasem. Coś takiego, jak "upływ czasu", może być jedynie rozumiane w sensie poetyckiej metafory. Zatem spowolnienie takiego "upływ czasu" (dylatacja) jest również poetycką metaforą, a nie obiektywnym, mierzalnym zjawiskiem fizycznym. A na absurdalne poetyckie metafory nie ma miejsca w racjonalnym, chłodnym, obiektywnym, mierzalnym świecie fizyki. Absurdalne poetyckie metafory po prostu nie istnieją fizycznie.

    • Gdyby nawet czas fizyczny upływał, to wtedy musiałby upływać albo w sposób ciągły, albo w sposób skwantowany, a jak się okazało, żadna z tych ewentualności nie jest fizycznie możliwa.

    • W naszym subiektywnym, psychologicznym doświadczeniu, istnieje przyszłość (w formie wyobraźni i oczekiwania), teraźniejszość i przeszłość (w formie pamięci), natomiast w rzeczywistości fizycznej, konieczność ich wzajemnych fizycznych zależności prowadziła by do sytuacji fizycznie niemożliwych. Obiektywny czas fizyczny, czy to absolutny, czy relatywistyczny, nie może mieć fizycznie istniejącej przyszłości, teraźniejszości i przeszłości. Nie może też ich nie mieć, bo nie był by wtedy czasem.

    Z powyżych przesłanek jasno wynika, że czas, jako obiektywna wielkość fizyczna, nie istnieje. Czas nie jest rzeczą, bo jest to po prostu fizycznie niemożliwe. Obie teorie względności Einsteina, a szczególnie jego koncepcja czasoprzestrzeni, opierają się właśnie na założeniu, że czas i przestrzeń są rzeczami. Jeżeli czas i przestrzeń nie są rzeczami, to jasno z tego wynika, że obie teorie względności Einsteina nie opisują fizycznej rzeczywistości taką, jaka ona rzeczywiście naprawdę jest, tak, jak model geocentryczny Ptolemeusza, który zakładał, że to Słońce krąży dookoła Ziemi.

    Czas istnieje, ale istnieje on jedynie, jako nasze subiektywne doświadczenie wewnątrz naszego umysłu. Doświadczamy czasu w sposób podobny do tego, w jaki doświadczamy piękna. Czas, jako nasze subiektywne doświadczenie, znacznie bardziej wydaje się być "jakością", niż "ilością" (wielkością fizyczną).

    Może to zabrzmieć brutalnie, ale zewnętrzna rzeczywistość fizyczna jest całkowicie pozbawiona piękna. Piękno nie istnieje w zewnętrznej rzeczywistości fizycznej inaczej, niż tylko jako subiektywne, prywatne doświadczenie wewnątrz umysłu obserwatora, a każdy obserwator może postrzegać i postrzega rzeczywistość trochę inaczej.

    Techniczne urządzenia mierzące upływ czasu nie istnieją z tej prostej przyczyny, że po prostu nie miałyby czego mierzyć! To trochę tak, jakby próbować podłączyć top modelkę do technicznego urządzenia w nadziei, że będzie ono mogło zmierzyć poziom jej fizycznego piękna, który odczytamy potem z wyświetlacza cyfrowego. Skoro jest ona gorąca ( she is so hot!), to możemy zmierzyć poziom temperatury jej ciała. To dlaczego nie moglibyśmy zmierzyć też poziomu jej fizycznego piękna, skoro jej ciało jest piękne?

    Niestety, taką może okazać się czasami natura ludzka, iż znajdą się być może osoby, które poświęciły by raczej resztę swojego życia na próby konstruowania technicznych mierników fizycznego piękna top modelek, niż po prostu zaakceptowały to, że czas nie jest jednym z obiektywnych, fundamentalnych wymiarów zewnętrznej, fizycznej rzeczywistości.

    Z pewnym zdziwieniem jesteśmy zmuszeni przyznać, że zewnętrzna rzeczywistość jest całkowicie pozbawiona fizycznego wymiaru czasu, gdyż czas nie istnieje, jako empirycznie mierzalna, obiektywna wielkość fizyczna w świecie zewnętrznym. Czas nie istnieje w zewnętrznej rzeczywistości fizycznej inaczej, niż tylko jako subiektywne, prywatne doświadczenie wewnątrz umysłu obserwatora. Taka jest ostateczna natura czasu.


  25. OMNI–SUBIEKTYWNA NATURA CZASU
  26. Czuję, że jest to doskonałe miejsce, aby poruszyć ostatnią, być może istotną, a za razem subtelną kwestię. Co miało by mianowicie z tego dokładnie wynikać, że czas mógłby okazać się aż tak subiektywny, jak piękno? Czy miało by to oznaczać, że czas nie istnieje, że jest iluzją, złudzeniem? Nie takie były moje intencje.

    Czy można twierdzić, że czas nie istnieje, gdyż jest tylko złudzeniem? Sądzę, że nie. Złudzeniem jest bowiem tylko to, że pozwalamy sobie na to, aby brać subiektywne doświadczenie czasu za coś, co rzekomo istnieje w zewnętrznej rzeczywistości fizycznej, jako obiektywnie mierzalna wielkość fizyczna lub wymiar. Czas istnieje, ale jego natura jest subiektywna lub być może nawet, jak postaram się to poniżej zaproponować, fizycznie "pół-obiektywna" (inter-subiektywna; omni-subiektywna).

    Nigdy nie czułem takiej potrzeby, aby ślepo wierzyć w irracjonalne, nie logiczne i pozbawione podstaw propozycje, dlatego obdarzam znaczną dozą zaufania całość powyższych rozważań opartych częściowo na filozofii Nagardziuny. Byłem zawsze daleki od tego, aby dać się uwieść pewnym nihilistycznym prądom i kawałek po kawałku, próbować zanegować całą rzeczywistość, twierdząc, być może, iż ostatecznie nie istnieje nic, gdyż ontologiczny Niebyt (totalna nicość) jest radykalnie łatwiejszą alternatywą od Bytu (lub Boga-stworzyciela), który nie mógł by przecież istnieć bez żadnego powodu.

    Jeżeli czas jest w istocie subiektywnym, prywatnym doświadczeniem w umyśle obserwatora z jednej strony, to z drugiej strony istnieje pewna cecha tego subiektywizmu, która, być może, pozwoli nam odkryć nową, nieoczekiwaną, trzecią naturę czasu.

    To, że coś może być subiektywnym doświadczeniem indywidualnego obserwatora nie stoi w sprzeczności z tym, że cała populacja może jednocześnie doświadczać tego samego lub prawie tego samego wrażenia. W tym wypadku chodzi mi jednak o coś bardziej fundamentalnego, niż np. normy kulturowe. Było by to coś w rodzaju fizycznej pół-obiektywności, "subiektywnej obiektywności", czyli coś pomiędzy całkowitą, indywidualną subiektywnością, a bezwarunkową, absolutną fizyczną obiektywnością. Konieczność istnienia takiego trzeciego fizycznego stanu postulował Michael Talbot w swoich książkach dotyczących zjawisk z pogranicza nauki, w których przedstawiał zarys holograficznej natury rzeczywistości. W tym celu Michael Talbot ukuł w języku angielskim nowy termin: omnijective, jako coś pośredniego między fizycznym, empirycznym "objective", a prywatnym "subjective".

    Aby spróbować to lepiej zilustrować, odwołam się w tym celu do jednej z kilku akceptowanych przez świat fizyki interpretacji zjawisk mechaniki kwantowej, która kładzie nacisk na aktywną, wręcz twórczą rolę umysłu obserwatora (świadomości) w procesie obserwacji pewnych zjawisk w mikroskali, czyli w procesie tzw. pomiaru kwantowego, który stanowi ostateczny czynnik decydujący o tym, jakie atrybuty cząstek elementarnych "zmaterializują" się fizycznie w danym eksperymencie. Jest to jeden z najbardziej fascynujących aspektów fizyki kwantowej; nie będę go tu jednak szerzej omawiał. Dodam tylko, że na przykład dualizm korpuskularno-falowy wyraźnie wskazuje na to, że natura cząstek elementarnych, fundamentalnych "cegiełek", z których składa się materia i energia, nie jest aż tak jednoznaczna, jak byśmy mogli się tego spodziewać.

    Podejrzewam, że czas, tak jak go wszyscy razem doświadczamy, może być efektem kwantowym w makroskali, w tym sensie, że stanowił by lokalny rezultat sumy "pomiarów" kwantowych ciągle dokonywanych przez umysły danej populacji (co nie ma w najmniejszym stopniu nic wspólnego z tzw. kwantowym czasem Plancka). Innymi słowy, czas istniał by w fizycznej rzeczywistości zewnętrznej, ale w tym sensie, że był by tam rezultatem całkowicie zależnym w swoim istnieniu od grupy umysłów obserwatorów, ich świadomości, które całkowicie subiektywnie, acz wspólnym "wysiłkiem", determinowały by jego istnienie tamże, urzeczywistniając go. Zatem czas mógłby wtedy istnieć pół-obiektywnie (inter-subiektywnie; omni-subiektywnie), posiadając nowy, kwantowy, ontologiczny status fizycznie "subiektywnej obiektywności".

    Podobną koncepcję, w ramach ogólnej teorii względności, proponuje ks. prof. Michał Heller. Z kosmologicznej perspektywy ogólnej teorii względności, Wszechświat może być przedstawiony, jako "blok" (tzw. block-Universe), obejmujący istniejące aktualnie: przeszłość, teraźniejszość i przyszłość. W swojej pracy, „Ontologiczne zaangażowanie współczesnej fizyki”, ks. prof. Heller napisał: „Wrażenie płynięcia czasu — przemijania — powstaje w naszej świadomości, która tylko jakby w jednym punkcie styka się z czasoprzestrzenią i ten punkt styku nieustannie przesuwa się w kierunku, który nazywamy przyszłością (podobnie, jak toczące się koło tylko w jednym punkcie swojego obwodu styka się z nieruchomą drogą).” Jest to bardzo ciekawa hipoteza. Wrażenie upływu czasu powstawało by w naszej "toczącej się naprzód" świadomości, która jak koło, styka się z czasoprzestrzenią w jednym punkcie i toczy się w kierunku przyszłości. Takie ujęcie problemu efektywnie przesuwa naszą uwagę z nieistniejącego w rzeczywistości zewnętrznej, hipotetycznego obiektywnego czasu fizycznego na subiektywne doświadczenie zachodzące w naszej "toczącej się naprzód" świadomości. W ten sposób, zamiast być zaledwie pasywnym obserwatorem rzeczywistości, świadomość staje się podmiotem aktywnie ją kształtującym, podobnie, jak sugerują to niektóre interpretacje mechaniki kwantowej. Jakie są prawa, według których funkcjonuje ludzka świadomość? W jaki sposób toczy się ona naprzód? Czy dzięki dalekowschodnim technikom medytacji można by sprawić, aby nasza świadomość toczyła się wolniej, szybciej, w innym kierunku lub stykała się z czasoprzestrzenią w więcej niż jednym punkcie? Niewykluczone. Bo czym jest świadomość? Czym jest umysł świadomego obserwatora? W ramach obecnie miłościwie nam panującego przestarzałego paradygmatu Materializmu Naukowego, nie tylko, że na te pytania nie ma odpowiedzi, to w ogóle takich pytań się nie stawia. Zamiast próbować badać czas na zewnątrz nas, jako obiektywną wielkość fizyczną, powinniśmy raczej zacząć badać "czas" wewnątrz nas, jako subiektywne doświadczenie zachodzące w umyśle obserwatora.


     -- A C C U T R O N --

     -- A C C U T R O N --


    Czas, jako hipotetyczny efekt kwantowy, na zasadzie sprzężenia zwrotnego, mógłby oddziaływać na obserwatorów dokładnie tak samo silnie, a może nawet bardziej, niż fizyczne piękno top modelek, które jednak, nawet ćwierć obiektywnie, nie istnieje w fizycznej rzeczywistości zewnętrznej. W ostatecznym rozrachunku, czas byłby chyba jednak trochę mniej subiektywny, niż zewnętrzne piękno, jednak nie na tyle, aby był już fizycznie mierzalny. Oczywiście, to wszystko pod warunkiem, że te moje najogólniejsze, śmiałe, intuicyjne spekulacje są w ogóle coś warte. Dodatkowo, wnikliwy czytelnik mógłby od razu wysunąć jeszcze dwie zasadnicze obiekcje wobec moich propozycji, które postaram się tu z wyprzedzeniem zaadresować.

    Pierwsza obiekcja to taka, że rezultaty pomiaru kwantowego występują jedynie w mikroskali. Tak do niedawna uważała oficjalna nauka. Od pewnego czasu pojawiały się jednak anomalne wyniki eksperymentów w skali makro sugerujące coś innego. Natomiast niedawno, Profesor Uniwersytetu Oxford, Vlatko Vedral, przedstawił matematyczne podstawy tego, że efekty kwantowe z poziomu mikroskali mogą naturalnie pojawiać się w dowolnej makroskali. Opracował on mianowicie nową metodę ilościowego opisu splątania kwantowego, którą następnie zastosował do makroskopowych układów fizycznych.

    Druga obiekcja jest taka, że jeżeli istnienie czasu zależało by fundamentalnie od umysłów obserwatorów, to jakiś obserwator mógłby zdecydować się wpłynąć na sposób, w jaki czas wydaje się funkcjonować, a wtedy wszystko nie musiało by być już tak ładnie zsynchronizowane. Odpowiedzieć na ten zarzut można poprzez analogię do tego, jak pewne funkcje biologiczne organizmu też nie podlegają naszej woli; na przykład we śnie nie zapominamy o tym, aby oddychać lub aby biło nasze serce. W tym sensie, czas, mimo, że był by zależny od umysłów obserwatorów, to niekoniecznie od razu w taki sposób, aby każdy potrafił nim manipulować według własnego widzi-mi-się. Ponadto, czas będąc rezultatem grupowego działania umysłów całej populacji nie mógł by być łatwo zmodyfikowany przez pojedynczą osobę lub nawet przez stosunkowo małą grupę.

    Istnieje druga strona medalu, a mianowicie taka, że odpowiednio odizolowana jednostka lub grupa mogła by żyć w czasie o innej "wibracji", ale nie dlatego, że poruszali by się z dużą prędkością, tak jak chciał tego Albert Einstein, a dlatego, że jakość ich umysłów była by inna. Zmiana jakości ich umysłów mogła by przypuszczalnie wynikać z praktyki medytacji lub ogólnie z ich rozwoju duchowego. Zostało to eksperymentalnie potwierdzone przez naukowców, że pewne dalekowschodnie systemy medytacji, takie, jak m.in. buddyzm, pozwalają osiągać odmienne stany świadomości, a to może stanowić przyczynę, że subiektywne doświadczenie czasu może również być odmienne. Sam Albert Einstein był przekonany, iż: „Religia przyszłości będzie religią kosmiczną. Powinna ona przekraczać koncepcję Boga osobowego oraz unikać dogmatów i teologii. Zawierając w sobie zarówno to, co naturalne, jak i to, co duchowe, powinna oprzeć się na poczuciu religijności wyrastającym z doświadczania wszelkich rzeczy naturalnych i duchowych jako pełnej znaczenia jedności. Buddyzm odpowiada takiemu opisowi. [...] Jeżeli istnieje w ogóle religia, która może sprostać wymaganiom współczesnej nauki, to jest nią buddyzm.”


  27. KONWENCJONALNA NATURA CZASU
  28. Jeżeli ostateczna natura czasu jest aż tak subiektywna, to jak odnieść do niej nasze obiektywne kalendarze i zegarki? Nasze kalendarze i zegarki odnoszą się tylko do obiektywnych cykli natury, a nie do naszego subiektywnego doświadczenia czasu.


    Ruch obrotowy naszej planety wokół własnej osi


    Istnieje obiektywny, cykliczny ruch obrotowy naszej planety wokół własnej osi (doba). Istnieje obiektywny, cykliczny ruch naszej planety wokół jej gwiazdy macierzystej (rok). Istnieje obiektywny cykl lunarny (miesiąc księżycowy). To chyba wszystko, co można by uznać za obiektywne, dostrzegalne gołym okiem podstawy, na bazie których wprowadzamy do użytku tzw. czas konwencjonalny, aby spełniał funkcję praktycznego i wygodnego układu odniesienia. Istnieją jeszcze inne cykle, takie, jak na przykład cykliczne równonoce oraz cykle związane z astronomicznymi obserwacjami ruchu tzw. gwiazd "stałych" po ekliptyce, lecz są one mniej oczywiste, gdyż trudniejsze do zaobserwowania.

    Podział doby na 24 godziny, podział godziny na 60 minut, a minuty na 60 sekund itd., są całkowicie arbitralne i nie mają obiektywnych podstaw w naszych obserwacjach natury. Wystarczy wyobrazić sobie, że NASA ustanowiła kolonię na Marsie. Czy marsjańscy koloniści mogli by w dalszym ciągu używać ziemskich zegarków? Nie, gdyż na każdej planecie układu słonecznego doba ma inną długość. Mars ma dwa księżyce, więc trudno mówić o jednym, naturalnym miesiącu księżycowym.

    Czy cykliczny ruch w naturze, to czas? Nie. Ruch, to ruch, a czas, to czas. To nie czas upływa w czasie i to nie ruch odbywa się w ruchu. To ruch odbywa się w czasie. Nie ma powodu, aby mylić jedno z drugim. W fizyce, ruch (prędkość) jest bowiem funkcją czasu.

    Cykle natury istnieją obiektywnie, niezależnie od naszych arbitralnych decyzji i subiektywnych odczuć. Z punktu widzenia naszego doświadczenia istnieje coś, co można by nazwać "czasem" konwencjonalnym, którego obiektywną podstawą są cykle natury. Czas konwencjonalny jest subiektywny, ale jego podstawa jest obiektywna, dlatego łatwo ulegamy złudzeniu, jakoby czas konwencjonalny był obiektywny i mógł istnieć samodzielnie, niezależnie od naszych wniosków wynikających z arbitralnych podziałów cykli natury, jako osobny, fundamentalny wymiar zewnętrznej rzeczywistości fizycznej. Profesor Kenneth Denbigh w swojej książce „Świat i czas” zauważa, że: „Pojęcie czasu tworzy się z różnych elementów, zarówno psychologicznych, jak i fizycznych. "Czas" jest czymś, co konstruujemy — chociaż oczywiście bez pełnej swobody, gdyż ma on odpowiadać faktom z doświadczenia. Ale z pewnością czas nie ma w sobie nic z przedmiotowości; czas jest abstrakcją.”

    Weźmy jakiś cykl natury, na przykład wiosna, lato, jesień i zima. Teraz weźmy krótszy od niego cykl, od jednego wschodu słońca do następnego wschodu słońca. To są obiektywne podstawy czasu, ale to jeszcze nie czas, tylko cykliczne ruchy. Teraz dopiero policzmy ile krótszych cykli mieści się w jednym dłuższym cyklu. Wynik tej operacji, czyli liczba reprezentująca ilość krótszych cykli przypadających na jeden dłuższy cykl, powiedzmy 365, to jeszcze nie czas, tylko liczba. Teraz dokonajmy magicznej sztuczki. Nazwijmy krótszy cykl "jednostką czasu". Wtedy wynik, czyli liczba wyrażająca ilość krótszych cykli, stanie się "czasem" – 365 dni (dób). To, że za krótszy cykl przyjmiemy pewne zjawisko zachodzące w atomie cezu 133 niczego jakościowo nie zmienia.

    To, co nazywamy "czasem", to nic innego, jak wynik wykonanego przez nas matematycznego obliczenia ilości krótszych cykli mieszczących się w jednym dłuższym cyklu. Nic więcej.

    Gdzie istnieje ten wynik? Czy istnieje on fizycznie w zewnętrznej rzeczywistości, niezależnie od umysłu obserwatora? Czy można obiektywnie zaobserwować ten wynik w zewnętrznej rzeczywistości, zanim zostanie obliczony w umyśle obserwatora? Nie. Istnieje on jedynie w umyśle obserwatora, jako logiczno-matematyczna konkluzja procesu myślowego, w formie pamięci. Już w V wieku p.n.e. grecki filozof sofista Antyfon w zachowanym do naszych czasów fragmencie swojego dzieła „O Prawdzie” twierdził, że: „Czas nie jest rzeczywistością, ale jest tylko koncepcją.”

    Zadajmy sobie teraz pytanie. Czy taka całkowicie subiektywna logiczno-matematyczna konkluzja procesu myślowego w formie pamięci, wewnątrz umysłu obserwatora, może obiektywnie ulegać spowolnieniu na zewnątrz umysłu obserwatora pod wpływem prędkości? Moim zdaniem, to całkowicie absurdalny pomysł.

    Nasze "czasomierze" (chronometry), czyli wszystkie zegary na Ziemi są umownie zsynchronizowane z cyklicznymi ruchami naszej planety. Aby nasz system "fabrykowania" czasu mógł być użyteczny dla wszystkich mieszkańców Ziemi, to jego preferowanym układem odniesienia muszą być cykliczne ruchy naszej planety. Mimo, że w przypadku kalendarzy, w zależności od cywilizacji, kultury lub religii, "początek" kalendarza mógł przypadać na arbitralnie wybrany w tym celu dzień będący istotnym, acz subiektywnym, momentem ich historii, to warto zauważyć, że chyba nigdy nie zaproponowano takiej jednostki czasu, która nie była by zsynchronizowana z cyklicznymi ruchami naszej planety.

    Wyobraźmy sobie, że żyjemy gdzieś, gdzie w ogóle nie jesteśmy w stanie obserwować cyklicznych ruchów w naturze, ani bezpośrednio, ani pośrednio. Na przykład głęboko pod ziemią w rozległym systemie jaskiń. Pod warunkiem, że nie wiemy, co to jest zegarek, jak moglibyśmy odkryć lub stworzyć pojęcie równomiernie upływającego czasu? Ani oddech, ani bicie serca, nie są zawsze równomierne. Warto się nad tym przez chwilę zastanowić.

    Moglibyśmy przysięgać na wszystko, co drogie nam jest i święte, że czas jest jednak obiektywny. Dlaczego? Powodem, dla którego odnosimy tak silne wrażenie, że czas jest obiektywny fizycznie, są jego obiektywne fizyczne podstawy, czyli cykle natury. Złudzenie, że potrafimy dostrzegać obiektywny upływ czasu w rzeczywistości zewnętrznej wynika z tego, że widzimy przebieg obiektywnych cykli natury. Nie ma powodu, aby dłużej mylić subiektywny czas z jego obiektywną podstawą, bo czas, to czas, a ruch, to ruch.

    Profesor Kenneth Denbigh w swojej książce „Świat i czas” doradza nam, że: „Można uniknąć wielu paradoksów w dyskusji o czasie, jeżeli mocno będziemy się trzymać myśli, że tylko zmiana jest rzeczywistością fizyczną, podczas gdy "czas" nie jest niczym więcej niż pewnym bytem pojęciowym.”

    Należało by podkreślić, że pojęcie czasu jest pojęciem bardzo złożonym i silnie zależnym od kontekstu. Bywa ono często wieloznaczne, żeby nie powiedzieć przerażająco nie jednoznaczne. Nie chodzi bowiem o to, aby zaproponować wzorcowy oscylator, taki jak zegar atomowy na bazie atomów cezu 133 i przyjąć jego cykliczne emisje energii za "jednostkę" wzorcową. Ale z jakiego to powodu akurat atomy cezu są takim oczywistym, naturalnym kandydatem na "jednostkę" wzorcową czasu? Co je tak bardzo wyróżnia ze wszystkich innych atomów w tym względzie? Nic. Po prostu akurat wygodnie pasowały do wcześniej stosowanej długości sekundy.

    Istnieją wynikające z obserwacji pojęcia tzw. "strzałek" w termodynamice i elektromagnetyzmie i na tej podstawie przyjmujemy, w zgodzie z nimi, wyróżniony kierunek "strzałki" czasu. Mimo, że wygląda to, jak dobry pomysł, to opinie wśród fizyków i filozofów są ostro podzielone do tego stopnia, że spór o to toczy się od wielu lat.

    W dużym uproszczeniu, nasze problemy z czasem pojawiają się w kontekście klasycznej już sytuacji. Jest rzeczywistość fizyczna (czymkolwiek by ona nie była), jest nasze doświadczenie tej rzeczywistości poprzez narządy zmysłów oraz są różne "języki", którymi opisujemy nasze doświadczenie rzeczywistości w nadziei, że opisujemy ją samą. Tak na marginesie, to moim zdaniem, w pewnym sensie, błędne jest myślenie, że skoro używamy urządzeń technicznych, jak na przykład mikroskopu w laboratorium lub akceleratora cząstek, to już nie doświadczamy rzeczywistości poprzez narządy naszych zmysłów. Samo takie urządzenie jest bowiem integralną częścią rzeczywistości, którą za jego pomocą właśnie próbujemy badać, a urządzenie to postrzegamy przecież poprzez narządy naszych zmysłów. Także nic się jeszcze jakościowo nie zmieniło. Zmiana była na razie jedynie ilościowa.

    Wnioskując z dokonań i sukcesów fizyków wygląda, że te trzy "obszary" mogą mieć jakieś punkty wspólne, to znaczy, nasze doświadczenie i próby jego opisu w języku matematyki najprawdopodobniej mają jednak coś wspólnego z samą rzeczywistością. Z drugiej strony nie wolno nam zapominać, że te trzy obszary: rzeczywistość fizyczna, nasze doświadczenie zmysłowe tej rzeczywistości oraz modele matematyczne, to trzy zasadniczo różne obszary, które czasami mogą nie mieć ze sobą nic wspólnego. Moim zdaniem, przykładem modelu matematycznego czasu, który jest nie adekwatny, jest model używający matematycznego pojęcia punktu do modelowania fizycznych momentów czasu, gdyż nie jest to wbrew pozorom problem ilościowy, problem przybliżenia, ale problem zasadniczo jakościowy, gdyż, jak to już zauważyliśmy w rozdziale trzecim, czas po prostu nie może fizycznie upływać w momentach o zerowej długości.

    Ponieważ model alternatywny do "punktowych" momentów czasu nieskończenie podzielnego, czyli model "kwantowych" momentów czasu, jest równie nie adekwatny, jak to próbowałem pokazać w rozważaniach z końca rozdziału trzeciego, to chyba należałoby wyciągnąć z tego taki wniosek, że, niestety, nie może istnieć żaden adekwatny, matematyczny model fizycznego czasu. Oczywiście, nie mam tu na myśli kalendarzy i zegarów. Warto sobie zadać pytanie, z czego mogło by to wynikać? Czy z ograniczeń samego języka matematyki? A może jednak z natury samego czasu?

    Wydaje mi się, że nie może też istnieć adekwatny, matematyczny model zewnętrznego piękna fizycznego, dlatego, że piękno jest subiektywnym, prywatnym doświadczeniem wewnątrz umysłu obserwatora i tak naprawdę nie istnieje na zewnątrz, w obiektywnej rzeczywistości fizycznej; piękno nie jest obiektywnie, empirycznie mierzalne.

    Być może właśnie z tego powodu, że sam czas lub jego upływ, nie są obiektywnie, empirycznie mierzalne w fizycznej rzeczywistości zewnętrznej, wynika, że nie może istnieć żaden adekwatny, matematyczny model fizycznego czasu?

    Nie istnieje żaden adekwatny, matematyczny model fizycznego czasu; nie istnieje on, bo jest to po prostu niemożliwe; jest to niemożliwe z tego powodu, że czas nie jest obiektywnie, empirycznie mierzalny w fizycznej rzeczywistości zewnętrznej; nie jest on tam mierzalny, bo go tam po prostu nie ma; nie ma go tam dlatego, że jest subiektywnym, prywatnym doświadczeniem wewnątrz umysłu obserwatora.


  29. DO CZEGO SŁUŻY ZEGAR
  30. Aby zrozumieć naturę czasu, należy zrozumieć do czego służą nam zegary. Koncepcja zegara pojawia się właśnie w kontekście omawianej wyżej koncepcji czasu konwencjonalnego. Ponieważ zegar nie jest technicznym urządzeniem do fizycznego pomiaru przepływu rzekomo fizycznie istniejącego, obiektywnego czasu, jako wielkości fizycznej, powinniśmy znaleźć jasną odpowiedź na pytanie, jaką funkcję w takim razie pełni zegar?


     Jaką funkcję pełni zegar?


    Aby zrozumieć zasadniczą funkcję zegara, odwołamy się do analogii związanej z przestrzenią. Rozważymy ideę tzw. punktu orientacyjnego. Najprościej rzecz ujmując, punkt orientacyjny to miejsce, które możemy łatwo i jednoznacznie zidentyfikować i znaleźć. Możemy go na przykład użyć do tego, aby się tam spotkać, czyli znaleźć się w tym samym miejscu. Możemy go na przykład użyć do tego, aby względem niego — w relacji do niego — określić położenie innych osób lub rzeczy. Na przykład, jeżeli za punkt orientacyjny podczas zawodów sportowych przyjmiemy linię mety, to patrząc na "stop-klatkę" filmu możemy określić, kto jest już za metą, kto jest akurat na mecie, a kto jest jeszcze przed metą. Odnosząc się do punktu orientacyjnego w przestrzeni, możemy określić położenie osób lub rzeczy w przestrzeni, w relacji do niego. Dobrym punktem orientacyjnym w Warszawie jest Pałac Kultury. Z osobą, która nigdy nie była w Warszawie, możemy umówić się na spotkanie właśnie pod Pałacem Kultury, gdyż łatwo go znaleźć. Ale miejsce w przestrzeni, to nie wszystko, jeżeli chodzi o spotkanie. Aby się spotkać, musimy być nie tylko w tym samym miejscu, ale równocześnie w tym samym momencie. Potrzebujemy nie tylko punktu orientacyjnego w przestrzeni, ale również punktu orientacyjnego w czasie. Punkt orientacyjny w przestrzeni to miejsce, ale czym ma być punktu orientacyjny w czasie?

    Punkt orientacyjny w czasie, to zdarzenie, na przykład wschód Słońca, lub zachód Słońca. Możemy na przykład umówić się na spotkanie pod Pałacem Kultury, tak romantycznie, o zachodzie Słońca. Problem w tym, że takie naturalne zdarzenia są mało precyzyjne i jest ich stosunkowo niewiele. Najwygodniej było by mieć do dyspozycje bardzo wiele bardzo precyzyjnie określonych zdarzeń orientacyjnych do wyboru. Tego właśnie dostarcza nam zegar. Dodatkowo, bardzo łatwo jest przewidzieć, co się zdarzy na zegarze. Taki właśnie powinien być zegar — łatwo przewidywalny.

    Tak się akurat składa, że na szczycie Pałacu Kultury jest zegar. Wskazówki zegara przesunęły się. To jest zdarzenie orientacyjne — punkt orientacyjny w czasie. W relacji do tego zdarzenia orientacyjnego możemy rozpatrywać inne zdarzenie — czy osoba, z którą mieliśmy się spotkać jest pod Pałacem Kultury wtedy, gdy wskazówki zegara przesunęły się na pewną określoną pozycję (równoczesność dwóch zdarzeń)? Czy ta osoba była tam już wcześniej, zanim wskazówki zegara przesunęły się na pewną określoną pozycję lub później, już po tym zdarzeniu orientacyjnym?

    Zatem, do czego służy nam zegar? Zegar dostarcza nam wielu precyzyjnych i łatwo przewidywalnych zdarzeń orientacyjnych. To jest jego jedyna, zasadnicza funkcja. Teoretycznie, tarcza zegara mogła by być podzielona na inną liczbę części, a jego "tykanie" (zdarzenia orientacyjne) nie musiały by być zsynchronizowane z takimi zdarzeniami w naturze, jak na przykład słoneczne cykle dobowe. Oczywiście, ze względów praktycznych najlepiej jest, aby zdarzenia na tarczy zegara były jednak zsynchronizowane ze zdarzeniami w naturze. Nawet przy takiej synchronizacji, podział tarczy zegara jest w dalszym ciągu całkowicie arbitralny.

    Zatem, funkcjonowanie zegara, to nie techniczny pomiar fizycznego upływu czegoś niewidzialnego, ale po prostu tylko jeszcze jedno zdarzenie — zmiana położenia wskazówek. „Można uniknąć wielu paradoksów w dyskusji o czasie, jeżeli mocno będziemy się trzymać myśli, że tylko zmiana jest rzeczywistością fizyczną, podczas gdy "czas" nie jest niczym więcej niż pewnym bytem pojęciowym.” — jak trafnie zauważył już profesor Kenneth Denbigh. Jest to koncepcja tzw. czasu relacyjnego. Koncepcja czasu relacyjnego, wynikająca z idei opisanego powyżej czasu konwencjonalnego, jest jedynie bytem pojęciowym, a zatem nie jest to czas, jako wielkość fizyczna, bo nie jest on empirycznie mierzalny. To, że nie jest on empirycznie mierzalny, nie oznacza, że nie jest matematycznie obliczalny. Matematyczne obliczenia, to byty pojęciowe.


    Czy czas płynie jak rzeka?


    Igor Nowikow ukończył Uniwersytet Moskiewski im. M. Łomonosowa w 1959 roku. Trzy lata później trafił do grupy astrofizyków kierowanej przez legendarnego Jakowa Zeldowicza. Od początku swojej działalności naukowej zajmował się czarnymi dziurami i kosmologią. Do jego największych osiągnięć należy sformułowanie hipotezy, że czarne dziury mogą być związane z obiektami, które emitują promieniowanie rentgenowskie. Wspólnie z A. Doroszkiewiczem, na podstawie analizy tła promieniowania Galaktyki, Nowikow wykazał, że mikrofalowe promieniowanie tła będące pozostałością po Wielkim Wybuchu powinno dominować na centymetrowych falach radiowych. Nowikow jest znakomitym wykładowcą i popularyzatorem. Wraz z Zeldowiczem napisał pierwszą monografię astrofizyki relatywistycznej. Jest autorem książek: „Czarne dziury i Wszechświat” oraz „Rzeka czasu. Czarne dziury, białe dziury i podróże w czasie”, które stały się przewodnikami po wspaniałym świecie współczesnej kosmologii. Obecnie Nowikow kieruje Centrum Astrofizyki Teoretycznej w Kopenhadze.

    Igor Nowikow w swojej książce "Rzeka czasu" tak próbuje wyjaśnić paradoks bliźniąt: „W 1911 roku francuski fizyk Paul Langevin rozważał następujący eksperyment myślowy. Wyobraźmy sobie dwóch braci bliźniaków. Jeden z nich wyrusza w podróż rakietą kosmiczną, a drugi pozostaje na Ziemi. Gdy podróżnik wraca do domu, jest młodszy od swego brata bliźniaka. Dla astronauty stanowi to jawny dowód na to, że odbył podróż w przyszłość. Zdaniem niektórych teoretyków jest to niemożliwe. Twierdzą oni, że z teorii Einsteina wynika względność ruchu. Wobec tego astronauta może uważać, że to on pozostaje w spoczynku, a Ziemia wraz ze wszystkimi ludźmi ucieka w kosmos w przeciwnym kierunku. Z jego punktu widzenia zegary na Ziemi tykają wolniej niż zegar pokładowy. Astronauta wyciąga zatem wniosek, że gdy dojdzie do ponownego spotkania, brat bliźniak będzie młodszy. Otrzymujemy w ten sposób jawny paradoks. Obaj bracia twierdzą, że to ten drugi będzie młodszy. Który z nich ma rację? Gdy dojdzie do spotkania, zapewne wystarczy, by spojrzeli na siebie, a dowiedzą się prawdy. To właśnie jest ów słynny „paradoks bliźniąt”. Specjaliści bardzo szybko wyjaśnili ten problem, ale dla nie wtajemniczonych paradoks bliźniąt był dowodem niepoprawności teorii względności jeszcze przez wiele lat. Niestety, takie wywody wciąż można spotkać w literaturze. Który z braci jest starszy i dlaczego? Sedno sprawy kryje się w tym, że argumenty dotyczące spowolnienia czasu są ważne tylko w układach odniesienia poruszających się ze stałą prędkością. Fizycy mówią, że wzory Einsteina obowiązują (w takiej postaci, jaką on im nadał) tylko w inercjalnych układach odniesienia. Pasażer nie zauważa ruchu statku lub rakiety tylko wtedy, gdy pojazd ani nie przyspiesza, ani nie zwalnia. Nie ma natomiast wątpliwości, że astronauta czuje przyspieszenie podczas startu. Zapewne wszyscy słyszeli o przeciążeniu, jakiemu podlegają astronauci podczas startu i lądowania. Nie ma zatem wątpliwości, że sytuacja brata na Ziemi nie jest równoważna sytuacji astronauty w rakiecie. Ziemię można uważać, w pewnym przybliżeniu, za inercjalny układ odniesienia, natomiast astronauta, by powrócić do domu, musi wpierw wyhamować rakietę, następnie zawrócić i przyspieszyć do dużej prędkości, po czym raz jeszcze wyhamować, by bezpiecznie wylądować. Rzecz jasna, podczas hamowania i przyspieszania układ związany z rakietą nie jest inercjalny i astronauta odczuwa przeciążenie. W tym okresie nie obowiązują wzory Einsteina, dostosowane do układów inercjalnych, astronauta nie ma podstaw, by uznać, że to zegary na Ziemi chodzą wolniej. Nie będę tu szczegółowo analizował całego doświadczenia. Teoretycy wiedzą, jak obliczyć upływ czasu w układzie odniesienia poruszającym się z przyspieszeniem. Okazuje się, że nie ma tu żadnych sprzeczności i rację ma brat, który pozostał na Ziemi, ponieważ przez cały czas znajdował się w inercjalnym układzie odniesienia, podczas gdy rakieta poruszała się z przyspieszeniem. Naiwne przekonanie astronauty, że w tym okresie zegar na Ziemi chodził wolniej, jest błędne.”

    W swojej książce "Rzeka czasu" Igor Nowikow tak kontynuuje swoje wyjaśnienia dotyczące zawiłości związanych z relatywistyczną dylatacją czasu: „Z punktu widzenia zewnętrznego obserwatora puls astronauty, tykanie zegara i wszystkie inne procesy zachodzące w rakiecie ulegają jednakowemu spowolnieniu. Wobec tego względna częstość pulsu astronauty i tyknięć zegara nie ulega zmianie. Powiedzmy, że serce astronauty wykonuje jeden skurcz na sekundę. Według czasu astronauty (tak zwanego czasu własnego) wszystkie procesy zachodzą z taką samą szybkością, jakby rakieta spoczywała. Natomiast wedle obserwatora zewnętrznego czas własny astronauty biegnie wolniej niż czas laboratoryjny. Nie ulega zatem wątpliwości, że rzeka czasu nie płynie wszędzie z taką samą prędkością. Astronauta nie może również wykryć skrócenia podłużnych rozmiarów rakiety. Każda miarka lub inny wzorzec odległości, którym mógłby się posłużyć, ulega takiemu samemu skróceniu jak rakieta, a zatem długość rakiety wyrażona za pomocą takich jednostek nie ulega zmianie po tym, jak rakieta nabrała wielkiej prędkości. Astronauta nie obserwuje zatem nic szczególnego! Nie odczuwa ruchu z wielką prędkością. Rzecz jasna, ten wniosek pozostaje w pełnej zgodzie z pierwszym postulatem teorii względności, który stwierdza, że wszystkie zjawiska w poruszającej się rakiecie zachodzą dokładnie tak samo, jak w rakiecie w stanie spoczynku. Skoro ruch jednostajny prostoliniowy jest względny i nie istnieje ruch absolutny, to astronauta ma pełne prawo uważać, że to on spoczywa, a obserwator na Ziemi leci w przeciwnym kierunku [zasada względności ruchu]. Astronauta dochodzi wówczas do wniosku, że czas na Ziemi płynie wolniej niż w jego rakiecie. Czytelnik, dla którego jest to pierwszy kontakt z teorią względności i który zapomniał, co mówił mu nauczyciel fizyki w szkole, ma prawo zadać następujące pytanie: „Jak to możliwe? Ziemski obserwator uważa, że wolniej płynie czas astronauty, natomiast astronauta twierdzi, iż jest odwrotnie. Jak jest naprawdę? Mogę uwierzyć, że czas ulega spowolnieniu, choć niełatwo mi to przełknąć, ale czy wolniej płynie czas astronauty, czy obserwatora na Ziemi? Jak powiedział Kubuś Puchatek: "Zwykle tak bywa, że ogon jest albo go nie ma. Co do tego nie można się pomylić!" W rzeczywistości - choć to zapewne wydaje się dziwne - tak być nie musi. Nietrudno jest to wyjaśnić. Dla porównania przypomnijmy argument Galileusza na temat spadania ciał w kabinie poruszającego się statku. Zdaniem pasażera w kabinie upuszczony przedmiot spada prosto do jego stóp. Według obserwatora zewnętrznego spadający przedmiot porusza się wraz ze statkiem i jego trajektoria ma kształt paraboli. Ktoś mógłby zapytać: jak ostatecznie porusza się ten przedmiot, po prostej czy po paraboli? Jest oczywiste, że pytanie o prawdziwy kształt trajektorii nie ma sensu. Kształt trajektorii zależy od przyjętego układu odniesienia. Trajektoria jest „naprawdę" prosta dla obserwatora na statku i „naprawdę" paraboliczna dla obserwatora na brzegu. Nie ma tu żadnej sprzeczności. Podobnie wygląda problem spowolnienia czasu. Czas astronauty płynie „naprawdę" wolniej dla obserwatora na Ziemi, natomiast według astronauty „naprawdę" wolniej zachodzą wszystkie procesy na Ziemi. Nie ma tu żadnej sprzeczności. Ten wniosek wypływa z teorii względności. Rzecz jasna, nie jest łatwo się z tym wszystkim pogodzić.”

    Doktor Jerzy Gołosz w korespondencji do mnie, oceniając moją pracę, napisał: „Nie rozumie Pan Einsteina; nie uznawał on istnienia upływu czasu i nie utożsamiał oczywiście upływu czasu z tykaniem zegarów. Zegary służą u Einsteina do pomiaru czasu i to wszystko.” Hmmm... Czy zegary służą u Einsteina do pomiaru czasu, którego upływ nie istnieje? Jeżeli Einsteina rzeczywiście nie uznawał istnienia upływu czasu, to jak mamy w takim razie rozumieć dylatację — to, że czas upływa wolniej? Nigdy nie twierdziłem, że całkowicie rozumiem Einsteina. Być może nie jestem w tym odosobniony. Einstein używał zegarów do pomiaru czasu i jednocześnie nie uznawał on istnienia upływu czasu. Skoro Einstein nie uznawał istnienia upływu czasu, to być może lepiej byłoby, gdyby do pomiaru czasu używał on zegarów, które przestały "chodzić" i nie tykają? Jeżeli tykający zegar reprezentuje upływ czasu, to wydaje mi się, że zegar, który nie tyka, najlepiej reprezentował by nieistnienie takiego upływu.

    Kto wie, być może Einstein, jako człowiek, rzeczywiście nie uznawał istnienia upływu czasu. Ale w przeciwieństwie do Einsteina, jego teoria uznaje już istnienie upływu czasu. Świadczy o tym chociażby różne tempo starzenia się bliźniaków ze wspomnianego paradoksu. Doktor Mateusz Hohol tak o tym napisał w swoim eseju, „Dlaczego Julian Barbour ogłosił koniec czasu?”: „W wynikającej z ogólnej teorii względności ontologii Wszechświata-bloku (tzw. block-Universe), Wszechświat może być rozważany, jako "blok" obejmujący istniejące aktualnie: przeszłość, teraźniejszość i przyszłość. [...] Warto zwrócić uwagę, że Wszechświat-blok nie jest filozoficzną koncepcją "nadbudowaną" na teorii względności, ale naturalną ontologią tej teorii. Z drugiej strony jednak ontologia, w której czas rzeczywiście płynie, jest również możliwa z punktu widzenia teorii względności, co jest ciekawym przypadkiem do refleksji na gruncie filozofii nauki.”

    Igor Nowikow w podsumowaniu napisał, że: „Czytelnicy, którzy nie w pełni to wszystko zrozumieli, nie powinni wpadać w rozpacz. Po tym, jak Einstein ogłosił swoją teorię, całkiem liczna grupa wybitnych fizyków potrzebowała długiego czasu, aby ją zrozumieć. Przeciętni uczeni, nie mówiąc już o ludziach nie znających fizyki, mieli ogromne trudności z zaakceptowaniem teorii, która obaliła wszystkie koncepcje czasu i przestrzeni, do których nawykli. Wielu z nich próbowało znaleźć błędy i sprzeczności w teorii Einsteina. Tego rodzaju próby nie ustały nawet po kilkudziesięciu latach od powstania teorii względności. Na przykład w 1931 roku, ćwierć wieku od opublikowania pracy Einsteina o teorii względności, w Lipsku została wydana książka, zatytułowana: 100 autorów przeciw Einsteinowi. Stu ekspertów całkowicie odrzuciło teorię względności i wynikające z niej wnioski.”

    Zapewne mieli ku temu jakieś nie trywialne powody...


     Jaką funkcję pełni zegar?


    Wróćmy do szczególnej teorii względności Einsteina. Początkowo Einstein pozostawał pod silnym wpływem Ernsta Macha i wtedy czas miał dla niego właśnie naturę relacyjną, czyli nie fizyczną, która mogła być praktycznie wyrażona, jako pozycja wskazówek zegarka (jak wyżej). Gdy fizycy opisują dylatację czasu w szczególnej teorii względności w kontekście czasu relacyjnego, opisują ją w następujący sposób. Obserwator na Ziemi obserwuje zegar w rakiecie kosmicznej poruszającej się z prędkością zbliżoną do prędkości światła. W porównaniu z zegarem obserwatora na Ziemi, zegar w rakiecie kosmicznej "chodzi" wolniej. A co zaobserwuje kosmonauta w rakiecie patrząc na zegar na Ziemi? Einstein twierdził, że w tej sytuacji ruch jest względny, tzn. z punktu widzenia kosmonauty w rakiecie, to Ziemia się porusza, oddala, "ucieka" z prędkością zbliżoną do prędkości światła, a zatem, gdy kosmonauta będzie obserwował zegar na Ziemi, również zauważy, że "chodzi" on wolniej niż jego zegar w rakiecie. Jest to logiczne i sensowne. Jak wynika z obu obserwacji, oba zegary jednocześnie "chodzą" wolniej. Co z tego ostatecznie wyniknie? Skoro to tylko obserwacja wykazuje, że oba zegary "chodzą" wolniej, to fizycznie nic się nie zmienia — "czas" tak naprawdę płynie dokładnie tak samo na Ziemi i w rakiecie, ale obserwacja informacji, dotyczącej wskazań zegarów, a przesyłanej przy pomocy fal elektromagnetycznych (z prędkością światła) odbywa się w radykalnie innych warunkach, niż zwykle. To nie upływ czasu, jako wielkości fizycznej, ulega spowolnieniu (dylatacji), a obserwacja przesyłanej z prędkością światła informacji z kosmicznej odległości, dotyczącej wskazań zegarów, odbywa się w radykalnie innych warunkach, niż zwykle. Ale jeżeli dla nas w tej sytuacji czas, to właśnie pozycja wskazówek zegarka, to wtedy skrótowo i metaforycznie możemy powiedzieć, że to "czas" ulega spowolnieniu. Ważne, aby pamiętać, co rozumiemy pod pojęciem czasu i jak to pojęcie precyzyjnie definiujemy w danej sytuacji. Czas relacyjny w oczywisty sposób nie może ulegać fizycznemu spowolnieniu (dylatacji), gdyż nie jest on fizyczny.

    Jednak poglądy Einsteina na naturę czasu ewoluowały. W międzyczasie, przechodząc od szczególnej do ogólnej teorii względności, Einstein pod wpływem czysto matematycznego autorytetu Minkowskiego, po cichu zmienił swoje poglądy na naturę czasu i uwierzył, że czas nie jest już abstrakcyjną matematyczną koncepcją, nie jest relacyjny, a jest rzeczywisty, fizyczny. Gdy fizycy opisują dylatację czasu w szczególnej teorii względności w kontekście czasu fizycznego, opisują ją inaczej niż poprzednio. Tak naprawdę, to przecież tylko rakieta rzeczywiście leci z prędkością zbliżoną do prędkości światła, a nie Ziemia! Zatem, czas rzeczywiście płynie wolniej tylko w rakiecie, a nie na Ziemi, co z jednej strony stoi w sprzeczności z zasadą względności ruchu Einsteina, ale z drugiej strony jest zgodne z powszechnie znanym w fizyce zjawiskiem spowolnienia funkcjonowania mechanizmów pod wpływem oddziałującej na nie siły grawitacji wynikającej z przyspieszenia. Kosmonauta po powrocie rakiety będzie młodszy od swojego bliźniaka na Ziemi. Tak głosi teoria. A jak jest w praktyce? Czy zostało to empirycznie potwierdzone? I tak, i nie — z naciskiem na nie. Przyjżymy się temu bliżej w jednym z następnych rozdziałów.

    Zwróćmy teraz baczną uwagę na jeden bardzo ważny szczegół. Początkowo w szczególnej teorii względności Einstein używał koncepcji nie fizycznego czasu relacyjnego. W tej sytuacji "czas", to właśnie pozycja wskazówek zegarka. Praktycznym odzwierciedleniem koncepcji czasu relacyjnego jest zwykły zegarek, którego jedyną zasadniczą funkcją jest dostarczanie wielu precyzyjnych i łatwo przewidywalnych zdarzeń orientacyjnych do obserwacji i porównań. Funkcjonowanie zwykłego zegarka, to nie techniczny pomiar fizycznego upływu czegoś niewidzialnego. Czas relacyjny i zwykły zegarek, to dwie strony tego samego medalu. Czego nie zrobił Einstein? Einstein zmienił koncepcję czasu z relacyjnego na fizyczny, ale nie zamienił starego urządzenia (zegara) na nowe urządzenie dostosowane do nowej koncepcji czasu.

    Ponieważ czas relacyjny nie jest fizyczny, nie jest on empirycznie mierzalny, tak, jak wielkości fizyczne. Dlatego w kontekście czasu relacyjnego wystarczy nam zwykły zegarek, który nie musi być technicznym miernikiem przepływu, gdyż nic fizycznie nie upływa. Ale jeżeli zaczynamy twierdzić, że czas jest fizyczny, to naturalną konsekwencją tego jest to, że musi on być wtedy również empirycznie mierzalny, tak, jak wszystkie inne wielkości fizyczne. Zatem, w kontekście czasu fizycznego nie możemy dalej używać zwykłego zegarka, a zamiast niego musimy zacząć używać technicznego miernika upływu fizycznego czasu. Problem w tym, że taki miernik nie istnieje, dlatego Einstein był zmuszony w dalszym ciągu używać starego zegara w kontekście swojej nowej koncepcji czasu fizycznego. Moim zdaniem był to zasadniczy, kardynalny błąd. To tak, jakby próbować używać zwykłego zegarka do pomiaru przepływu prądu elektrycznego. Tak, jak zegary nie mają nic wspólnego z mierzeniem przepływu prądu elektrycznego, tak też nie mają nic wspólnego z mierzeniem upływu hipotetycznego czasu fizycznego.

    Po pierwsze, zwykły zegarek z założenia nie jest technicznym miernikiem upływu. Po drugie, nawet gdyby był miernikiem (którym nie jest) pozostaje jeszcze ta kwestia, że miernik fizyczny musi być specyficznie dostosowany do natury zjawiska i związanej z nim wielkości fizycznej, które ma zamiar mierzyć. Trudno sobie bowiem wyobrazić, że przy pomocy dowolnego miernika uda nam się mierzyć dowolną wielkość fizyczną dowolnego zjawiska fizycznego. Skoro tak, to nie potrafię sobie tego wyobrazić, w jaki sposób zwykły zegarek ma być specyficznie dostosowany do pomiaru fizycznego upływu czasu lub czegokolwiek innego. Nie istnieje żaden techniczny miernik przepływu fizycznego czasu. Nie istnieje nawet prosty detektor wykrywający istnienie fizycznego czasu. Nie ma żadnych empirycznych przesłanek, że czas istnieje, jako wielkość fizyczna, w tym samym sensie, w jakim istnieją inne wielkości fizyczne.

    Czy obiektywny, fizyczny czas miałby być wyjątkiem? Czy czas miałby być jedyną wielkością fizyczną, której istnienia nie można fizycznie wykryć, tak, jak ma to miejsce w przypadku wszystkich innych wielkości fizycznych? Jak do tej pory, obiektywny fizyczny czas nie jest jeszcze empirycznie wykrywalny. Ale czy kiedykolwiek uda się go empirycznie wykryć? Empiryczna niewykrywalność czasu na pewno nie jest argumentem potwierdzającym jego hipotetyczne fizyczne istnienie. Załóżmy, że obiektywny, fizyczny czas, mimo tego, że nie jest empirycznie wykrywalny, istnieje fizycznie w obiektywnej rzeczywistości zewnętrznej. Czy obiektywny, fizyczny czas mógłby upływać? Czy obiektywny, fizyczny czas upływał by w sposób ciągły czy w sposób skwantowany? Szczegółowe odpowiedzi na powyższe pytania poznaliśmy już w pierwszych czterech rozdziałach tej pracy. W skrócie są one takie, że nie jest to fizycznie możliwe, aby obiektywny, fizyczny czas mógł sam upływać bez pomocy superczasu, gdyż np. rzeka upływa w czasie, a czas upływa w superczasie i tak ad infinitum. Gdyby nawet upływał, to wtedy musiałby upływać albo w sposób ciągły, albo w sposób skwantowany, a jak się okazało, żadna z tych ewentualności nie jest fizycznie możliwa.

    Wniosek jest nieubłagany: obiektywny, fizyczny czas nie może istnieć, jako wielkość fizyczna (lub wymiar) w obiektywnej rzeczywistości zewnętrznej. Wniosek ten opiera się na dwóch argumentach: na empirycznej niewykrywalności czasu przy jednoczesnym braku jakiegokolwiek sensownego fizycznego mechanizmu jego upływu.

    Na jakiej podstawie Einstein zmienił swoje poglądy na naturę czasu? Na jakiej podstawie Einstein zdecydował się uwierzyć, że czas nie jest już jedynie abstrakcyjną matematyczną koncepcją, nie jest relacyjny, a jest rzeczywisty, fizyczny? Co go do tego skłoniło? Niestety, cokolwiek to było, nie wynikało to ze względów empirycznych: „Swój oksfordzki wykład Einstein zaczął od ukłonu w stronę empiryzmu: "wielka wiedza o rzeczywistości wypływa z doświadczenia i do niego zmierza". Zaraz jednak pospieszył z podkreśleniem roli "czystego rozumu" i logicznej dedukcji. Przyznał – bynajmniej się nie usprawiedliwiając – że sukces, z jakim wykorzystał rachunek tensorowy w równaniach ogólnej teorii względności, sprawił, że nawrócił się na strategię matematyczną, w której prostota i elegancja równań liczą się bardziej niż empiria. Właśnie fakt, że metoda ta okazała się tak skuteczna w budowaniu ogólnej teorii względności, "pozwala nam ufać, iż przyroda jest realizacją tego, co jest najprostsze do pomyślenia pod względem matematycznym". Bardzo ciekawe: zdanie to zawiera w sobie istotę myśli Einsteina z tych dziesięcioleci, kiedy matematyczna "prostota" była mu drogowskazem w poszukiwaniach jednolitej teorii pola. Słychać tu echo stwierdzenia wielkiego Isaaka Newtona z trzeciej księgi dzieła Principia: "Natura lubi prostotę". Einstein nie podawał jednak żadnych dowodów na poparcie swej wiary, której zdawała się przeczyć nowoczesna fizyka cząstek. Nie wyjaśniał też dokładniej, co rozumiał przez "matematyczną prostotę". Po prostu opierał się na głębokiej intuicji, że tą właśnie zasadą kierował się Bóg, tworząc wszechświat. Takie były jego przekonania – a raczej wiara – gdy w maju 1931 roku nagrodzono go doktoratem honoris causa Uniwersytetu Oxfordzkiego. W wygłoszonym wtedy wykładzie Einstein przyznał, że w jego nieustającej pogoni za jednolitą teorią pola bodźcem są mu raczej powaby matematycznej elegancji niż ciśnienie faktów empirycznych: "Nie kieruje mną nacisk danych doświadczalnych, idę raczej za pociągającym urokiem matematycznej prostoty" ”, napisał o filozoficznym podejściu Einsteina do uprawiania fizyki Walter Isaacson, historyk, dziennikarz i autor biografii „Einstein. Jego życie, jego wszechświat”.


    Czy Albert Einstein mylił się?


    Z jednej strony Einstein stara się przekonać nas, że czas istnieje obiektywnie, fizycznie, tak, jak wszystkie inne wielkości fizyczne, a z drugiej strony nic nie jest w stanie empirycznie potwierdzić rzekomego fizycznego istnienia czasu! Czas miałby być wyjątkiem — jedyną wielkością fizyczną, której istnienia nie można fizycznie wykryć, tak, jak w przypadku wszystkich innych wielkości fizycznych. Czas — wielkość fizyczna niewykrywalna fizycznie. To wygląda na sprzeczność.

    To nie ważne, że nie jesteśmy w stanie wykryć i empirycznie potwierdzić fizycznego istnienia Świętego Mikołaja. To nie ważne. Proszę, uwierzcie mi, że z moich matematycznych obliczeń niezbicie wynika, że Święty Mikołaj istnieje fizycznie i jest tak samo rzeczywisty, jak inne żyjące obecnie wokół nas osoby, tylko po prostu nie wiemy jeszcze, jak mamy go skutecznie zmierzyć. „Bo czy wiecie, czy nie wiecie, krasnoludki są na świecie.”


  31. PODSUMOWANIE
  32. Co możemy z całą pewnością powiedzieć o czasie fizycznym, obiektywnie istniejącym, jako wielkość fizyczna lub wymiar fizycznej rzeczywistości zewnętrznej? Jak wydaje się to wynikać z powyższych rozważań – zupełnie nic.


    Podróże w Hiperczasie?


    Wszystko, co kiedykolwiek powiedziano o czasie, powiedziano nie o hipotetycznym, obiektywnym czasie fizycznym, a tylko o naszym subiektywnym, psychologicznym doświadczeniu czegoś, co jedynie zdecydowaliśmy się określać mianem "czasu".

    W naszym subiektywnym, psychologicznym doświadczeniu, czas upływa, chociaż żeby rzeczywiście mógł upływać fizycznie, potrzebny by był do tego superczas (i tak ad infinitum), jak to już wykazaliśmy wcześniej. Obiektywny czas fizyczny, czy to absolutny, czy relatywistyczny, nie może więc upływać. Nie może też nie upływać, bo nie był by wtedy czasem.

    Jak wykazał to Zenon z Elei, nasz przypuszczalny, nieskończenie fizycznie podzielny czas prowadził by do paradoksów, jeżeli nie absurdów, a w przypadku alternatywy, czasu skwantowanego, nie potrafimy w ogóle zaproponować jakiegokolwiek rozsądnego sposobu, w jaki miały by upływać kwanty czasu (na co zwrócił uwagę już Jean Le Rond d'Alembert, 1717–1783), co prowadzi do absurdalnego czasu statycznego, czasu, który nie może upływać. Obiektywny czas fizyczny, czy to absolutny, czy relatywistyczny, nie może być ani ciągły (paradoks Zenona), ani skwantowany (paradoks d'Alemberta).

    W naszym subiektywnym, psychologicznym doświadczeniu, istnieje przyszłość, teraźniejszość i przeszłość, natomiast w rzeczywistości fizycznej, konieczność ich wzajemnych fizycznych zależności prowadziła by do sytuacji fizycznie niemożliwych. Obiektywny czas fizyczny, czy to absolutny, czy relatywistyczny, nie może mieć fizycznie istniejącej przyszłości, teraźniejszości i przeszłości. Nie może też ich nie mieć, bo nie był by wtedy czasem.

    Proszę zwrócić uwagę, że nasz "czas psychologiczny" dobrze funkcjonuje w naszym życiu, a nasza matematyczna koncepcja "czasu abstrakcyjnego" jest nam pomocna w wielu praktycznych sprawach życia codziennego. Ważne jest, aby nie zapominać, że krytyka hipotetycznych sposobów funkcjonowania czasu nie dotyczy subiektywnego, prywatnego doświadczenia wewnątrz umysłu obserwatora, gdyż to subiektywne doświadczenie funkcjonuje bowiem bez zarzutu. Ale gdzie ono funkcjonuje? Tylko wewnątrz umysłu obserwatora. Nikt nie narzeka przecież na to, że subiektywne doświadczenie piękna dobrze "funkcjonuje" tylko wewnątrz umysłu obserwatora i że nie jest możliwy obiektywny, fizyczny pomiar ilości piękna, jakie miało by się podobno znajdować w rzeczywistości zewnętrznej, na przykład w pięknych ciałach top modelek.

    Możemy obiektywnie, fizycznie mierzyć temperaturę ciał top modelek, z tego prostego powodu, że zawierają one w sobie energię cieplną, która podlega badaniom empirycznym. W tym przypadku miernikiem fizycznym specyficznie dostosowanym do mierzenia tego rodzaju wielkości fizycznej związanej ze zjawiskiem, jakim jest energia cieplna, jest termometr. Gdyby piękno ciał top modelek było obiektywnym zjawiskiem fizycznym występującym w rzeczywistości zewnętrznej niezależnie od umysłu obserwatora, to być może wtedy istniały by fizyczne mierniki piękna, a położenie ich wskazówki określało by wtedy ilość piękna. Podobnie, gdyby czas był obiektywnym zjawiskiem fizycznym występującym w rzeczywistości zewnętrznej niezależnie od umysłu obserwatora, to wtedy istniały by jego fizyczne mierniki, a położenie ich wskazówki określało by wtedy ilość upływającego czasu. Jak wiemy, fizyczne mierniki upływu czasu nie istnieją. Na pewno nie są nimi zegary, czy jakiekolwiek inne oscylatory, jak już wcześniej udało mi się to wykazać w rozdziale piątym.

    W przeciwieństwie do tzw. "czasu" psychologicznego, czyli subiektywnego, prywatnego doświadczenia wewnątrz umysłu obserwatora, hipotetyczny, obiektywny czas fizyczny, czy to absolutny, czy relatywistyczny, jest po prostu fizyczną niemożliwością, bo jest zwyczajnym absurdem. Czy absurd może podlegać dylatacji relatywistycznej? Czy absurd może być składową obiektywnej czasoprzestrzeni?

    Zgadzam się z Ernstem Machem, że obiektywny czas fizyczny, czy to absolutny, czy relatywistyczny, jest tylko koncepcją metafizyczną, której nie da się wywieść z doświadczenia. Oczywista absurdalność takiego hipotetycznego, obiektywnego czasu fizycznego jasno i logicznie wynika z analizy, jaką przeprowadził Nagardziuna w Rozdziale XIX. Nigdy nie było i nie ma żadnych empirycznych rezultatów, które przeczyły by tym logicznym wnioskom. Osobiście jestem głęboko przekonany o ich ostatecznej słuszności. To jest nas już conajmniej kilkunastu: Buddha Siakjamuni, Nagardziuna, Parmenides, Antyfon, Leibniz, Kant, Berkeley, Schopenhauer, Bergson, Heidegger, Ernst Mach, Kurt Godel, McTaggart, Bradley, Bryce DeWitt, Kenneth Denbigh, Dieter Zeh, Carlo Rovelli, Robert Lanza oraz Julian Barbour.

    Obecnie obowiązująca w nauce kosmologia, to tzw. kosmologia relatywistyczna wynikająca z teorii względności Einsteina. Elementem tej kosmologii jest Big-Bang, czyli Wielki Wybuch. Hipoteza Wielkiego Wybuchu budziła kontrowersje od momentu swojego powstania. W 1976 na sympozjum Międzynarodowej Unii Astronomicznej w Paryżu, grupa światowej sławy kosmologów przedstawiła 21 argumentów przeciwko interpretowaniu przesunięcia ku czerwieni, jako dowodu na zaistnienie Wielkiego Wybuchu. Laureat nagrody Nobla z Fizyki z roku 1970, profesor Hannes Alfven, nie wahał się publicznie twierdzić, że: „hipoteza Wielkiego Wybuchu jest tylko wspaniałym mitem”. W niekończącym się procesie prób jej empirycznej weryfikacji pojawiło się więcej nowych problemów niż tych, które udało się przy jej pomocy do tej pory rozwiązać. Hipoteza Wielkiego Wybuchu przeżywa obecnie swój największy kryzys, gdyż nie potrafi w satysfakcjonujący sposób wyjaśnić najnowszych obserwacji astronomicznych. Właśnie z tego powodu zaistniała konieczność spekulatywnego postulowania istnienia czysto hipotetycznej ciemnej energii i ciemnej materii ( Dwarf galaxies suggest dark matter theory may be wrong). To właśnie m.in. z powodu tych spekulatywnych postulatów dotyczących rzekomego istnienia czysto hipotetycznej ciemnej energii i ciemnej materii w 2004 roku grupa światowej sławy naukowców i niezależnych badaczy wystosowała List Otwarty na łamach prestiżowego czasopisma New Scientist” w sprawie zasadniczej rewizji hipotezy Wielkiego Wybuchu, apelując o rozpoczęcie badań empirycznych nad alternatywnymi teoriami kosmologicznymi. List Otwarty — CosmologyStatement.org — został do tej pory podpisany przez ponad 500 naukowców i badaczy z całego świata, w tym przez polskiego astronoma profesora Konrada Rudnickiego. Liczba ta wciąż rośnie. Ta kryzysowa sytuacja z Wielkim Wybuchem stanowi silną pośrednią przesłankę wskazującą na to, że teoria względności Einsteina nie potrafi poprawnie opisać rzeczywistości fizycznej. Jest to całkowicie oczywiste dla Haltona Arpa.

    Halton Arp jest zawodowym astronomem. Wcześniej był asystentem Edwina Hubble'a. Pracował w obserwatorium Mount Palomar w Kalifornii. Obecnie prowadzi badania astronomiczne w Max Planck Institute, w Niemczech. Halton Arp, zwany Galileuszem XX wieku, przedstawił dowody na to, że Wszechświat się nie rozszerza. Arp zaobserwował dużą liczbę kosmicznych obiektów wykazujących przesunięcia ku czerwieni niezgodne z prawem Hubble'a. Badania te wskazują jego zdaniem, że przesunięcie ku czerwieni mogą być wynikiem innego zjawiska niż efekt Dopplera (zobacz: Halton Arp — Wszechświat się nie rozszerza. Anomalie w przesunięciu ku czerwieni ). Według Arpa, wiele współczesnych koncepcji kosmologicznych, takich, jak zakrzywiona czasoprzestrzeń z teorii względności Alberta Einsteina, jest w istocie próbą skompensowania zniekształceń wynikających z pomiarów Wszechświata przy użyciu metody opartej na błędnej interpretacji przesunięcia ku czerwieni. Halton Arp ujmuje to następująco: „Geometria przestrzeni Wszechświata jest płaska i euklidesowa. Koniec z zaprzeczającym logice zakrzywieniem przestrzeni, tak trudnym do wyobrażenia, nie mówiąc już o zakrzywionym czasie! Koniec z hipotetycznymi osobliwościami i czarnymi dziurami, w których załamują się prawa fizyki. Koniec z Wszechświatem, który w 90% składa się z niewykrywalnej empirycznie "ciemnej" materii i energii.”

    Jeżeli Halton Arp oraz naukowcy z CosmologyStatement.org mają rację, to znaczy, że teoria względności Einsteina w dużej mierze daje złe wyniki, a jej przewidywania nie pokrywają się z faktami empirycznymi ustalonymi w procesie obserwacji astronomicznych. Dla zainteresowanych czytelników, omówienie głównych problemów hipotezy Wielkiego Wybuchu zostało przedstawione w rozdziale trzecim pracy Zbigniewa Modrzejewskiego, „Dlaczego istnieje raczej coś niż nic?”.

    Julian Barbour, The End of Time Na czym polega istota tej nieuchronnie nadchodzącej rewolucji w fizyce? Początkowo, Newton przedstawił hipotezę czasu fizycznego, absolutnego, globalnego, będącego fundamentalnym elementem zewnętrznej, obiektywnej rzeczywistości fizycznej. Następnie Einstein wysunął nową hipotezę, spekulując, że czas nie może fizycznie istnieć w taki sposób, jak wyobrażał to sobie Newton, gdyż z pewnych powodów, musi być względny i lokalny, niemniej dalej pozostając fundamentalnym fizycznym wymiarem zewnętrznej, obiektywnej rzeczywistości fizycznej. Obecnie dokonuje się kolejny, rewolucyjny krok w tym samym kierunku, a mianowicie czas, dalej pozostając "względnym" i "lokalnym", choć może już w nieco innym sensie, zostaje przesunięty ze swojej wcześniejszej, nie zagrożonej pozycji w zewnętrznej, obiektywnej rzeczywistości fizycznej, na nową pozycję w wewnętrznej, subiektywnej rzeczywistości mentalnej.

    Jeżeli ostateczna natura czasu jest właśnie taka, jak zostało to zaproponowane powyżej, to wynika z tego szereg zasadniczych konsekwencji. Jedną z ważniejszych konsekwencji jest to, że nie może występować zjawisko relatywistycznej dylatacji czasu; czas nie może obiektywnie zwalniać i przyspieszać pod wpływem prędkości. Materia, siła grawitacji i prędkość, są obecne w obiektywnej rzeczywistości zewnętrznej, natomiast czas, jak już udało nam się to ustalić, tam nie występuje.

    Wydaje się, że podróże w czasie, w sensie wehikułu czasu podobnego do opisanego przez Herberta George'a Wellsa w jego powieści, są raczej niemożliwe, co, moim zdaniem, nie powinno wykluczać ani zjawiska prekognicji, czyli "widzenia" przyszłości, ani zjawiska retrokognicji, czyli "widzenia" przeszłości, jako że takie "podróże" w czasie nie są fizyczne, a mentalne, co jest właśnie kompatybilne z subiektywną naturą czasu. Trudno jest bowiem próbować fizycznie i obiektywnie podróżować w czasie, który sam fizycznie i obiektywnie nie istnieje.

    Jeżeli zjawisko prekognicji rzeczywiście istnieje, tak, jak wydają się to sugerować kilkakrotnie przeprowadzone nad nim naukowe badania eksperymentalne, to, moim zdaniem, mogło by to przemawiać na korzyść hipotezy, że istnieje jednak jakiś sposób rozróżniania pomiędzy, współzależnymi i współistniejącymi ze sobą, przeszłością, teraźniejszością i przyszłością, w sensie innym, niż ich ścisłe następstwo liniowe. Można by wtedy spekulować, że warunkiem zaistnienia zjawiska prekognicji, musiało by być pewne, niejasne jeszcze, uelastycznienie zasady przyczynowości.

    Warto sobie uświadomić, że wszystkie nasze powyższe rozważania odnoszą się do bezpośredniego zmysłowego doświadczenia czasu i założenia implicite, że czas, jeżeli istnieje tak, jak go postrzegamy, musi być koniecznie jednowymiarowy, liniowy. Wtedy staje się oczywiste, że podróże w czasie jednowymiarowym są całkowicie niemożliwe. Ale, czy rzeczywistość, jeżeli chodzi o przestrzeń, musi być koniecznie bezwarunkowo ograniczona do trzech wymiarów? Dla mnie, wizja wielowymiarowej hiperprzestrzeni, wydaje się być jak najbardziej naturalna. Jeżeli faktycznie mielibyśmy do czynienia z hiperczasem, czasem wielowymiarowym, to moja intuicja sugeruje mi, że wtedy podróże w czasie byłyby możliwe, być może na podobieństwo podróży w hiperprzestrzeni, dla których Burkhard Heim opracował całą nową fizykę. Uelastyczniona zasada przyczynowości, tzw. "miękka" przyczynowość, mogła by właśnie być naturalną konsekwencją wielowymiarowości hiperczasu, gdyż w naszym jednowymiarowym czasie naturalnie musi obowiązywać jedynie zasada liniowej przyczynowości. Oczywiście, to tylko najogólniejsze, intuicyjne spekulacje. Trudno nam wyobrazić sobie 5-wymiarową przestrzeń; być może jeszcze trudniej jest wyobrazić sobie zaledwie 2-wymiarowy czas?

    Z drugiej strony, zasadnicza teza tego tekstu, odnosząca się do naszego jednowymiarowego czasu, pozostaje jak najbardziej aktualna w przypadku wielowymiarowego hiperczasu. Nasz jednowymiarowy czas jest bowiem składową wielowymiarowego hiperczasu i jeżeli nasz czas nie jest empirycznie mierzalną, obiektywną wielkością fizyczną, fundamentalnym wymiarem zewnętrznej, fizycznej rzeczywistości, to w konsekwencji tego, hiperczas też nie może być. Jak przekonaliśmy się, koncepcja nawet najprostszego, jednowymiarowego czasu, jest obarczona całym szeregiem nie trywialnych mankamentów. Ponieważ 3-wymiarowy czas ma trzy jednowymiarowe składowe, to siłą rzeczy będziemy z nim mieli co najmniej trzy razy więcej problemów niż z naszym najprostszym, jednowymiarowym czasem. Jeżeli "p-jeden", to liczba problemów z czasem jednowymiarowym, to być może liczba problemów czasu trójwymiarowego wynosi nawet: p-jeden do potęgi trzeciej.

    Nikt przy zdrowych zmysłach nie widzi zasadniczych problemów, jeżeli chodzi o możliwość fizycznego podróżowania w naszej trójwymiarowej przestrzeni, a wydaje się nawet, że Burkhard Heim zdołał to uogólnić i przedstawić matematyczne podstawy nowej fizyki podróżowania w przestrzeni 6-wymiarowej, a jego uczniowie i kontynuatorzy, w przestrzeni 8-wymiarowej. Podczas gdy idea podróżowania w przestrzeni wydaje się być dość oczywista, to idea podróżowania w czasie, jak na razie, wydaje się być dość daleka od oczywistości.

    Historyk, dziennikarz i autor biografii, Walter Isaacson, tak napisał w swojej książce „Einstein. Jego życie, jego wszechświat” o artykule Einsteina opisującym szczególną teorię względności: „Einstein sformułował to wszystko w swoim słynnym artykule, który 30 czerwca 1905 roku dotarł do redakcji Annalen der Physik. Niezależnie od swej ogromnej doniosłości, jest to jeden z najbardziej zadziornych i przyjemnych w lekturze tekstów w dziejach nauki. Większość pomieszczonych tam idei zawarta została w słowach i barwnych eksperymentach myślowych, a nie w skomplikowanych równaniach. Oczywiście jest tam również trochę matematyki, ale na ogół takiej, z którą może sobie poradzić zdolny uczeń ostatnich klas szkoły średniej. Cały artykuł jest hołdem dla potęgi prostego języka, potrafiącego przekazywać głębokie i bardzo intrygujące idee.”

    Steven Weinberg w swojej książce „Sen o teorii ostatecznej” zwraca naszą uwagę na to, że: „W ostatnich latach naukę zaatakowali wrodzy komentatorzy, którzy połączyli siły pod sztandarem relatywizmu. Filozoficzni relatywiści twierdzą, że nauka nie prowadzi do odkrycia obiektywnej prawdy i uważają ją za jeszcze jedno zjawisko społeczne, nie różniące się w zasadniczy sposób od kultu płodności lub innych praktyk magicznych. Filozoficzny relatywizm wynika w znacznej mierze z odkrycia filozofów i historyków nauki, iż proces akceptacji teorii naukowych zawiera liczne elementy subiektywne.

    Mimo, że sam nie zaliczam siebie do "wrogich komentatorów spod sztandaru relatywizmu", to trudno nie przyznać im częściowo racji. Czy aby przypadkiem nasza koncepcja czasu nie jest właśnie jednym z tych "elementów subiektywnych", o których wspomina wyżej Steven Weinberg?

    Czy subiektywny czas, który nie istnieje obiektywnie, jako fizyczny wymiar zewnętrznej rzeczywistości, może być rzeczywistym składnikiem obiektywnej, fizycznej czasoprzestrzeni? Czy to możliwe, aby Albert Einstein mógł się mylić?

    Leon Lederman w 1988 roku otrzymał Nagrodę Nobla z Fizyki za badania nad cząstkami elementarnymi. W swojej książce „Boska cząstka”, tak nas przestrzega: „Prawdę mówiąc, takie książki, jak "Tao Fizyki" (Fritjof Capra) oraz "Tańczący Mistrzowie Wu Li" (Gary Zukav), to stosunkowo przyzwoici przedstawiciele pisarstwa należącego do pośredniej sfery między dobrymi książkami naukowymi, a obłąkaną twórczością szarlatanów, oszustów i szaleńców. Ci ludzie gwarantują życie wieczne tym, którzy ograniczą swą dietę do korzeni sumaku, donoszą o spotkaniach z istotami pozaziemskimi, demaskują fałsz teorii względności, ponad którą przedkładają sumeryjski odpowiednik kalendarza dla rolników. [...] Niektórzy oszuści zdołali odnieść godny podziwu sukces, ot, choćby izraelski magik Uri Geller albo pisarz Immanuel Velikowsky, czy nawet niektórzy posiadacze doktoratów w dziedzinie nauk ścisłych (naukowy tytuł doktora w jeszcze mniejszym stopniu jest rękojmią prawdy niż Nagroda Nobla). To właśnie ludzie tego pokroju stanowią źródło doniesień o takich cudach, jak widzące dłonie, psychokineza, kreacjonizm, poliwoda, zimna fuzja i wiele innych oszukańczych pomysłów. Zazwyczaj twierdzą oni, że skostniały establiszment prześladuje nowo odkrytą prawdę, pragnąc zachować dla siebie prawa i przywileje. Oczywiście, może się i tak zdarzyć. [...] Tragedia tkwi nie w tym, co piszą kiepscy pseudonaukowi pisarze, nie w tym, że agent ubezpieczeniowy wie dokładnie, w którym miejscu Einstein popełnił błąd i pisze o tym książkę, nie w tym, że jakiś oszust powie wszystko jedno co, byle tylko zarobić parę groszy, nie w tym, co robią Uri Geller, Immanuel Velikowsky i im podobni. Tragedią są szkody, jakie ponosi łatwowierne i niedouczone społeczeństwo, które tak łatwo jest omamić.”

    Mój drogi łatwowierny i niedouczony czytelniku, zostałeś właśnie ostrzeżony przez laureata Nagrody Nobla z Fizyki — nie daj się omamić obłąkaną twórczością szarlatanów, oszustów i szaleńców, a nawet niektórych posiadaczy doktoratów w dziedzinie nauk ścisłych. Tylko ludzie tego pokroju demaskują fałsz teorii względności, bo wydaje im się, że wiedzą dokładnie, w którym miejscu Einstein popełnił błąd i piszą o tym książki. Kto może się mylić? Einstein, czy raczej szarlatani, którzy ponad teorię względności przedkładają sumeryjski odpowiednik kalendarza dla rolników?

    Albert Einstein podejmując decyzję, aby czas został integralną częścią jego obiektywnej, fizycznej czasoprzestrzeni, pozwolił na to, aby czasoprzestrzeń odziedziczyła w ten sposób wszystkie nierozwiązywalne problemy, jakie posiada błędna koncepcja reifikowanego, substancjalnego, obiektywnego czasu fizycznego. Rzeczywistość fizyczna, nasze doświadczenie zmysłowe oraz modele matematyczne, to trzy zasadniczo różne obszary, które czasami mogą nie mieć ze sobą nic wspólnego. Moim zdaniem, Albert Einstein poprawnie opisał przy pomocy języka matematyki swoje błędne intuicyjne wyobrażenie fizycznej czasoprzestrzeni w nadziei, że opisał rzeczywistość taką, jaka jest naprawdę, podobnie, jak w przypadku geocentrycznego modelu Ptolemeusza.

    Matematyczny opis czasoprzestrzeni Einsteina należy uznać za poprawny. Taka jest bowiem natura matematycznych formalizmów. Miał na ten temat coś ważnego do powiedzenia Kurt Godel. Powróćmy na moment do chlubnej tradycji liczenia aniołów na główce szpilki. Jeżeli "Święty Mikołaj" doda jednego "krasnoludka" do drugiego "krasnoludka", to czy wynik: dwa "krasnoludki" można by uznać za poprawny? Z punktu widzenia matematyki, tak. Ale z punktu widzenia fizyki doświadczalnej, już nie. Właśnie na tym, moim skromnym zdaniem, polega problem, bynajmniej nie tylko z koncepcją czasoprzestrzeni Einsteina.

    Istnieje wiele formalnie poprawnych opisów Świętego Mikołaja i krasnoludków, którzy fizycznie i obiektywnie nie istnieją w zewnętrznej rzeczywistości. Mimo tego, że niektóre osoby zaobserwowały pod choinką fizyczne efekty działania Świętego Mikołaja, to jednak nikomu nie udało się go zmierzyć!

    Obawiam się, że taką może okazać się natura ludzka, iż znajdą się być może osoby, które poświęciły by raczej resztę swojego życia na próby konstruowania technicznych mierników przepływu czasu, niż po prostu zaakceptowały to, że reifikowany, substancjalny czas nie jest jednym z obiektywnych, fundamentalnych wymiarów zewnętrznej, fizycznej rzeczywistości. Odnoszę wrażenie, że ślepa wiara w istnienie globalnego, absolutnego czasu Izaaka Newtona lub obiektywnego, fizycznego, lokalnego, względnego czasu Einsteina, może okazać się równie silna, jak ślepa wiara w istnienie jedynego Boga-stworzyciela.

    Czy to możliwe, że czas w ogóle, tak jednowymiarowy, jak również hipotetyczny wielowymiarowy hiperczas, nie jest empirycznie mierzalną, obiektywną wielkością fizyczną, fundamentalnym wymiarem zewnętrznej, fizycznej rzeczywistości, a tylko subiektywnym, prywatnym doświadczeniem wewnątrz umysłu obserwatora? Czy czas, ku naszemu największemu zdumieniu, a jednak zgodnie z faktami i logiką, mógłby okazać się aż tak subiektywny, jak piękno?

    Najwyższy już czas, aby kończyć. Miarą wielkości i geniuszu naukowca jest nie tylko jego wiedza, inteligencja i wyobraźnia, ale również jego mądrość. W ramach podsumowania pozwolę sobie przytoczyć piękną refleksję Alberta Einsteina, będącą wyrazem jego głębokiej mądrości, za którą bardzo wysoko go cenię i szanuję: „Człowiek jest częścią tej całości, która jest nazywana przez nas "Wszechświatem"; częścią ograniczoną w czasie i przestrzeni. Człowiek doświadcza siebie, swoich myśli i uczuć, jako czegoś odseparowanego od reszty, co jest pewnego rodzaju optycznym złudzeniem w jego umyśle. To złudzenie jest dla nas pewnego rodzaju więzieniem ograniczającym nas do naszych osobistych pragnień i uczuć bliskości, jakimi obdarzamy kilka najdroższych nam osób. Naszym zadaniem musi być wyzwolenie się z tego więzienia poprzez rozszerzenie sfery naszego współczucia tak, aby objąć nim wszystkie żyjące istoty oraz całą naturę w jej pięknie. Nikt nie jest w stanie wykonać tego zadania w pełni, ale dążenie do tego ideału jest, samo w sobie, częścią tego wyzwolenia, jak również fundamentem naszego poczucia pewności.” ( z angielskiego przełożył Zbigniew Modrzejewski )

    Doktor Robert Lanza, podobnie, jak Leibniz i Kant, jest przekonany, że: "Czas i przestrzeń nie są rzeczami, tak jak kamyki, które zbiera się na plaży. Czasu nie można umieścić w żadnym pojemniku. Przestrzeń jest dla nas fizycznie niedostępna. Nie możemy wziąć sobie jej kawałka i zanieść go do laboratorium. Jest tak dlatego, że czas i przestrzeń są częściami umysłu żyjącej istoty. Czas i przestrzeń są narzędziami umysłu, które spajają wszystko ze sobą. Czas i przestrzeń nie są obiektami, są narzędziami, które nosimy w sobie cały czas, jak żółw swoją skorupę."

    Według klasycznej filozofii chińskiej: „Czas jest intelektualną koncepcją wymagającą metaforycznego modelu, gdyż nie posiada on konkretnej rzeczywistości.” [ 11 ], a „Przestrzeń, tak, jak czas, jest abstrakcyjnym pojęciem odnoszącym się do złożonego zbioru idei.” [ 12 ]

    W opinii profesora Andrzeja Staruszkiewicza, czas i przestrzeń są rzeczami.

    Natomiast profesor Kenneth Denbigh w swojej książce „Świat i czas” sądzi, że: „Należy unikać reifikacji czasu, unikać pojmowania go tak, jakby był "rzeczą". Istnieje oczywiście wiele "rzeczy" – budynki, pojazdy samochodowe i tak dalej – do których niewzruszonej realności musimy się przystosować. Ale czas nie ma tego substancjalnego charakteru – ba, ma go nawet mniej niż przestrzeń – i jest tylko pewnym bytem logicznym.”

    Podobnego zdania, jak profesor Kenneth Denbigh, jest również Srecko Sorli (Amrit Nirvikar), badacz ze Space Life Insitute, www.spacelife.si [ 13, 14, 15 ].

    Wróćmy jeszcze do Nagardziuny i jego dzieła, „Mula madhyamaka karika”. A co z przestrzenią? Czy ostateczna natura przestrzeni, jak twierdzi Nagardziuna w strofie czwartej Rozdziału XIX, jest taka sama, jak ostateczna natura czasu? Tak m.in. twierdzi porównywany do Kopernika dr Daegene Song, łącząc subiektywny czas i subiektywną przestrzeń w swojej teorii Wszechświata Subiektywnego, która ma szansę zrewolucjonizować dominujący w nauce od dłuższego czasu paradygmat [ 16, 17 ].

    Na zakończenie oddaję głos Lee Smolinowi. W swoim krótkim eseju Czym jest czas?”, Lee Smolin pyta nas: „A zatem, czym jest czas? Czy jest on największą z tajemnic? Nie. Największą tajemnicą musi być to, że każdy z nas, tymczasowo, jest tutaj, oraz to, że częścią naszego uczestnictwa w istnieniu wszechświata jest okazja do zadawania takich pytań, jak również przekazanie tej ciekawości świata innym — radości zdumienia, dociekliwości oraz dzielenia się tym, co wiemy i tym, czego nie wiemy.”



Zbigniew Modrzejewski

Wrzesień 2011
Uzupełniono w lutym 2013

Rozdział XIX „Mula madhyamaka karika” z angielskiego przełożył Zbigniew Modrzejewski.

Zbigniew Modrzejewski asserts the moral right to be identified as the author of this work.

http://www.worldsci.org/php/index.php?tab0=Abstracts&tab1=Display&id=6809&tab=2



„Napisał do mnie niedawno (wrzesień 2011), prywatnie, Pan Zbigniew Modrzejewski. Po wymianie korespondencji i mojej pozytywnej ocenie jego artykułu "O naturach czasu", Pan Modrzejewski poprosił mnie o poddanie problemu pod dyskusję na moim blogu. Chętnie się na to zgodziłem. Uważam, że artykuł Pana Zbigniewa jest oryginalny, dobrze napisany i pasuje świetnie do tematyki mojego blogu. Z wielu obserwacjami Autora całkowicie się zgadzam. Pan Modrzejewski zapytał mnie także co ja sam o tym myślę i jaki model mógłbym zaproponować. Odpowiedziałem szczerze: jeszcze nie wiem.”

– Profesor Arkadiusz Jadczyk, www.arkadiusz-jadczyk.eu


„(2011.10.21) Szanowny Panie, bardzo chętnie przejrzę Pański tekst, aczkolwiek nie spodziewam się, żeby udało się Panu napisać coś istotnego. Czas i przestrzeń są rzeczami. Zapewne Pan wie, że w filozofii istnieje bardzo stara i bardzo szacowna tradycja pisania głupstw na temat czasoprzestrzeni. Łączę pozdrowienia,”

– Profesor Andrzej Staruszkiewicz


„(2011.10.24) Szanowny Panie, przeczytałem pana tekst na stronie. Jest to bardzo ładne przedstawienie tego, co buddyści zalecają jako sposób na życie, czyli zasada "życia tu i teraz". To mądra zasada etyczna, nawet trochę rozumiem jej znaczenie. Mój szacunek do buddyzmu polega właśnie na tym, że nie traktuję buddyzmu jako religii. Tutaj, przez religię rozumiem systemy nakazujące wiarę. Normalnie rozumiana wiara zdejmuje obowiązek uważności, myślenia i odpowiedzialności za nie. Budda naucza, ale nie każe mi wierzyć. Nakazuje postrzegać, rozumieć i brać odpowiedzialność za własne czyny. Budda udziela rad. Tutaj zasada "tu i teraz" pomaga wielu nie cierpieć. Stąd, gdy dobrze zrozumiana, jest ważną poradą z kategorii "jak żyć". Jest więc zasadą moralną. Czas, jego pojecie i zrozumienie, jest w oczywisty sposób wbudowany w tę zasadę. Na przestrzeni ponad 20 wieków zasada ta obrosła wieloma traktatami, zarówno filozoficznymi jak i poetyckimi. Jednym z takich traktatów jest właśnie Pański esej. Jest on dobrą prezentacją zasady "żyj chwilą obecną", "to jedyne co rzeczywiście istnieje", "przyszłość i przeszłość to ułudy i źródła nieszczęść". Reasumując doceniam Pański esej, jako wkład w propagowanie buddyzmu. Ładny i poetycki. Niestety nie mogę się do niego ustosunkować jako fizyk. My definicje wielkości fizycznych traktujemy bardzo serio, ściśle, niepoetycko i niesympatycznie. Z czasem, jako wielkością fizyczną (lub wymiarem) mamy pewne problemy, ale nie będę ich tu precyzował. Ta dyskusja to nie tylko pojęcia Newtona i Einsteina. Tutaj musimy wejść w modele kosmologiczne, łącznie z teorią wielkiego wybuchu. Musimy się zastanowić, czy czas biegnie jednorodnie (patrz tegoroczna nagroda Nobla). Fizyka jest nauką czysto doświadczalną. Dopóki przekonujące obserwacje nas do tego nie zmuszą, czas traktujemy jako biegnący jednorodnie (cokolwiek to znaczy), że istnieje przeszłość i przyszłość. O przeszłości wiemy, że istniała przynajmniej od Wielkiego Wybuchu. Jako fizyk nie mogę więc podzielać ściśle buddyjskiej koncepcji istnienia tylko chwili obecnej. Podkreślam, nie chce burzyć nauk Buddy - to są głębokie nauki moralne, ale nie chciałbym, żeby Pan traktował zasadę "istnienia tylko chwili obecnej" jako zasadę fizyczną. Niech ona pozostanie jako mądra i użyteczna wskazówka "jak żyć". Pozdrawiam Pana serdecznie, Zbysław Wilamowski. (2011.10.25) Szanowny Panie, wbrew Pańskim przypuszczeniom przeczytałem cały esej wystarczająco dokładnie. Pozwolę sobie tylko na jedną uwagę ogólną. Jako rzeczywistość fizyczną traktujemy jedynie te fakty, które potrafimy zaobserwować i do tego mierzyć (w jakiś umownych jednostkach). Dlatego czas, który potrafimy mierzyć (lepiej niż jakąkolwiek inną wielkość fizyczną) traktujemy realnie, jako realnie istniejący. Natomiast nie mówimy o kwantyzacji czasu. Nikt tego nie twierdzi, chociaż potrafimy mierzyć również czasy bardzo krótkie. Nie dlatego, że to zupełnie niemożliwe, ale dlatego, że żadna obserwacja tego nie pokazuje. Tym bardziej nie mówimy o subiektywnym odczuciu czasu. Tu można by mówić wiele ciekawego. Inaczej odczuwa czas człowiek stary, inaczej dziecko. Nie jest to jednak problem z dziedziny fizyki. Dyskutować z Pana tekstem jest bardzo ciężko, bo z jednej strony wymienia Pan liczne zegary, a konkluduje Pan, że czasu nie da się mierzyć. Dobrze pisze Pan o determinizmie i jego braku, ale dalej bardzo miesza Pan idee oddziaływań i współistnienia, żeby dojść do karkołomnej konkluzji o fizycznym nie istnieniu trzech zakresów czasu. Mieszanie do tego subiektywizmu niczego nie polepsza (pomijam tu ciągle otwarty problem inwersji czasu. Nie wiemy dlaczego czas biegnie tylko w jedną stronę). Pozdrawiam serdecznie, ”

– Prof. dr hab. Zbysław Wilamowski, Katedra Fizyki Relatywistycznej, Wydział Matematyki i Informatyki, Uniwersytet Warmińsko-Mazurski







PRZYPISY


  1. William H. Cantrell, Ph.D., Time Dilation: "There is absolutely no argument that time-keeping mechanisms do slow down when moving at high speed, and that in most instances, they obey the time dilation formula of Lorentz and Poincaré. (There are violations, as Jefimenko has pointed out.) The dissident argument here is really more of a metaphysical one. A distinction should be made between Universal absolute invariant time and gravitational effects acting on time-keeping mechanisms such as water clocks, grandfather clocks, digital watches, radioactive decay rates, and cesium clocks (cesium atoms), to name just a few. All sources of oscillation in nature are influenced by a change in gravitational potential. To build a clock, we have no choice but to exploit oscillator sources. Unfortunately we cannot construct an ideal clock [one that cannot be influenced by a change in gravitational potential] even if we use cesium atoms by definition. This was aptly demonstrated by the famous Häfele-Keating experiment in which cesium clocks were flown around the world. The atomic clock transported eastward lost 59 ns, while the atomic clock transported westward gained 273 ns, compared to the stationary laboratory standard. All physical devices used for time keeping are subject to error when accelerated, decelerated, or constrained to move linearly through a variation in gravitational potential. The Häfele-Keating experiment is not a failure for relativity theory, but the question should be asked: Is time itself dilated, or are internal processes merely altered by moving through a gravitational field? Metaphysically speaking, we do not consider this to be a distinction without a difference."

    THERE IS NOT A SHRED OF REAL EVIDENCE IN FAVOR OF TIME DILATION, AS OPPOSED TO CLOCK RETARDATION: "Einstein is praised for having made a “leap of faith” beyond the pedestrian reasoning of Lorentz and others, by claiming that when clocks slow down in a relativistic fashion, it is really time itself that is slowing down. But every bit of alleged evidence proves, at most, nothing more than that the clock slows down. Too many physicists subscribe to the belief that there is nothing to time except what can be seen on the face of a clock; but that amounts to the ridiculous statement that a measuring device has been built to measure nothing but itself. This view is an extreme version of operationalism, a very simplistic version of Machian positivism. So the “leap of faith” claiming time dilation remains totally unsupported by facts; mere speculation, not science." -- www.worldnpa.org/site/principals

    "The experiments leave no shadow of doubt: clocks are affected by motion. But why do physicits insist on concluding that time is stretched? The simple answer is: time (for physicits at least) is that which is measured by clocks." – „About Time: Einstein's Unfinished Revolution”, 1995,
    Profesor Paul Davies, Arizona State University,
    BEYOND: Center for Fundamental Concepts in Science

    The problem is that clocks are not technical detectors of physical existence of time. Clocks do not measure time in the same way that other technical measuring devices measure other physical quantities. Hermann Bondi said: "Time must never be thought of as pre-existing in any sense; it is a manufactured quantity."


  2. Albert Einstein, On the Electrodynamics of Moving Bodies”: "If we wish to describe the motion of a material point, we give the values of its co-ordinates as functions of the time. Now we must bear carefully in mind that a mathematical description of this kind has no physical meaning unless we are quite clear as to what we understand by “time.” We have to take into account that all our judgments in which time plays a part are always judgments of simultaneous events. If, for instance, I say, “That train arrives here at 7 o'clock,” I mean something like this: “The pointing of the small hand of my watch to 7 and the arrival of the train are simultaneous events.” [3] It might appear possible to overcome all the difficulties attending the definition of “time” by substituting “the position of the small hand of my watch” for “time.” And in fact such a definition is satisfactory when we are concerned with defining a time exclusively for the place where the watch is located; but it is no longer satisfactory when we have to connect in time series of events occurring at different places, or—what comes to the same thing—to evaluate the times of events occurring at places remote from the watch. We might, of course, content ourselves with time values determined by an observer stationed together with the watch at the origin of the co-ordinates, and co-ordinating the corresponding positions of the hands with light signals, given out by every event to be timed, and reaching him through empty space. But this co-ordination has the disadvantage that it is not independent of the standpoint of the observer with the watch or clock, as we know from experience."


  3. Kurt Godel, A Remark about the Relationship Between Relativity Theory and Idealistic Philosophy”. What if time is only an illusion? What if it doesn't actually exist? Palle Yourgrau, a Brandeis professor of philosophy, explains that Einstein's general theory of relativity may allow for this possibility. It was first realized by the great logician Kurt Godel in a typically brief paper written for a Festschrift to honor his friend and Princeton neighbor Einstein. Godel is best known for his incompleteness theorem, one of the most important theorems in mathematical logic since Euclid. Palle Yourgrau writes that Godel's paper was almost universally ignored, and he claims that since the logician's death, philosophers have gone out of their way to try to denigrate his work in fields other than logic. In 1942, the logician Kurt Godel suffered a major episode of depression that required a stay at a mental hospital. Upon his release, Albert Einstein, his colleague at the Institute for Advanced Studies, took Godel under his wing and, to cheer him up, gave him "relativity lessons." The two became close friends; they walked to and from their offices at the Institute every day, exchanging ideas about science, philosophy, politics and the lost world of German science in which both men had grown up. By 1949, Godel had produced a remarkable proof: In any universe described by the Theory of Relativity, time cannot exist. Einstein endorsed this result – reluctantly, since it decisively overthrew the classical world-view to which he was committed. But he could find no way to refute it, and in the half-century since then, neither has anyone else. Even more remarkable than this stunning discovery by two of the greatest intellects of all time, however, was what happened afterward: nothing. Cosmologists have proceeded with their work as if time were the linear phenomenon familiar to Newton or Galileo (with some allowances for relativistic distortion); philosophers have refused to recognize Godel as an important philosopher of time. While arguing that these failures constitute major scandals of modern intellectual history, Palle Yourgrau also offers a mitigating explanation. Godel's cosmological findings, he says, are so advanced as to be beyond the ability of modern science to deal with them. A World without Time is a sweeping, ambitious book, and yet poignant and intimate – it tells the story of two magnificent minds put on the shelf by the scientific fashions of their day, and attempts to rescue from undeserved obscurity the brilliant work they did together.


  4. John D. Norton, "The Hole Argument": "Over the years, the hole argument was deemed to be a trivial error by an otherwise insightful Einstein. It was John Stachel (1980) who recognized its highly non-trivial character and brought this realization to the modern community of historians and philosophers of physics. (See also Stachel, 1986.) In Earman and Norton (1987), the argument was recast as one that explicitly targets spacetime substantivalism. [...] Spacetime is the entirety of all space through all time. The events of this spacetime are generalizations of the dimensionless points of ordinary spatial geometry. A geometric point in ordinary spatial geometry is a just a particular spot in the space and has no extension. Correspondingly, an event in spacetime is a particular point in a cosmological space at a particular moment of time. [...] Space and time are fused into a single entity, spacetime, and we inquire into its status. One view is that spacetime is a substance, a thing that exists independently of the processes occurring within spacetime. This is spacetime substantivalism. The hole argument seeks to show that this viewpoint leads to unpalatable conclusions in a large class of spacetime theories. Spacetime substantivalism requires that we ascribe such a surfeit of properties to spacetime that neither observation nor even the laws of the relevant spacetime theory itself can determine which are the correct ones. Such abundance is neither logically contradictory nor refuted by experience. But there must be some bounds on how rich a repertoire of hidden properties can be ascribed to spacetime. The hole argument urges that spacetime substantivalism goes beyond those bounds. The hole argument depends upon a gauge freedom in general relativity; that is, the presence of surplus mathematical structure in general relativity that has no correlate in physical reality. The hole argument provides a template for the analysis of gauge freedoms in physical theories. We learn from it that the identification of surplus mathematical structure cannot be achieved by any a priori or purely mathematical rule. Some physical grounds are needed. The hole argument provides two grounds that can be used: verifiability — changes in the candidate surplus structure make no difference to what can be verified in observation; determinism — the laws of the theory are unable to fix the candidate surplus structure. The hole argument was invented for slightly different purposes by Albert Einstein late in 1913 as part of his quest for the general theory of relativity. It was revived and reformulated in the modern context by John Earman, John Stachel and John Norton. [...] we want to know whether we can conceive of spacetime as a substance, that is, as something that exists independently. To do this, we need to know what in the above structures represents spacetime. One popular answer to that question is that the manifold of events represents spacetime. We shall see shortly that this popular form of the answer is the one that figures in the hole argument. This choice is natural since modern spacetime theories are built up by first positing a manifold of events and then defining further structures on them. So the manifold plays the role of a container just as we expect spacetime does. One might wonder if this is the right choice, given that it excludes the metric field, which contains important information on spatial distances and times elapsed. Ought that not also to be considered a part of the containing spacetime as opposed to what is contained within spacetime? General relativity makes it hard to view the metric field simply as part of the containing spacetime. For, in addition to spatial and temporal information, the metric field also represents the gravitational field. Therefore it also carries energy and momentum — the energy and momentum of the gravitational field (although a notorious technical problem in general relativity precludes identifying the energy and momentum density of the gravitational field at any particular event in spacetime). This energy and momentum is freely interchanged with other matter fields in spacetimes. It is the source of the huge quantities of energy released as radiation and heat in stellar collapse, for example. To carry energy and momentum is a natural distinguishing characteristic of matter contained within spacetime. So the metric field of general relativity seems to defy easy characterization. We would like it to be exclusively part of spacetime the container, or exclusively part of matter the contained. Yet is seems to be part of both. The notion that the manifold represents an independently existing thing is quite natural in the realist view of physical theories. In that view one tries to construe physical theories literally. If formulated as above, a spacetime is a manifold of events with certain fields defined on the manifold. The literal reading is that this manifold is an independently existing structure that bears properties. [...] So far we have characterized the substantivalist doctrine as the view that spacetime has an existence independent of its contents. This formulation conjures up powerful if vague intuitive pictures, but it is not clear enough for interpretation in the context of physical theories. If we represent spacetime by a manifold of events, how do we characterize the independence of its existence? [...] We can now assemble the pieces above to generate unhappy consequences for the manifold substantivalist. Consider the two distributions of metric and matter fields related by a hole transformation. Since the manifold substantivalist denies Leibniz equivalence, the substantivalist must hold that the two systems represent distinct physical systems. But the properties that distinguish the two are very elusive. They escape both (a) observational verification and (b) the determining power of cosmological theory. (a) Observational verification. We have already noticed that the two distributions are observationally equivalent. So the substantivalist must insist that it makes a physical difference as to whether the galaxy passes through event E or not. But no observation can tell us if we are in a world in which the galaxy passes through event E or misses event E, for universes with either are observationally equivalent. [...] (b) Determinism. The physical theory of relativistic cosmology is unable to pick between the two cases. This is manifested as an indeterminism of the theory. We can specify the distribution of metric and matter fields throughout the manifold of events, excepting within the region designated as The Hole. Then the theory is unable to tell us how the fields will develop into The Hole. Both the original and the transformed distribution are legitimate extensions of the metric and matter fields outside The Hole into The Hole, since each satisfies all the laws of the theory of relativistic cosmology. The theory has no resources which allow us to insist that one only is admissible. [...] We can load up any physical theory with superfluous, phantom properties that cannot be fixed by observation. If their invisibility to observation is not sufficient warning that these properties are illegitimate, finding that they visit indeterminism onto a theory that is otherwise deterministic in this set-up ought to be warning enough. These properties are invisible to both observation and theory; they should be discarded along with any doctrine that requires their retention. [...] The hole argument has presented a new sort of obstacle to the rise of scientific realism. According to that view, one should read the assertions of our mature theories literally. So, if general relativity describes a manifold of events and a metrical structure, then that is literally what is there in the view of the strict scientific realist. To think otherwise, it is asserted, would be to leave the success of these theories an unexplained miracle. If spacetime does not really have the geometrical structure attributed to it by general relativity, then how can we explain the theory's success? Appealing as this view is, the hole argument shows that some limits must be placed on our literal reading of a successful theory. Or at least that persistence in such literal readings comes with a high price. The hole argument shows us that we might want to admit that there is something a little less really there than the literal reading says, lest we be forced to posit physically real properties that transcend both observation and the determining power of our theory. [...] Intertransformable mathematical structures often arise in physical theories. The philosophical problem is to know when two intertransformable structures do in fact represent the same physical situation, so that the transformation is a gauge transformation. Sometimes it is thought that the mere fact that two mathematical structures are intertransformable is all that is needed for the transformation to be a gauge transformation and for the differences between the two structures to correspond to nothing physical. Since the transformation is invertible, the essential fact is that any property of the first structure will have a correlated property in the second; and any property of the second will have a correlated property in the first. That means that the two structures are, informally speaking, perfect mathematical images of each other and each could stand in for the other in any formal application. The notion that this transformation must be a gauge transformation fails, however. That the two structures are perfect mathematical mirror images of each other is not sufficient to ensure that they must represent the same physical structures. They certainly may represent the same physical structures, but they also may not. The decision as to whether a transformation is a gauge transformation cannot merely be decided by the mathematics; it is a physical issue that must be settled by physical considerations. [...] The argument that justifies this criterion is the same as was used in the hole argument; it is just slightly generalized. The presumption is that it is possible to keep adding further mathematical embellishments to the mathematics of a physical theory until we are assuredly adding structures with no physical counterparts. The warning that we have reached this point of physical superfluity is that we can make changes to these mathematical structures that make no difference to what we observe and also outstrip the determining power of the laws of the theory. When those structures become invisible both to our powers of observation and to the theory's laws, we are being warned that we have gone too far."


  5. Lee Smolin, "The case for background independence": "The aim of this paper is to explain carefully the arguments behind the assertion that the correct quantum theory of gravity must be background independent. We begin by recounting how the debate over whether quantum gravity must be background independent is a continuation of a long-standing argument in the history of physics and philosophy over whether space and time are relational or absolute. [...] The debate about whether space and time are relational is central to the history of physics. Here is a cartoon sketch of the story. Debate about the meaning of motion go back to the Greeks. But the issues of interest for us came into focus when Newton proposed his form of dynamics in his book Principia Mathematica, published in 1687. Several of his rough contemporaries, such as Descartes, Huygens and Leibniz espoused relational notions of space and time, according to which space and time are to be defined only in terms of relationships among real objects or events. Newton broke with his contemporaries to espouse an absolute notion of space and time, according to which the geometry of space and time provided a fixed, immutable and eternal background, with respect to which particles moved. Leibniz responded by proposing arguments for a relational view that remain influential to this day. [...] Leibniz’scriticisms of Newton’s physics were sharpened by several thinkers, the most influential of which was Ernst Mach, who in the late 19th century gave an influential critique of Newtonian physics on the basis of its treatment of acceleration as absolute. Einstein was among those whose thinking was changed by Mach. There is a certain historical complication, because what Einstein called ”Mach’s principle” was not exactly what Mach wrote. But that need not concern us here. The key idea that Einstein got from, or read into, Mach, was that acceleration should be defined relative to a frame of reference that is dynamically determined by the configuration of the whole universe, rather than being fixed absolutely, as in Newton’s theory. [...] In Newton’s mechanics, the distinction between who is accelerating and who is moving uniformly is a property of an absolute background spacetime geometry, that is fixed independently of the history or configuration of matter. Mach proposed, in essence eliminating absolute space as a cause of the distinction between accelerated and non-accelerated motion, and replacing it with a dynamically determined distinction. This resolves the problem of under-determination, by replacing an a priori background with a dynamical mechanism. By doing this Mach showed us that a physics that respects Leibniz’s principle of sufficient reason is more predictive, because it replaces an arbitrary fact with a dynamically caused and observationally falsifiable relationship between the local inertial frames and the distribution of matter in the universe. This for the first time made it possible to see how, in a theory without a fixed background, properties of local physics, thought previously to be absolute, might be genuinely explained, selfconsistently, in terms of the whole universe. [...] One can see this with the issue of time. If by time you mean time experienced by observers following worldlines in a given spacetime, then we can work within that spacetime. For example, in a given spacetime, time can be defined in terms of the causal structure. But if one wants to discuss time in the context in which the gravitational degrees of freedom are evolving, then one cannot work within a given spacetime. One constructs instead a notion of time on the infinite dimensional phase or configuration space of the gravitational field itself. Thus, at the classical level, there are clear solutions to the problems of what is time and what is an observable in general relativity. Any quantum theory of gravity must address the same issues. Unfortunately, background dependent approaches to quantization evade these issues, because they take for granted that one can use the special symmetries of the non-dynamical backgrounds to define physical observables. To usefully address issues such as the problem of time, or the construction of physical observables, in a context that includes the quantum dynamics of the spacetime itself, one must work in a background independent formulation. However, while the problem of time has been addressed in the context of background independent approaches to quantum gravity, the problem has not been definitively solved. The issue is controversial and there is strong disagreement among experts. Some believe the problem is solved, at least in principle, by the application of the same insights that lead to its solution in classical general relativity. Others believe that new ideas are needed. While I will not dwell on it here, the reader should be aware that the problem of time is a key challenge that any complete background independent quantum theory of gravity must solve.

    I would now like to broaden the discussion by asking: Does the relational view have implications broader than the nature of space and time? I will argue that it does. A starting point for explaining why is to begin with a discussion of reductionism. [...] But there is a built in limit to reductionism. If the properties of a complex system can be understood in terms of their parts, then we can keep going and understanding the parts in terms of their parts, and so on. We can keep looking at parts of parts until we reach particles that we believe are elementary, which means they cannot be further divided into parts. These still have properties, for example, we believe that the elementary particles have masses, positions, momenta, spin, and charges. [...] When we reach this point we have to ask what methodology we can follow to explain the properties of the elementary particles? As they have no parts, reductionism will not help us. At this point we need a new methodology. [...] How we are to explain the properties of the elementary particles? In a relational theory, as I explained earlier, the properties of the elementary entities can have only to do with relations they have to other elementary entities."


  6. Profesor George F. R. Ellis, Mathematics Department, University of Cape Town, "Physics in the Real Universe: Time and Spacetime": "5.4 Issues of Ontology: The hidden issue underlying all this discussion is the question of the ontological nature of spacetime: does spacetime indeed exist as a real physical entity, or is it just a convenient way of describing relationships between physical objects, which in the end are all that really exist at a fundamental level? Is it absolute or relational? Could it after all be an emergent property of interacting fields and forces (Laughlin 2005), or from deeper quantum or pre-quantum structure (Ashtekar 2005: Chapters 11-17)? I will not pursue this contentious point here (for discussions, see e.g. Earman 1992, Hoeffer 1998, Huggett 2006). Rather I emphasize here that the discussion in this paper is about models or representations of spacetime, rather than making any ontological claims about the nature of spacetime itself. However, I do believe that the kind of proposal made here could provide a useful starting point for a fresh look at the ontological issue, and from there a renewed discussion of the degree to which our representations of the nature of spacetime are an adequate representation of its true existential nature."


  7. Dr Peter Marquardt, "In science, it is all too easy to jump to conclusions. As the development during the past century has shown, this seems particularly true of physics. Scientific modeling should and must be consistent and free of internal contradictions. This begins with the very first step: Analyze the vocabulary used in order to define the problem in question. Many a discussion is bound to remain fruitless if there is no consensus even about the basic terminology. For instance, ’relative velocity’ may have different meanings, depending on the view of velocity. The interpretation “two bodies are in relative motion if their mutual distance changes with time” does not respect the vector property of velocities. It is often easily overlooked ‘trifles’ like this that make consensus impossible. Likewise, ‘time’ and ‘space’ provide unexpected pitfalls if unspecified. ‘Time’ is not identical with ‘duration’ and ‘space’ is not ‘volume’. Time and space in their abstract general physical meaning provide the stage on which events happen. Hence they are not subject to the events themselves. Scientific language must be unique. A major difference between physics and math is that pure numbers don’t give us physics. The dimensions of physical quantities must be respected, independent of the system of units chosen. This is a necessary, not sufficient, condition to formulate physical ideas correctly. We should have consensus about the use of mathematics in physics as an assistant science. Math is a wonderful and most valuable help in physics - if used properly; it is a catastrophe if allowed to enslave physical ideas as is the case in certain (you-know-which) 20th century cult theories. These cult theories blocked the progress of physics more than anything else and we should consider it our task to tell the public why they should be abandoned in spite of their pseudo-successes (with math, it is possible to make a physically untenable theory yield numerically correct results, just think of cosmology before Kepler). [...] Twentieth century physics is burdened by unnecessary pitfalls, and owes many of its troubles to unclear or false definitions, inconsistent modeling, untenable assumptions, neglected conditions, carelessly applied mathematics, careless simplifications (gedanken experiments), misunderstood experimental results, improper philosophical implications, etc. These artificial Gordian Knots must be cut before we may get back to the tremendous task of finding out a bit more about Nature. If analyzed correctly, famous experimental results do not support untenable theories that claim their fame from them. Physics blossoms when provided with a solid basis that does not have to be sacrificed if a defective theory gets into difficulties."


  8. Dr Rochus Boerner, "Special Relativity Theory: Beyond Criticism": "Einstein's special theory of relativity, published in 1905, is one of the foundational theories of modern physics. It states that the vacuum speed of light is the same for all observers in inertial (non-accelerated) reference frames, and that time and space coordinates combine in a peculiar way when measured from different inertial systems. Exactly how this happens is described by a set of equations called the Lorentz Transformation.

    Strictly speaking, special relativity theory does not apply to anything in the physical universe, since gravitational fields, however minute, are always present. It took Einstein about 10 years to incorporate gravity and acceleration into his theory, and the result is known as general relativity. It describes gravity not as a force, but as curvature of space-time caused by mass. According to general relativity, there can be no such thing as a gravity shield.

    Despite the consensus of a majority of physicists that special relativity is proven beyond a shadow of a doubt, and general relativity proven at least with a high degree of confidence, there are reasonable arguments and pieces of evidence against these theories. But relativity dissidents are routinely censored from presenting their ideas at conferences or having them published in the scientific literature. John E. Chappell, Jr., the late director of the Natural Philosophy Alliance, relates the following suppression story: (22) One of the most recent [suppression stories] comes from a new NPA member who, when doing graduate work in physics around 1960, heard the following story from his advisor: While working for his Ph.D. in physics at the University of California in Berkeley in the late 1920s, this advisor had learned that all physics departments in the U.C. system were being purged of all critics of Einsteinian relativity. Those who refused to change their minds were ordered to resign, and those who would not were fired, on slanderous charges of anti-Semitism. The main cited motivation for this unspeakably unethical procedure was to present a united front before grant-giving agencies, the better to obtain maximal funds. This story does not surprise me. There has been a particularly vicious attitude towards critics of Einsteinian relativity at U.C. Berkeley ever since. I ran into it in 1985, when I read a paper arguing for absolute simultaneity at that year's International Congress on the History of Science. After I finished, the Danish chairman made some courteous remarks about dissidents he had learned about in Scandinavia, and then turned to the audience for questions. The first speaker was one of a group of about 4 young physics students in the back. He launched immediately into a horrible tirade of verbal abuse, accusing me of being entirely wrong in my analysis, a simplification of the Melbourne Evans analysis-'Evans is wrong; you are wrong,' he shouted. He accused me of being way out of line to present my 'faulty' arguments on his prestigious campus. When I started to ask him 'Then how would you explain...', he loudly interrupted me with 'I don't have to explain anything.' The rest of the audience felt so disturbed by all this, that the question session was essentially destroyed."

    Such reactions are not uncommon. To even begin to criticize Einsteins' theory of special relativity has become a scientific heresy of the highest order. The prevailing attitude of the physical establishment is that anyone who doubts the validity of this "bedrock of modern physics" is insane, and that trying to refute it is a symptom of "psychosis"(23).

    Caltech Professor David L. Goodstein states in a video-tape lecture: (24) There are theories in science, which are so well verified by experience that they become promoted to the status of fact. One example is the Special Theory of Relativity-it's still called a theory for historical reasons, but it is in reality a simple, engineering fact, routinely used in the design of giant machines, like nuclear particle accelerators, which always work perfectly. Another example of that sort of thing is the theory of evolution. These are called theories, but they are in reality among the best established facts in all of human knowledge."

    Isaac Asimov has stated that "no physicist who is even marginally sane doubts the validity of SR." (25)

    An article on relativity dissidents (26) quotes relativist Clifford Will of Washington University expressing a similar sentiment: SR has been confirmed by experiment so many times that it borders on crackpot to say there is something wrong with it. Experiments have been done to test SR explicitly. The world's particle accelerators would not work if SR wasn't in effect. The global positioning system would not work if special relativity didn't work the way we thought it did.

    Unfortunately for the progress of physics, when opinions like these reach a critical mass, they become self-fulfilling prophecies. Dissent is no longer respected, or even tolerated. Evidence to the contrary can no longer be communicated, for journals will refuse to publish it (23). Mathematically and logically, the notion that a theory that has made many correct predictions or leads to engineering applications must necessarily be true is untenable. Wrong models can make correct predictions. Scientific models may produce arbitrarily many, arbitrarily good predictions and still be flawed, as the historical example of the Ptolemaic (geocentric) model of the solar system shows. It does not matter how many observations are consistent with a theory if there is only one observation that is not. Ironically, relativity theory itself teaches us this lesson.

    For centuries, Newtonian physics had led science to one triumph after another in explaining the inner workings of the natural world, and at the end of the 19th century, no physicist who was "even marginally sane" doubted its validity. After all, hadn't the validity of Newtonian physics "been confirmed by experiment so many times" that it would have "bordered on crackpot to say there is something wrong with it"? Didn't the operation of the world's steam engines prove its validity? And yet, Newtonian physics loses its validity at speeds approaching the speed of light. In hindsight, it is obvious why the discrepancy was never caught. Due to the enormity of the speed of light c, effects of the order of (v/c) only manifest themselves in highly sophisticated experiments. Similarly, even modern technology cannot easily distinguish between relativity and competing theories that agree with relativity at first order of (v/c) but disagree at higher order. One such competing theory is Ronald Hatch's Modified Lorentz Aether Theory (27).

    Hatch, a former president of the Institute of Navigation and current Director of Navigation Systems Engineering of NavCom Technologies, is an expert on the GPS. Concerning the question of whether the operation of the GPS proves the validity of SR, he has come to conclusions diametrically opposite from Clifford Will's. In Relativity and GPS (28), (29), he argues that the observed effect of velocity on the GPS clocks flat out contradicts the predictions of special relativity.

    Hatch's proposed alternative to special and general relativity theory, Modified Lorentz Aether Gauge Theory (MLET), agrees with General Relativity at first order but corrects many astronomical anomalies that GRT cannot account for without ad-hoc assumptions, such as the anomalous rotation of galaxies and certain anomalies in planetary orbits. In addition, the force of gravity is self-limiting in MLET, which eliminates point singularities (black holes), one of the major shortcomings of GRT. One of the testable predictions of Hatch's theory is that LIGO, the Laser Interferometer Gravitational Wave Observatory, will fail to detect gravity waves. As of July 2007, this prediction stands. (30)

    The myth of the null result of the Michelson-Morley experiment.

    Relativity textbooks all contain the story of how the Michelson-Morley experiment (28) supposedly proved the non-existence of a light-carrying medium, the aether. In this experiment, light rays are sent on round trips in different directions and then reunited, resulting in an interference pattern. If an aether "wind" caused the speed of light to be direction-dependent, then rotation of the experimental apparatus would result in a shift of this pattern. But such a shift was never detected, proving the isotropy (direction-independence) of the speed of light, or so the story goes.

    But physical reality is more complicated then the foundational myth of relativity would have us believe. An examination of historical papers on the subject indicates that relativists have rewritten history. The M-M experiment of 1887 found only a fraction of the effect size predicted by the stationary aether hypothesis, thus clearly disproving it, but the effect was emphatically not "null" within the accuracy of the experiment.

    In a 1933 paper, The Aether-Drift Experiments and the Determination of the Absolute Motion of the Earth (31), physicist Dayton C. Miller reviewed the evidence and concluded that: The brief series of observations was sufficient to show that the effect did not have the anticipated magnitude. However, and this fact must be emphasized,the indicated effect was not zero; the sensitivity of the apparatus was such that the conclusion, published in 1887, stated that the observed relative motion of the earth and aether did not exceed one-fourth of the Earth's orbital velocity. This is quite different from a null effect now so frequently imputed to this experiment by the writers on Relativity.

    Miller showed that there is a systematic effect in the original M-M data indicating a speed of the Earth relative to the Aether of 8.8 km/s for the noon observations and 8.0 km/s for the evening observations. He believed that the aether was entrained ("dragged along") by the earth. To test that hypothesis, Miller endeavored to replicate the M-M experiment (which had been performed in a basement in Cleveland) at greater altitude on Mount Wilson, where presumably there would be a stronger aether drift.

    After years of careful experimentation, Miller indeed found a systematic deviation from the null result predicted by special relativity, which greatly embarrassed Einstein and his followers. Einstein tried to explain it away as an artifact of temperature variation, but Miller had taken great care to avoid precisely that kind of error. Miller told the Cleveland Plain Dealer on January 27, 1926, The trouble with Professor Einstein is that he knows nothing about my results. ... He ought to give me credit for knowing that temperature differences would affect the results. He wrote to me in November suggesting this. I am not so simple as to make no allowance for temperature.

    But the tide of scientific opinion had turned against the aether and in favor of Einstein. The 1919 solar eclipse observations led by Sir Arthur Eddington that allegedly confirmed general relativity's prediction of the deflection of starlight by a gravitational field were not accurate enough to test Einstein’s prediction, and confirmation was obtained by reading the desired result into the data. (32) This "confirmation" was triumphantly announced by Eddington at a joint meeting of the Royal Society and the Royal Astronomical Society to an audience that had not actually seen the data first hand. In the judgement of an eye witness, the meeting resembled a coronation ceremony rather than a scientific conference (33).

    Because of this scientific fraud, Einstein became a world celebrity overnight, surrounded by an aura of scientific infallibility. Miller's results, which suggested that in order to detect anisotropies in the speed of light, the interferometer needed to be surrounded by as little matter as possible, and located at a high altitude, were ignored in subsequent null replications of the experiment, such as the Brillet-Hall experiment (34), and the Müller experiment(35).

    After Miller's death, one of his students, Robert S. Shankland, gave the physics establishment the final excuse it needed to forget Miller's work for good (36). Shankland simply revived the old criticism of temperature variations, against which Miller had always successfully defended himself during his lifetime, to reach the conclusion that Miller's results must be invalid. Relativity skeptic James DeMeo, Ph.D., has undertaken a detailed review of Miller's work and Shankland's critique (37) that comes to the conclusion that the Shankland team with some degree of consultation with Einstein, decided that 'Miller must be wrong' and then set about to see what they could find in his archive that would support that conclusion.

    A 2003 paper by Reginald T. Cahill and Kirsty Kitto of the School of Chemistry, Physics and Earth Sciences at Flinders University, Adelaide, published in the dissident journal Apeiron (38), argues that the reason why earlier M-M experiments gave small but detectable non-null results, while more recent replications gave clear null results, is that the earlier interferometers were filled with gas, while the modern ones were evacuated. It presents a new unified analysis of M-M type experiments that derives consistent estimates of the absolute speed of the Earth from gas-mode M-M experiments while predicting the observed null result for vacuum-mode experiments.

    In a later paper (60), Cahill charges that the evidence for absolute motion is not being considered by mainstream physics not because it is weak, but because it is being censored: Physics is a science. This means that it must be based on (i) experiments that test its theories, and (ii) that its theories and reports of the analyses of experimental outcomes must be freely reported to the physics community. Regrettably, and much to its detriment, this has ceased to be the case for physics. Physics has been in an era of extreme censorship for a considerable time; Miller was attacked for his major discovery of absolute linear motion in the 1920's, while DeWitte was never permitted to report to physicists the data from his beautiful 1991 coaxial cable experiment. Amazingly these experimenters were unknown to each other, yet their data was is in perfect agreement, for by different techniques they were detecting the same phenomenon, namely the absolute linear motion of the earth through space. All discussions of the experimental detections of absolute motion over the last 100 years are now banned from the mainstream physics publications.

    In 2004, Cahill's analysis found a mainstream advocate in Maurizio Consoli, a physicist at the Italian National Institute of Nuclear Physics. Consoli managed to get this idea published in the mainstream physics journal Physics Letters A (39). A 2005 New Scientist article (40) reports that the quantum optics group at Humbold University, Berlin was interested in performing a gas-mode version of the M-M experiment. At the time of this writing (October 2007), no results have been published, and it is unknown to this writer whether this crucial experiment which could overturn our entire understanding of nature is still being planned.

    Is the Speed of Light in Interplanetary Space a Constant?

    The late physicist Bryan G. Wallace discovered in 1961 that radar distance measurements of the surface of the planet Venus did not support the constancy of the speed of light. There were systematic variations in the radar data containing diurnal, lunar and synodic components. Attempting to get his results published in Physical Review Letters, he encountered great resistance from referees, and eventually settled for a lesser journal (41).

    In a letter to Physics Today (42) Wallace summarizes his findings as follows: The 1961 interplanetary radar contact with Venus presented the first opportunity to overcome technological limitations and perform direct experiments of Einstein's second postulate of a constant light speed of c in space. When the radar calculations were based on the postulate, the observed-computed residuals ranged to over 3 milliseconds of the expected error of 10 microseconds from the best [general relativity] fit the Lincoln Lab could generate, a variation range of over 30,000%. An analysis of the data showed a component that was relativistic in a c+v Galilean sense.

    Let us do a reality check here. If the speed of light in interplanetary space is non constant, how could NASA not have noticed in its robotic exploration of the solar system? Wallace makes the scandalous claim that NASA has noticed, and has been using equations with non-relativistic components to calculate signal transit times in the solar system all along: At the December 1974 AAS Dynamical Astronomy Meeting, E. M. Standish Jr of JPL reported that significant unexplained systematic variations existed in all the interplanetary data, and that they are forced to use empirical correction factors that have no theoretical foundation.(43)

    In a 1973 paper (44), Wallace describes how the Lincoln Lab introduced averaging to suppress the anomalous radar results and refused to release the raw data to him, stonewalling his investigation.

    The apparent improvement in the residuals for later years was due to the fact that the Lab interpolated the 1964 [Venus] data to 12:00 UT and the 1967 data to one observation a day from 2:12 UT to 2:21 UT. The observing time for the 1961 data ranged from 00:33 UT to 23:40 UT. The involved radar astronomers are publicly claiming nearly complete agreement between their recent radar analysis and general relativity, but my investigation reveals otherwise. At the Fourth Texas Symposium of Relativistic Astrophysics, I.I. Shapiro of the Lincoln Lab promised to send me any data I wanted. I read in an article published by the lab that they had data for the same observing dates covering a wide range of daily observing times from both the MIT and USSR radar stations. I wrote Shapiro requesting this data 2/13/69; his letters of 2/28/69 and 3/12/69 ignored my request. I made an issue of this in my letter to him of 3/20/69, and in his reply of 3/27/69 he stated, 'Unfortunately the data do not exist in the form in which you wanted them and hence, I cannot honor your request.'

    Shapiro later sent me data that were completely worthless for making an objective test of the relative velocity of light in space. The data were from two MIT radar stations in Massachusetts. The separation between them was only 0.2' of longitude and 20.6" of latitude and the observations had been interpolated to 2:12 UT to 2:21 UT with only one observation per day. It seems obvious that the Lab eliminated the variations by interpolating the data for each day to the one observing time for that day that agreed with the general relativity prediction. One could use the same method to prove that a stopped clock keeps perfect time.

    A subsequent letter submitted to Physics Today on July 9, 1984 was denied publication. Wallace reproduced this letter in the chapter Publication Politics of his self-published online book The Farce of Physics (45). In it, he wrote: “During a current literature search, I requested and received a reprint of a paper [T. D. Moyer, Celes. Mech., 23, 33(1981)] published by Theodore D. Moyer of the Jet Propulsion Laboratory. The paper reports the methods used to obtain accurate values of range observables for radio and radar signals in the solar system. The paper's (A6) equation and the accompanying information that calls for evaluating the position vectors at the signal reception time is nearly equivalent to the Galilean c+v equation (2) in my paper RADAR TESTING OF THE RELATIVE VELOCITY OF LIGHT IN SPACE. [B. G. Wallace, Spectros. Lett., 2, 361(1969)] The additional terms in the (A6) equation correct for the effects of the troposphere and charged particles, as well as the general relativity effects of gravity and velocity time dilation.

    The fact that the radio astronomers have been reluctant to acknowledge the full theoretical implications of their work is probably related to the unfortunate things that tend to happen to physicists that are rash enough to challenge Einstein's sacred second postulate. Over twenty-three years have gone by since the original Venus radar experiments clearly showed that the speed of light in space was not constant, and still the average scientist is not aware of this fact! This demonstrates why it is important for the APS to bring true scientific freedom to the PR journal's editorial policy.

    Supporting evidence comes from Ronald Hatch who finds that the NASA equations for interplanetary navigation follow his MLET theory rather than special relativity: (27) The experimental evidence is almost overwhelming in support of the MLET view. There is a large disjoint between the SRT theorists and the experimentalists. The SRT theorists continue to claim that the speed of light is automatically the velocity c and isotropic with respect to the moving observer or experiment. But the SRT experimentalists do what is necessary to explain and make sense of the measurements. The equations for tracking and navigating the interplanetary probes developed by the Jet Propulsion Laboratory (JPL) for NASA clearly follow the MLET template."

    Mr. Wallace died on April 19, 1997, his findings ignored and thus neither confirmed nor refuted by the physics establishment. The question remains: Is the speed of light in interplanetary space subject to systematic variations in time?


  9. Dr Rochus Boerner, "The Suppression of Inconvenient Facts in Physics": "Textbooks present science as a noble search for truth, in which progress depends on questioning established ideas. But for many scientists, this is a cruel myth. They know from bitter experience that disagreeing with the dominant view is dangerous - especially when that view is backed by powerful interest groups. Call it suppression of intellectual dissent. The usual pattern is that someone does research or speaks out in a way that threatens a powerful interest group, typically a government, industry or professional body. As a result, representatives of that group attack the critic's ideas or the critic personally-by censoring writing, blocking publications, denying appointments or promotions, withdrawing research grants, taking legal actions, harassing, blacklisting, spreading rumors." (1)

    Introduction

    Science is in a state of crisis. Where free inquiry, natural curiosity and open-minded discussion and consideration of new ideas should reign, a new orthodoxy has emerged. This 'new inquisition', as it has been called by Robert Anton Wilson (2) consists not of cardinals and popes, but of the editors and reviewers of scientific journals, of leading authorities and self-appointed "skeptics", and last but not least of corporations and governments that have a vested interest in preserving the status quo, and it is just as effective in suppressing unorthodox ideas as the original. The scientists in the editorial boards of journals who decide which research is fit to be published, and which is not, the science bureaucrats at the patent office who decide what feats nature allows human technology to perform, and which ones it does not, and the scientists in governmental agencies who decide what proposals to fund, and not to fund, either truly believe that they are in complete knowledge of all the fundamental laws of nature, or they purposely suppress certain discoveries that threaten the scientific prestige of individuals or institutions, or economic interests. Research that indicates that an accepted theory is incomplete, severely flawed, or completely mistaken, is frequently rejected on the grounds that it "contradicts the laws of nature", and therefore has to be the result of sloppiness or fraud. At the heart of this argument is the incorrect notion that theory overrides evidence.

    In true science, theory always surrenders to the primacy of evidence. If observations are made that, after careful verification and theoretical analysis, are found to be inconsistent with a theory, than that theory has to go - no matter how aesthetically pleasing it is, how much mathematical elegance it contains, how prestigious its supporters are, or how many billions of dollars a certain industry has bet on it.

    This article will show that a different reaction occurs with disturbing regularity. Anomalous evidence is first ignored, then ridiculed, and if that fails, its author attacked. Scientific conferences will not admit it to be presented, scientific journals will refuse to publish it, and fellow scientists know better than to express solidarity with an unorthodox colleague. In today's scientific world, the cards are stacked heavily against true scientific breakthroughs. Too many careers are at stake; too many vested interests are involved for any truly revolutionary advancement in science to take place any more. All too often, scientific truth is determined by the authority of experts and textbooks, not by logic and reason.

    In 20th and 21st Century Science: Reflections and Projections (3) Robert G. Jahn writes: Thus, at the dawn of the 21st century, we again find an elite, smugly contented scientific establishment, but one now endowed with far more public authority and respect than that of the prior version. A veritable priesthood of high science controls major segments of public and private policy and expenditure for research, development, construction, production, education and publication throughout the world, and enjoys a cultural trust and reverence that extends far beyond its true merit. It is an establishment that is largely consumed with refinements and deployments of mid-20th century science, rather than with creative advancement of fundamental understanding of the most profound and seminal aspects of its trade. Even more seriously, it is an establishment that persists in frenetically sweeping legitimate genres of new anomalous phenomena under its intellectual carpet, thereby denying its own well-documented heritage that anomalies are the most precious raw material from which future science is formed.

    Henry H. Bauer gives a similarly bleak assessment of the state of modern science (4): Mainstream orthodoxy routinely resists novelties that later become accepted. (..) Indeed, it may well be that the suppression of unorthodox views in science is on the increase rather than in decline. In Prometheus Bound (1994), John Ziman has outlined how science changed during the 20th century: traditionally (since perhaps the 17th century) a relatively disinterested knowledge-seeking activity, science progressively became handmaiden to industry and government, and its direction of research is increasingly influenced by vested interests and self-interested bureaucracies, including bureaucracies supposedly established to promote good science such as the National Academies, the National Science Foundation, and the National Institutes of Health.

    In many cases of anomalous evidence that threatens established theories, simple denial of publication suffices to suppress the anomaly. Sometimes, however, renegade scientists manage to capture the attention of the general public, pleading their case to a larger audience that has no vested interest in the validity of the established theories. When that happens, and significant interests are at stake, the scientific establishment may turn nasty and resort to misrepresentation or outright falsification of evidence and to ad-hominem attacks.


    Dr Rochus Boerner, References:
    1. Martin, Brian. Stamping Out Dissent. April 26, 1993, pp. p.49-50.
    2. Wilson, Robert Anton. The New Inquisition. s.l. : New Falcon Publications, 1991.
    3. 20th and 21st Century Science: Reflections and Projections. Jahn, Robert G. 1, 2001, Journal of Scientific Exploration, Vol. 15, pp. 21-.
    4. Editorial. Bauer, Henry H. 3, 2000, Journal of Scientific Exploration, Vol. 14, pp. 304-305.
    5. Electrochemically induced nuclear fusion of deuterium. Stanley Pons, Martin Fleischmann. 2A, April 10, 1989, Journal of Electroanalytical Chemistry, Vol. 261, pp. 301-308 .
    6. Searches for low-temperature nuclear fusion of deuterium in palladium. al, N. S. Lewis et. 1989, Nature, Vol. 340, pp. 525 - 530.
    7. Measurement and analysis of neutron and gamma ray emission rates, other fusion products, and power in electrochemical cells having Pd cathodes. Albagli, D. 2, 1990, Journal of Fusion Energy, Vol. 9, p. 133.
    8. Upper Limits On Neutron And Gamma-Ray Emission From Cold Fusion. Gai, M. July 6, 1989, Nature, Vol. 340, pp. 29-34.
    9. Beaudette, Charles G. Excess Heat - Why Cold Fusion Research Prevailed. s.l. : Oak Grove Press, 2000. p. 113.
    10. Charles G. Beaudette, Excess Heat - Why Cold Fusion Research Prevailed. s.l. : Oak Grove Press, 2000. p. 113.
    11. Mallove, Eugene F. MIT and Cold Fusion: A Special Report. Infinite Energy. March/April 1999, Vol. 4, 24, pp. 64-118. http://www.infinite-energy.com/images/pdfs/mitcfreport.pdf
    12. —. Ten Years That Shook Physics. Infinite Energy. March/April 1999, Vol. 4, 24, p. 3.
    13. Stanislaw Szpak, Pamela A. Mosier-Boss. Thermal and Nuclear Aspects of the Pd/D20 System, Volume 1: A Decade of Research at Navy Laboratories. [Online] www.spawar.navy.mil/sti/publications/pubs/tr/1862/tr1862-vol1.pdf
    14. B. Daviss. Reasonable Doubt. New Scientist. March 29, 2003, 177, p. 2388 .
    15. Further evidence of nuclear reactions in the Pd/D lattice: emission of charged particles. Stanislaw Szpak, Pamela A. Mosier-Boss, Frank E. Gordon. 6, 2007, Naturwissenschaften, Vol. 94.
    16. Cold Fusion Conundrum at Texas A&M. Taubes, Gary. June 15, 1990, Science, Vol. 248, pp. 1299-1304.
    17. Platt, Charles. What If Cold Fusion Is Real? Wired. November 1998, Vol. 6, 11.
    18. Editorial. Epstein, Mike. 1, 1994, Journal of Scientific Exploration, Vol. 8.
    19. Mallove, Eugene F. The Triumph of Alchemy: Professor John Bockris and the Transmutation Crisis at Texas A&M. Infinite Energy. July/August 2000, Vol. 6, 32.
    20. Elemental Analysis of Pd Complexes: Effects of D2 Gas Permeation. Y. Iwamura, M. Sakano, T. Itoh. 2002, Japanese Journal of Applied Physics, Vol. 41, pp. 4642–4650.
    21. Higashiyama. Replication Of MHI Transmutation Experiment By D2 Gas Permeation Through Pd Complex. [Online] http://www.lenr-canr.org/acrobat/Higashiyamreplicatio.pdf
    22. John E. Chappell, Jr. What Ideas Does The NPA Stand For? Natural Philosophy Alliance. [Online] http://mywebpages.comcast.net/Deneb/Steps.htm
    23. Farrell, John. Did Einstein cheat? Salon Magazine. [Online] July 6, 2000. http://archive.salon.com/people/feature/2000/07/06/einstein/index.html
    24. Goodstein, David L. Atoms to Quarks. The Mechanical Universe ... and beyond. s.l. : California Institute of Technology/Intelecom, 1985. Vol. 51.
    25. Asimov, Isaac. The Two Masses. [book auth.] ed Timothy Ferris. The World Treasury of Physics, Astronomy and Mathematics. s.l. : Back Bay Books, 1993.
    26. A Varied Group. Goodman, B. 10, May 15, 1995, The Scientist, Vol. 9, p. 3.
    27. A Modified Lorentz Aether Theory. Hatch, Ronald R. 39, September/October 2001, Infinite Energy, Vol. 7, pp. 14 - 23.
    28. Relativity and GPS, Part I. Hatch, Ronald R. 3, 1995, Galilean Electrodynamic, Vol. 6, pp. 51-57.
    29. Relativity and GPS, Part II. Hatch, Ronald R. 4, 1995, Galilean Electrodynamics, Vol. 6, pp. 73-78.
    30. Frey, Raymond E. LIGO: Status and Recent Results. [Online] July 27, 2007. http://www.ligo.caltech.edu/docs/P/P070079-01.pdf
    31. The Aether-Drift Experiments and the Determination of the Absolute Motion of the Earth. Miller, Dayton C. July 1933, Reviews of Modern Physics, Vol. 5, pp. 203-241.
    32. Relativistic Deflection of Light Near the Sun Using Radio Signals and Visible Light. P. Marmet, C. Couture. 1, 1999, Physics Essays, Vol. 12, pp. 162-173.
    33. Anomalies in the History of Relativity. McCausland, Ian. 2 , 1999, Journal of Scientific Exploration, Vol. 13.
    34. Improved Laser Test of the Isotropy of Space. A. Brillet, J.L. Hall. 9, Physical Review Letters, Vol. 42, pp. 549-552.
    35. Modern Michelson-Morley Experiment using Cryogenic Optical Resonators. H. Müller, S. Herrmann, C. Braxmaier, S. Schiller, A. Peters. 2 , July 11, 2003, Physical Review Letters, Vol. 91.
    36. New Analysis of the Interferometer Observations of Dayton C. Miller. Shankland, Robert S. 2, April 1955, Reviews of Modern Physics, Vol. 27, pp. 167-178.
    37. DeMeo, James. Dayton Miller's Aether-Drift Experiments: A Fresh Look. Infinite Energy. 2001, Vol. 7, 38, pp. 72 - 82.
    38. Michelson-Morley Experiments Revisited and the Cosmic Background Radiation Preferred Frame. Reginald T. Cahill, Kirsty Kitto. 2, April 2003, Apeiron, Vol. 10.
    39. From classical to modern aether-drift experiments: the narrow window for a preferred frame. M. Consoli, E. Costanzo. 5-6, December 13, 2004, Physics Letters A, Vol. 333, pp. 355-363.
    40. Marcus Chown. Catching the cosmic wind. New Scientist. April 2, 2005, 2493.
    41. Radar Testing of the Relative Velocity of Light in Space. Wallace, Bryan G. 361, 1969, Spectroscopic Letters, Vol. 2.
    42. Letter to the Editor. Wallace, Bryan G. 8 , 1981, Physics Today, Vol. 34.
    43. —. Wallace, Bryan G. 1 , 1983, Physics Today, Vol. 36.
    44. The Unified Quantum Electrodynamic Aether. Wallace, Bryan G. 3, 1973, Foundations of Physics, Vol. 3, pp. 381-388.
    45. Wallace, Bryan G. The Farce of Physics. s.l. : Self-published online, 1994.
    46. The Top 30 Problems with the Big Bang. Flandern, T. Van. 2, 2002, Apeiron, Vol. 9.
    47. A Possible Relationship between Quasars and Clusters of Galaxies. H. Arp, D. Russell. March 10, 2001, Astrophysical Journal, Vol. 549, pp. 802-819.
    48. Arp, H. Quasars, Redshifts, and Controversies. s.l. : Cambridge University Press, 1989.
    49. —. Seeing Red: Redshifts, Cosmology and Academic Science. s.l. : Apeiron Press, 1998.
    50. Burbidge, G. Quasi-Steady State Cosmology. arXiv.org E-Print Archive. [Online] August 2001. http://arxiv.org/abs/astro-ph/0108051
    51. A Possibility Of Gravitational Force Shielding By Bulk YBa2Cu3O7?X Superconductor. E. Podkletnov, R. Nieminen. 3-4, December 10 1992, Physica C, Vol. 203, pp. 441-444.
    52. C. Platt. Breaking the Law of Gravity. Wired. March 1998, Vol. 6, 03.
    53. Matthews, R. Antigravity machine weighed down by controversy. New Scientist. September 21, 1996, p. 77.
    54. Holden, C. NASA's fling with Anti-Gravity. Science. October 11, 1996, Vol. 274, p. 183.
    55. Cook, N. Boeing challenges the laws of physics. London Financial Times. July 29, 2002.
    56. Park, Robert L. What's New. [Online] August 2, 2002 . http://bobpark.physics.umd.edu/WN02/wn080202.html
    57. A Solid-State Maxwell Demon. D.P. Sheehan, A.R. Putnam, J.H. Wright. 10, October 2002, Foundations of Physics, Vol. 32.
    58. Maxwell's demon: Slamming the door. Maddox, John. June 27, 2002, Nature, Vol. 417, p. 903.
    59. Horgan, J. The End of Science. s.l. : Little Brown & Company, 1997.
    60. The Speed of Light and the Einstein Legacy: 1905-2005 Reginald T. Cahill January 11, 2005, http://arxiv.org/ftp/physics/papers/0501/0501051.pdf


  10. Lionel Laurent, "Is Time Just A Trick Of The Mind?": "Thanks to Einstein, we have grown comfortable with the idea of time as relative; speed, motion, one's whole frame of reference affects the measurement of time. But now we might have to get used to the idea that there is no time at all--not even a grand flow from the past to the present and into the unknown future. According to Carlo Rovelli, professor of physics at the Universite de la Mediterrannee in Marseille, France, what we perceive as time could be nothing more than our way of simplifying the universe. Although the notion of time's absence is usually associated with quantum physics, Rovelli wants to broaden to our everyday experience. In other words, he literally believes there is no time. "It is well-known that the distinction between past and future disappears when one goes to micro-physics," he says. "A different step is to expect that at the fundamental level there is no time." Take the example of a teacup, sitting on a table, which then falls and smashes into several pieces on the floor. There is nothing surprising about this sequence of events for us. But the idea that the pieces could fly back together and become a whole teacup again seems entirely impossible. But it's not actually impossible. There is nothing in the laws of physics that would make such an event impossible--it is only very improbable. It is only because of our limited view of the world, Rovelli argues, that we reject highly improbable future propositions and turn them into impossibilities. Rovelli believes that if we were able to see past the general picture of the broken teacup, and process the detailed location and physical state of every single fragment, we would be able to predict a seemingly impossible future--the cup coming back together as a whole. There is one problem with such a picture, says Robin Le Poidevin, professor of philosophy at Leeds University and author of several books on time. While it may be physically possible for the teacup to get back together and leap back onto the table, it will not do so without a cause. "Causality provides the missing link," says Le Poidevin. He believes that there is a flow of time, although it is not one that moves independently from past to future. Instead, it is made up of a causal chain, with each cause having an effect that leads to another, and so on. In other words, we cannot see a future where the teacup gets back together if there is no obvious cause for it. But Rovelli's argument is that we cannot see this future because we are simply not physically equipped to perceive it. "Causality is something in our mind," counters Rovelli. "We do see into the future to some extent, and we do see into the past to some extent. For instance, if I throw a ball, I know it will hit the door." Likewise, he adds, if he sees a photograph of the ball later on, his memory will offer him a glimpse of the past. In fact, Rovelli and Le Poidevin are almost making the same point: that human perception is the dominant factor in the way we interpret time. The philosopher J.M.E. McTaggart made a similar point 100 years ago, when he said that past, present and future were far from absolute: Future events would become the past at some point, while the past had been at some stage in time also the future. This simple notion led McTaggart to question the whole notion of time's flow. A future event could be seen as moving closer toward us in the present, before crossing our paths and eventually receding into history. Every event could be put in the category of past, present or future. This idea of interchangeable tenses was contradictory, even impossible, for McTaggart; he came to the controversial conclusion that "nothing really changes, and nothing is really in time." But if our perception of time is flawed, or paradoxical, the question is: What lies outside our perception? Is time showing itself to be completely reversible, as in the quantum-level physical equations that inspired Rovelli's view, or is there still some sense of cause and effect, as in Le Poidevin's more philosophical take? There is no firm answer as yet. But these theories show that our notion of time is looking distinctly blinkered, and could some day be extinct--although it may take a little time to get used to it."


  11. The Conceptual Scheme of Chinese Philosophical Thinking Time: " 'Shi' is commonly translated into English as 'time'. Time is an intellectual concept that requires a metaphoric model since time has no concrete reality."


  12. The Conceptual Scheme of Chinese Philosophical Thinking Space: "Like time, space is an abstract term for a complex set of ideas."


  13. Srecko Sorli (Amrit Nirvikar), "Einstein's Timeless Universe: The Foundation for Cosmic Religiousness"


  14. "Scientists suggest spacetime has no time dimension"
    The concept of time as a way to measure the duration of events is not only deeply intuitive, it also plays an important role in our mathematical descriptions of physical systems. For instance, we define an object’s speed as its displacement per a given time. But some researchers theorize that this Newtonian idea of time as an absolute quantity that flows on its own, along with the idea that time is the fourth dimension of spacetime, are incorrect. They propose to replace these concepts of time with a view that corresponds more accurately to the physical world: time as a measure of the numerical order of change. In recent papers published in Physics Essays,
    Amrit Sorli (Srecko Sorli, Amrit Nirvikar), Davide Fiscaletti and Dusan Klinar from the Space Life Insitute www.spacelife.si (formerly: Scientific Research Centre Bistra in Ptuj), Slovenia, have described in more detail what this means.

    No time dimension

    They begin by explaining how we usually assume that is an absolute physical quantity that plays the role of the independent variable (time, t, is often the x-axis on graphs that show the evolution of a physical system). But, as they note, we never really measure time. What we do measure is an object’s frequency, speed, etc. In other words, what experimentally exists are the motion of an object and the tick of a clock, and we compare the object’s motion to the tick of a clock to measure the object’s frequency, speed, etc. By itself, time has only a mathematical value, and no primary physical existence.

    This view doesn’t mean that time does not exist, but that time has more to do with space than with the idea of an absolute time. So while 4D spacetime is usually considered to consist of three dimensions of space and one dimension of time, the researchers’ view suggests that it’s more correct to imagine spacetime as four dimensions of space. In other words, as they say, the universe is “timeless.”

    “Minkowski space is not 3D + T, it is 4D,” the scientists write in their most recent paper. “The point of view which considers time to be a physical entity in which material changes occur is here replaced with a more convenient view of time being merely the numerical order of material change. This view corresponds better to the physical world and has more explanatory power in describing immediate physical phenomena: gravity, electrostatic interaction, information transfer by EPR experiment are physical phenomena carried directly by the space in which physical phenomena occur.”

    As the scientists added, the roots of this idea come from Einstein himself.

    “Einstein said, ‘Time has no independent existence apart from the order of events by which we measure it,’ ” Sorli told Phys.org. “Time is exactly the order of events: this is my conclusion.”

    In the future, the scientists plan to investigate the possibility that quantum space has three dimensions of space, as Sorli explained.

    “The idea of time being the fourth dimension of space did not bring much progress in physics and is in contradiction with the formalism of special relativity,” he said. “We are now developing a formalism of 3D quantum space based on Planck work. It seems that the universe is 3D from the macro to the micro level to the Planck volume, which per formalism is 3D. In this 3D space there is no ‘length contraction,’ there is no ‘time dilation.’ What really exists is that the velocity of material change is ‘relative’ in the Einstein sense.”

    Numerical order in space

    The researchers give an example of this concept of time by imagining a photon that is moving between two points in space. The distance between these two points is composed of Planck distances, each of which is the smallest distance that the photon can move. (The fundamental unit of this motion is Planck time.) When the photon moves a Planck distance, it is moving exclusively in space and not in absolute time, the researchers explain. The photon can be thought of as moving from point 1 to point 2, and its position at point 1 is “before” its position at point 2 in the sense that the number 1 comes before the number 2 in the numerical order. Numerical order is not equivalent to temporal order, i.e., the number 1 does not exist before the number 2 in time, only numerically.

    As the researchers explain, without using time as the fourth dimension of spacetime, the physical world can be described more accurately. As physicist Enrico Prati noted in a recent study, Hamiltonian dynamics (equations in classical mechanics) is robustly well-defined without the concept of absolute time. Other scientists have pointed out that the mathematical model of spacetime does not correspond to physical reality, and propose that a timeless “state space” provides a more accurate framework.

    The scientists also investigated the falsifiability of the two notions of time. The concept of time as the fourth dimension of space - as a fundamental physical entity in which an experiment occurs - can be falsified by an experiment in which time does not exist, according to the scientists. An example of an experiment in which time is not present as a fundamental entity is the Coulomb experiment; mathematically, this experiment takes place only in space. On the other hand, in the concept of time as a numerical order of change taking place in space, space is the fundamental physical entity in which a given experiment occurs. Although this concept could be falsified by an experiment in which time (measured by clocks) is not the numerical order of material change, such an experiment is not yet known.

    “Newton theory on absolute time is not falsifiable, you cannot prove it or disprove it, you have to believe in it,” Sorli said. “The theory of time as the fourth dimension of space is falsifiable and in our last article we prove there are strong indications that it might be wrong. On the basis of experimental data, time is what we measure with clocks: with clocks we measure the numerical order of material change, i.e., motion in space.”

    How it makes sense

    In addition to providing a more accurate description of the nature of physical reality, the concept of time as a numerical order of change can also resolve Zeno’s paradox of Achilles and the Tortoise. In this paradox, the faster Achilles gives the Tortoise a head start in the race. But although Achilles can run 10 times faster than the Tortoise, he can never surpass the Tortoise because, for every distance unit that Achilles runs, the Tortoise also runs 1/10 that distance. So whenever Achilles reaches a point where the Tortoise has been, the Tortoise has also moved slightly ahead. Although the conclusion that Achilles can never surpass the Tortoise is obviously false, there are many different proposed explanations for why the argument is flawed.

    Here, the researchers explain that the paradox can be resolved by redefining velocity, so that the velocity of both runners is derived from the numerical order of their motion, rather than their displacement and direction in time. From this perspective, Achilles and the Tortoise move through space only, and Achilles can surpass Tortoise in space, though not in absolute time.

    The researchers also briefly examine how this new view of time fits with how we intuitively perceive time. Many neurological studies have confirmed that we do have a sense of past, present, and future. This evidence has led to the proposal that the brain represents time with an internal “clock” that emits neural ticks (the “pacemaker-accumulator” model). However, some recent studies have challenged this traditional view, and suggest that the brain represents time in a spatially distributed way, by detecting the activation of different neural populations. Although we perceive events as occurring in the past, present, or future, these concepts may just be part of a psychological frame in which we experience material changes in space.

    Finally, the researchers explain that this view of time does not look encouraging for time travelers.

    “In our view, time travel into the past and future are not possible,” Sorli said. “One can travel in space only, and time is a numerical order of his motion.”

    Amrit Sorli, Davide Fiscaletti, Dusan Klinar, “New Insights into the Special Theory of Relativity”, Physics Essays.

    © 2010 Phys.org


  15. "Physicists continue work to abolish time as fourth dimension of spacetime"
    by Lisa Zyga, 14 April 2012
    Philosophers have debated the nature of time long before Einstein and modern physics. But in the 106 years since Einstein, the prevailing view in physics has been that time serves as the fourth dimension of space, an arena represented mathematically as 4D Minkowski spacetime. However, some scientists, including Amrit Sorli and Davide Fiscaletti, founders of the Space Life Institute in Slovenia, argue that time exists completely independent from space. In a new study, Sorli and Fiscaletti have shown that two phenomena of special relativity - time dilation and length contraction - can be better described within the framework of a 3D space with time as the quantity used to measure change (i.e., photon motion) in this space.

    The scientists have published their article in a recent issue of Physics Essays. The work builds on their previous articles, in which they have investigated the definition of time as a “numerical order of material change.”

    The main concepts of special relativity - that the speed of light is the same in all inertial reference frames, and that there is no absolute reference frame - are traditionally formulated within the framework of Minkowski spacetime. In this framework, the three spatial dimensions are intuitively visualized, while the time dimension is mathematically represented by an imaginary coordinate, and cannot be visualized in a concrete way.

    In their paper, Sorli and Fiscaletti argue that, while the concepts of special relativity are sound, the introduction of 4D Minkowski spacetime has created a century-long misunderstanding of time as the fourth dimension of space that lacks any experimental support. They argue that well-known time dilation experiments, such as those demonstrating that clocks do in fact run slower in high-speed airplanes than at rest, support special relativity and time dilation but not necessarily Minkowski spacetime or length contraction. According to the conventional view, clocks run slower at high speeds due to the nature of Minkowski spacetime itself as a result of both time dilation and length contraction. But Sorli and Fiscaletti argue that the slow clocks can better be described by the relative velocity between the two reference frames, which the clocks measure, not which the clocks are a part of. In this view, space and time are two separate entities.

    “With clocks we measure the numerical order of motion in 3D space,” Sorli told Phys.org. “Time is 'separated' from space in a sense that time is not a fourth dimension of space. Instead, time as a numerical order of change exists in a 3D space. Our model on space and time is founded on measurement and corresponds better to physical reality.”

    To illustrate the difference between the two views of time, Sorli and Fiscaletti consider an experiment involving two light clocks. Each clock's ticking mechanism consists of a photon being reflected back and forth between two mirrors, so that a photon's path from one mirror to the other represents one tick of the clock. The clocks are arranged perpendicular to each other on a platform, with clock A oriented horizontally and clock B vertically. When the platform is moved horizontally at a high speed, then according to the length contraction phenomenon in 4D spacetime, clock A should shrink so that its photon has a shorter path to travel, causing it to tick faster than clock B.

    But Sorli and Fiscaletti argue that the length contraction of clock A and subsequent difference in the ticking rates of clocks A and B do not agree with special relativity, which postulates that the speed of light is constant in all inertial reference frames. They say that, keeping the photon speed the same for both clocks, both clocks should tick at the same rate with no length contraction for clock A. They mathematically demonstrate how to resolve the problem in this way by replacing Minkowski 4D spacetime with a 3D space involving Galilean transformations for three spatial coordinates X, Y, and Z, and a mathematical equation (Selleri's formalism) for the transformation of the velocity of material change, which is completely independent of the spatial coordinates.

    Sorli explained that this idea that both photon clocks tick at the same rate is not at odds with the experiments with flying clocks and other tests that have measured time dilation. This difference, he says, is due to a difference between photon clocks and atom-based clocks.

    “The rate of photon clocks in faster inertial systems will not slow down with regard to the photon clocks in a rest inertial system because the speed of light is constant in all inertial systems,” he said. “The rate of atom clocks will slow down because the 'relativity' of physical phenomena starts at the scale of pi mesons.”

    He also explained that, without length contraction, time dilation exists but in a different way than usually thought.

    “Time dilatation exists not in the sense that time as a fourth dimension of space dilates and as a result the clock rate is slower,” he explained. “Time dilatation simply means that, in a faster inertial system, the velocity of change slows down and this is valid for all observers. GPS confirms that clocks in orbit stations have different rates from the clocks on the surface of the planet, and this difference is valid for observers that are on the orbit station and on the surface of the planet. So interpreted, 'time dilatation' does not require 'length contraction,' which as we show in our paper leads to a contradiction by the light clocks differently positioned in a moving inertial system.”

    He added that the alternative definition of time also agrees with the notion of time held by the mathematician and philosopher Kurt Gödel.

    “The definition of time as a numerical order of change in space is replacing the 106-year-old concept of time as a physical dimension in which change runs,” Sorli said. “We consider time being only a mathematical quantity of change that we measure with clocks. This is in accord with a Gödel view of time. By 1949, Gödel had produced a remarkable proof: 'In any universe described by the theory of relativity, time cannot exist.' Our research confirms Gödel's vision: time is not a physical dimension of space through which one could travel into the past or future.”

    In the future, Sorli and Fiscaletti plan to investigate how this view of time fits with the broader surroundings. They note that other researchers have investigated abolishing the idea of spacetime in favor of separate space and time entities, but often suggest that this perspective is best formulated within the framework of an ether, a physical medium permeating all of space. In contrast, Sorli and Fiscaletti think that the idea can be better modeled within the framework of a 3D quantum vacuum. Rather than viewing space as a medium that carries light, light's propagation is governed by the electromagnetic properties (the permeability and permittivity) of the quantum vacuum.

    “We are developing a mathematical model where gravity is a result of the diminished energy density of a 3D quantum vacuum caused by the presence of a given stellar object or material body,” Sorli said. “Inertial mass and gravitational mass have the same origin: diminished energy density of a quantum vacuum. This model gives exact calculations for the Mercury perihelion precession as calculations of the general theory of relativity.”

    © 2012 Phys.org


  16. Dr. Daegene Song: "There have been numerous interesting suggestions connecting consciousness and quantum theory. However, unlike previous attempts that have aimed to connect quantum theory and consciousness through the brain, I claim to provide the connection through the identification of observables in quantum theory with the observer’s reference frames. Moreover, I do not claim to propose a new philosophical concept of a Subjective Universe. Instead, the main strength of my proposal will be to write the conjecture, which has been discussed in philosophy for hundreds of years, in explicit mathematical formulation: that is, using the language of quantum theory. [...] There are two lines of thought in terms of the foundations of quantum theory. The people who tend to side with Bohr claim that quantum theory provides the most precise description of what an experiment will produce. While this may sound reasonable, axioms of quantum theory put the observer in a distinctive place from the object being measured. This is puzzling for people who believe science should provide us with a law that describes the objective reality of the universe. I have discussed the fact that how physical law derived solely from our subjective experience has a fundamental limitation in that it will always remain perfectly subjective. Our conjecture derived from the resolution of the fundamental contradiction when describing consciousness insists that not only the current quantum theory, being subjective, is practically useful, but is logically and philosophically correct. That is, the observer should indeed have special status. Not only is the observer special, but the observer, i.e., the experience of observing as outlined in the conjecture, is all that exists as far as science is able to tell. When we look at the history of human knowledge, we can roughly divide it into two periods, i.e., before and after Copernicus. Before Copernicus, many people thought the Earth was flat and was the center of everything. Then came a revolution solidified by Copernicus, Newton, Einstein, and many other remarkable scientists, who realized that the Earth was neither flat nor was it the center of the universe. The conjecture described above is attempting to overthrow the second period. However, it does not wish to claim that the Earth is the center of the universe, but that the observer is. This line of thought has been discussed by philosophers for centuries: I have already discussed the argument of Descartes. Philosophers such as Berkeley, Kant, Schopenhauer, and Heidegger also followed similar lines of thought. I have shown that separating an observer and an object being observed runs into a contradiction. Therefore, it is not the observer and the object that exist separately inside the universe: the experience of observing the universe should define the observer. For example, it is not the universe that has existed for billions of years, but the experience of observing the universe to be billions of years old exists."


  17. December 21, 2010 (MMD Newswire) -- Senior research scientist Daegene Song of Handong Global University in South Korea has come up with a model of the universe - and reality - that may be at least as paradigm-shattering as Copernicus' (and later Galileo's) pronouncement that the Earth revolves around the Sun instead of vice-versa. Actually, in Dr. Song's view, that heliocentric (sun-centered) model is passe, being a product of the millennia-old "objective universe" model. Dr. Song posits instead a "subjective universe," arguing that the planets, stars, and other heavenly bodies are not a collection of physical objects that would be there even if we didn't exist to observe them. The universe, he asserts, can only be a subjective phenomenon of our experience. And he says he has done the math - literally - to support his assertions.

    "Not only does my research offer a mathematical resolution for a subjective universe," he explains, "it also suggests that humans are not mere machines but a unique creation. Furthermore - and I know this will make my work controversial if nothing else does - I believe my findings rebuke the theory of evolution."

    Those are pretty big claims, sure to raise eyebrows in the scientific community. Dr. Song is prepared to deal with the controversy, being a serious researcher who obtained his Ph.D. in physics at Oxford and did post-doctoral work at the National Institute of Standards and Technology in Gaithersburg, Maryland and the Korea Institute for Advanced Study in Seoul. He also admits to being a believer in the Bible, and is forthright about the fact that he was driven in his research by a desire to see if science could actually explain where we come from, why we are here, and where we go after we die.

    Dr. Song has published technical papers about the subjective universe, most notably, in the International Journal of Theoretical Physics in July 2008 (see resource list, below), and he has also delivered seminars at conferences of his peers for the last three years. He gave talks about quantum theory and consciousness at three major conferences in Austria, Hungary, and Italy in 2007, and in 2008 he spoke about the subjective universe at the Fourth International Workshop DICE 2008 in Italy.

    In recent years, quantum theory has captured the imagination of many laypeople as well as scientists, and that's hardly surprising. For instance, quantum mechanics experiments have demonstrated time after time that particles can appear to be in two places at once. They can also appear to change behavior based on how we observe them. And, it seems, they can even change retroactively, depending on what we later learn about them. This is an aspect of quantum theory that has become so beloved in pop culture for the past couple of decades, with many folks interpreting the strange behavior of particles and waves as evidence, if not outright proof, that we can create the life of our dreams merely by imagining it. (Many physicists have protested, to no avail, that this is an illogical leap.) A less fanciful interpretation is that for all practical purposes our own observations create the universe, or at least a small part of it. Dr. Song has taken some of these discussions to a different direction, showing that in effect the whole universe cannot exist independently of our observations.

    The fact that he is actually trained in physics and actively engaged in research sets Dr. Song apart from countless New-Age entrepreneurs and pseudo-scientists who, especially in the wake of popular documentaries such as What The Bleep Do We Know?!? and The Secret, have co-opted quantum theory in order to promote their respective magical-thinking schemes. Some of these folks might even be tempted to claim that Dr. Song's work lends credence to the long-popular New-Age maxim, "We create our own reality." Dr. Song is no magical thinker, though he wouldn't object if his work helped to finally end the age-old battle between science and spirituality. As for the concept of each of us "creating our own reality," however, he wants to make it clear that this is not exactly what he is claiming. "I'm not saying that everything which exists is just consciousness or hallucination," he explains. "Rather than 'observation creates the universe,' I'm saying 'the experience of observing the universe = my existence.' The universe is subjective and real. What I am suggesting is that the object - which includes the universe - and the observer are not separable."

    Dr. Song is not the first or only scientist to believe that some problems simply cannot be solved until we are willing to consider the possibility that the universe isn't objectively "real," in the sense that it would exist if there were no one to observe it. Scientists and philosophers alike have been exploring this question for centuries. However, the question always remained as to whether such a worldview could be shown scientifically rather than philosophically. Dr. Song's work represents a step in that direction.

    But what does all of this have to do with his other big ideas: the proof of human exceptionalism and the refutation of evolution? Regarding the former, Dr. Song explains that in the view of traditional physics, humans are nothing special, at least not more so than other physical objects such as the Moon and the Sun. "A lot of effort has been put into the study of the human mind from neurobiology, i.e., research on the brain," he says. "However, all these efforts still do not provide a clue to how mind or consciousness emerges out of a physical system such as the brain." He says his work demonstrates that a certain cognitive process - consciousness, to be exact - is not like other physical systems such as galaxies, atoms, or neurons. He believes that consciousness may not be something that arises out of a physical system such as a network of neurons, although they are linked together.

    Then what about that scientific sacred cow, evolution? Explains Dr. Song, "In the subjective universe model, unlike the objective model, the universe has not existed for billions of years apart from my own existence. This is the complete opposite of Darwin's evolution theory in which my existence is assumed to result from the process of evolution over a very long period of time. In the subjective universe model, the evolution theory does not even have a remote chance of being true." So does this end the scientific debate about the origin of our species? Not necessarily, says Dr. Song. Instead of the choices being between evolution and creationism, as in the objective model, the subjective model presents two new choices, as Dr. Song explains: "Either (1) I am created by a Creator; or (2) I exist by myself and am the Creator of my own being." That will still make for some intriguing debates.

    Given Dr. Song's views, it's not surprising that he refutes the Big Bang along with evolution as an explanation of why we are here. (He has a bone to pick not only with Darwin but also with Stephen Hawking, who has said that the Big Bang and evolution models imply that it is not necessary to have a Creator in order for us to exist.) Still, it would be a mistake to think that Dr. Song is throwing science under the bus. Science, he says, provides us with a rich and full life once we make the right choices. "Logical reasoning is a great blessing once we humble ourselves," he says, "but it doesn't really help us to make a choice in that Creator/Creation quandary - and we need to make that choice."

    If some of the implications of Dr. Song's research seem more in the realm of philosophy or theology than hard science, he would be the first to agree; nevertheless the basis of his work is theoretical physics. In any case, he won't be the first trained physicist to stir up controversy in scientific circles. Over the past few decades, physicists-turned-best-selling authors Paul Davies, Fred Alan Wolf and Fritjof Capra have created controversies of their own with their attempts to blend science, philosophy, and spirituality.

    As Dr. Song develops and refines his own work, he hopes that his seminars will help spread his message and confirm his research results. And to those who still argue passionately in favor of an objective universe, San Francisco Bay area freelance writer Karl Coryat, whose commentary on Dr. Song's work was recently published in the Korea Herald, points out that it is mainly intuition that tells us the physical universe is objectively "real." However, intuition has also told us that, for example, the Earth is flat, or that an object can have an absolute velocity independent of observers. Science has proven these and many other intuition-based conclusions wrong. Coryat believes the idea that the universe does not exist independently of those who observe it could be the foundation of many exciting new developments in physics and other fields. Dr. Song agrees, saying, "For that and many other reasons, I think this is research well worth pursuing."

    Copyright © 2011 Mass Media Distribution LLC






www.zbigniew-modrzejewski.webs.com/naturyczasu_index.html



Free counter and web stats