PRZELOTNA CHWILKA, ZWANA "TERAZ"
Kiedy upływa czas? Czas nie upływa ani w przeszłości, ani w przyszłości.
Czas może jedynie upływać w teraźniejszości. Jak długo trwa "teraz", zanim minie?
Krótko. Bardzo krótko.
Zacznijmy od tego, że aby można było mówić o "teraz", czyli o momencie teraźniejszości,
to moment ten, niezależnie od tego jaki krótki by nie był, musi być nie zerowy,
dłuższy od zera. Moment o zerowej długości nie jest już momentem,
bo po prostu nie istnieje fizycznie. Punkt, to matematyczny obiekt o zerowych wymiarach.
W rzeczywistości fizycznej nie istnieje fizyczna implementacja matematycznego pojęcia punktu.
Najlepszym fizycznym przybliżeniem matematycznego pojęcia punktu jest kwant, czyli
najmniejszy, "niezerowy" obiekt fizyczny. Dlatego należy uważać, aby nie brać matematycznych
modeli rzeczywistości za samą rzeczywistość.
Można powiedzieć, że generalnie czas upływa z momentu na moment, a dokładniej,
upływa w jednostkach upływu czasu.
Aby mógł upłynąć rok, musi najpierw w sumie upłynąć 12 miesięcy;
aby mógł upłynąć miesiąc, musi najpierw w sumie upłynąć około 30 dni;
aby mogła upłynąć doba, muszą najpierw w sumie upłynąć 24 godziny;
aby mogła upłynąć godzina, musi najpierw w sumie upłynąć 60 minut;
aby mogła upłynąć minuta, musi najpierw w sumie upłynąć 60 sekund;
aby mogła upłynąć sekunda, musi najpierw upłynąć... itd.
Wygląda na to, że zanim coś upłynie, musi najpierw upłynąć kilkakrotnie coś krótszego!
A jak upływa nie zerowy moment teraźniejszości?
Chyba upływa on tak, że najpierw upływa jego początek,
potem jego środek, a potem jego koniec.
A jak upływa początek momentu teraźniejszości? Chyba na tej samej zasadzie.
Czy istnieje tak krótkie "teraz", aby nie mogło być jeszcze krótsze?
A może istnieje elementarna jednostka upływu czasu, kwant czasu?
Tertium non datur. Albo istnieje elementarna jednostka upływu czasu,
albo czas jest nieskończenie podzielny. Niestety, jak się wkrótce przekonamy,
żadna alternatywa nie jest w pełni zadowalająca.
Podczas gdy nieskończona podzielność naturalnie występuje w matematyce,
to w naturze jest ona co najmniej problematyczna. Z tego, że naturę można opisać
przy pomocy modeli matematycznych, nie wynika, że każdy model matematyczny
znajdzie swoje odbicie w naturze. Być może z wyjątkiem Wszechświata (lub Wieloświata),
jako całości, nic w naturze nie może być (i nie jest) nieskończone. Jak już wykazali
to antyczni filozofowie, nasza hipotetyczna, nieskończona podzielność fizycznego czasu
niesie ze sobą ten jeden przykry problem, że absolutnie wszystko bez wyjątku trwałoby
w nieskończoność! Po prostu nic nie mogło by się wydarzyć, gdyż zanim cokolwiek by się
wydarzyło, musiałaby najpierw upłynąć wieczność. W paradoksie Zenona z Elei, mało tego,
że strzała nie doleci do tarczy, to można ten paradoks łatwo sformułować w taki sposób,
że strzała po prostu w ogóle nie wyleci!
Matematyczne całkowanie może nam pomóc, ale głównie w matematyce. Nie należy
mylić matematycznego modelu rzeczywistości z samą rzeczywistością, którą ten model
próbuje, mniej lub bardziej trafnie, opisywać. Między 0 a 1 na osi liczb rzeczywistych
istnieje nieskończenie wiele pośrednich wartości, ale nie wynika z tego, że "odległość"
między 0 a 1 musi być w związku z tym nieskończona. Możemy matematycznie scałkować funkcję stałą o wartości jeden
na tym odcinku po coraz mniejszych wartościach, ale nawet gołym okiem widać, że wynik
wynosi "jeden". A "jeden", niezależnie od tego jakie jest wielkie lub małe, nie jest nieskończone.
Tyle matematyka.
A jeżeli chodzi o upływ nieskończenie podzielnego czasu, to mimo tego, że wynikiem matematycznego
całkowania jakiejkolwiek jednostki funkcji upływu czasu po jej (coraz mniejszych) składowych jednostkach
pochodnych, jest wartość "jeden", czyli wartość jak najbardziej skończona, to w naturze, aby ta
jednostka nieskończenie podzielnego czasu mogła faktycznie upłynąć fizycznie, musiałoby najpierw
fizycznie upłynąć nieskończenie wiele mniejszych jednostek pochodnych, co w praktyce trwałoby
właśnie nieskończenie długo. Dlaczego?
Jak już zauważyliśmy wcześniej, w przeciwieństwie do matematyki, która operuje matematycznym pojęciem punktu
nie posiadającego żadnych wymiarów, nieskończenie podzielny fizyczny czas w oczywisty sposób musiał by
składać się z niezerowej długości momentów. Gdyby momenty czasu fizycznego mogły być zerowe, to dowolna
ilość takich momentów w sumie dała by nam chwilę o długości zero! Dlatego fizyczny czas, aby w ogóle mógł fizycznie
upływać, musi upływać w momentach o nie zerowej długości. W takim wypadku, fizyczna suma nieskończonej ilości
nie zerowych momentów fizycznego czasu nie może być fizycznie skończona, podczas gdy w matematyce
nieskończona ilość punktów może wygodnie zmieścić się jakoś na małym, ograniczonym obszarze,
na przykład na krótkim odcinku prostej od 0 do 1. Pięknie i zwięźle ujął to profesor
John D. Barrow
w swoje książce „Pi razy drzwi. Szkice o liczeniu, myśleniu i istnieniu”, gdy napisał: „Inną osobliwością jest to,
że każdy przedział liczb rzeczywistych, na przykład przedział od zero do jeden, zawiera tyle samo punktów,
ile cały zbiór liczb rzeczywistych od minus nieskończoności do plus nieskończoności.” Wynika z tego jasno, że
jeżeli do opisu rzeczywistego czasu fizycznego chcielibyśmy zastosować matematyczny model nieskończonej
podzielności (ciągłości zbioru liczb rzeczywistych), to każda jednostka upływu czasu zawierała by wtedy tyle samo
punktowych "momentów", co cała wieczność!
Na ten subtelny obszar graniczny, gdzie teoria matematyczna zdaje się przenikać i mieszać
z rzeczywistością fizyczną, zwrócił Einsteinowi uwagę niemiecki fizyk matematyczny, Hermann Weyl.
Einstein w ogólnej teorii względności używał bowiem takich nierzeczywistych "obiektów", jak matematycznie
punktowy "zegar" oraz wzorcowy pręt mierniczy również reprezentowany przez matematyczne pojęcie
punktu. Trudno sobie wyobrazić funkcjonowanie nie posiadającego żadnych wymiarów, punktowego zegara.
Wydaje mi się również, że wzorcowy pręt mierniczy należało by naturalnie matematycznie reprezentować
raczej przy pomocy pojęcia odcinka prostej, niż przy pomocy matematycznego punktu. Hermann Weyl
zaproponował Einsteinowi, aby sformułował ogólną teorię względności dla rzeczywistych prętów mierniczych
i zegarów, które w przeciwieństwie do matematycznych punktów, posiadają rzeczywiste,
nie zerowe rozmiary. Einstein nigdy nie podjął takich prób. Szkoda.

Czy należy wyciągnąć z tego wniosek, że skoro czas nie może być nieskończenie podzielny,
to musi istnieć elementarna jednostka upływu czasu, kwant czasu? Na pozór tak mogłoby się
wydawać. Niestety, tak nie jest. Jeżeli mimo jego względnej, intuicyjnej naturalności, jesteśmy
w końcu w stanie uznać problematyczność modelu nieskończenie podzielnego czasu, to po
dokładniejszych oględzinach, być może ku naszemu zdumieniu, okaże się, że coś takiego,
jak czas skwantowany, elementarna jednostka upływu czasu, kwant czasu, jest wewnętrznie
sprzeczną "chimerą". Moim zdaniem, w sensie intuicyjnym jest to gorszy model, niż model
nieskończenie podzielnego czasu. Oto jaka stoi przed nami alternatywa: model zły,
albo model od niego gorszy. Czy powinniśmy zdecydować się na "mniejsze zło"? Nie.
Ponieważ "mniejsze zło", to wciąż zło. A czy nam nie chodzi o "większe dobro"?
Ponieważ nie chcę się nad tym niepotrzebnie rozwodzić, to wystarczy zauważyć, że czas skwantowany,
elementarna jednostka upływu czasu, kwant czasu, byłby wyjątkiem, w tym sensie, że byłby jedyną
jednostką czasu, która sama nie mogłaby już upłynąć. Zatem czas upływający w jednostkach pochodnych,
które same są w stanie upływać w swoich jednostkach pochodnych, fundamentalnie składałby się
z jednostek elementarnych, które same nie są już w stanie upływać, czyli są w pewnym sensie "statyczne".
Bo jak można by przekonująco wytłumaczyć, w jaki sposób upływa krótki moment
czasu o długości trzech elementarnych jednostek upływu czasu?
Upływa on chyba w ten sposób, że najpierw upływa jego początek, potem jego
środek, a potem jego koniec. Problem jednak w tym, że jego początek, środek
i koniec nie mogłyby już upłynąć w ten sam sposób z tego prostego powodu,
że żaden z nich sam nie posiada już własnego początku, środka i końca, gdyż są
to elementarne, niepodzielne jednostki upływu czasu.
Problem jednak w tym, że moglibyśmy przysięgać na wszystko, co drogie nam jest i święte,
że elementarne, niepodzielne jednostki upływu czasu mogą, ot tak, po prostu upływać i już!
Moglibyśmy prawie dać sobie obciąć za to rękę. Prawda?
Z jednej strony dysponujemy matematycznym pojęciem punktu, który jest pozbawiony
rozmiarów; z drugiej strony dysponujemy fizycznym pojęciem kwantu, który jest
elementarną, niepodzielną jednostką o najmniejszych możliwych, ale nigdy zerowych
rozmiarach. Nie jest możliwe adekwatne modelowanie fizycznego zachowania kwantów
przy pomocy matematycznego pojęcia punktu, ponieważ nic, co istnieje fizycznie, nie może
mieć zerowych rozmiarów.
Istnieje następujące subtelne zagadnienie filozoficzne: czy możliwe jest
fizyczne istnienie jakichkolwiek "kwantów", to znaczy obiektów fizycznych o nie zerowych
rozmiarach, które nie składały by się z żadnych części, a więc w tym sensie były by elementarnie
niepodzielne? Wydaje się, że nie. Dlaczego? Z dwóch powodów. Pierwszy jest natury
matematycznej, a drugi fizycznej. To zagadnienie filozoficzne jest ogólne i nie dotyczy wyłącznie
czasu, ale wszystkiego, co istnieje w rzeczywistości; na przykład cząstek elementarnych materii
i energii oraz "skwantowanej" przestrzeni.
Pierwszy powód jest taki, że wszystko, co jest większe od zera, można by matematycznie
podzielić na pół. Należy jednak pamiętać, że powód ten ma tę słabą stronę, iż powoli
prowadzi nas w kierunku odrzuconej już przez nas wcześniej koncepcji nieskończonej fizycznej
podzielności.
Drugi powód jest taki, że coś, co nie miało by części składowych, nie miało by się jak zmieniać,
a zmiana jest czymś fundamentalnym w rzeczywistości fizycznej i bez niej nie wydarzyło by się
absolutnie nic. Na pierwszy rzut oka nie jest to takie oczywiste i należy zaproponować wystarczająco
łatwe eksperymenty myślowe, zanim odniesiemy nasze ostateczne wnioski do kwantów czasu.
Weźmy na początek analogię z kulami bilardowymi. Kule na stole bilardowym, to, w zbytnim
uproszczeniu, obiekty nie składające się z żadnych widocznych części. Pozornie wydawało by
się, że takie obiekty mogą "funkcjonować". Nie mają żadnych widocznych części, a mogą
się "zmieniać", czyli mogą zmieniać swoje położenie, prędkość lub temperaturę. Po głębszym
zastanowieniu dojdziemy łatwo do wniosku, że kule bilardowe składają się jednak z części,
z atomów, oraz że to właśnie oddziaływania energetyczne powłok atomowych są mikro
mechanizmem fizycznym, na podstawie którego możemy wytłumaczyć zjawisko makro zderzeń
sprężystych kul bilardowych. Powodem, dla którego kule bilardowe mogą odbijać się od siebie
w skali makro jest to, że oddziałują na siebie energetyczne powłoki atomowe ich części
składowych w skali mikro.
Jest to standardowa procedura. Zmiany w skali makro można tłumaczyć fundamentalnie
jedynie przy pomocy oddziaływań części składowych w skali mikro. Fundamentalnie,
zmiany fizyczne są możliwe jedynie pod warunkiem istnienia jakichś
"części składowych" w skali mikro. Powoli dochodzimy do sedna problemu.
Warto sobie uświadomić, że problem ten nie dotyczy wyłącznie czasu, ale wszystkiego,
co istnieje w rzeczywistości; na przykład cząstek elementarnych materii i energii oraz
"skwantowanej" przestrzeni, ponieważ wszystko, co istnieje w rzeczywistości, może być albo
fizycznie nieskończenie podzielne, albo skwantowane. Tertium non datur. Fizycznie
nieskończenie podzielna przestrzeń była by obarczona tymi samymi niedorzecznościami,
co fizycznie nieskończenie podzielny czas.
Gdyby kule bilardowe były rzeczywiście obiektami fizycznymi nie posiadającymi części składowych,
to wtedy musieli byśmy przyznać, że nie potrafimy wytłumaczyć powodów, dla których odbywają się
ich zderzenia sprężyste. Jeżeli nasze obserwacje zachowania kul bilardowych potwierdzałyby
zachodzenie między nimi zderzeń sprężystych, to był by to jedynie niewytłumaczalny fakt podstawowy,
ani mniej, ani bardziej zdumiewający, niż gdyby nasze obserwacje zachowania kul bilardowych
nie potwierdzały zachodzenia między nimi zderzeń sprężystych. To trochę tak, jakby starać się
odpowiedzieć na pytanie, czy między dwoma punktami matematycznymi może teoretycznie dochodzić
do zderzeń sprężystych, czy nie. Nie mamy podstaw do wykluczenia żadnej alternatywy.
Warto zauważyć, że różnica między skalą makro a mikro, wbrew temu w co możemy głęboko
wierzyć, może być jedynie ilościowa, a nie jakościowa. Nie istnieje bowiem absolutna granica
między skalą makro a mikro; granica ta jest względna, gdyż arbitralnie wyznaczamy ją względem
nas samych. Jeżeli obiekty w skali mikro mogły by istnieć nie posiadając części składowych,
to z jakiego powodu obiekty w skali makro nie mogły by istnieć też nie posiadając części
składowych? Albo istnienie obiektów nie posiadających swoich części składowych jest możliwe, albo nie.
Wróćmy teraz do naszych kwantów czasu. Powodem, dla którego minuta trwa sześćdziesiąt razy
dłużej od sekundy jest to, że składa się właśnie z sześćdziesięciu sekund. Jak długo upływa minuta?
Minuta upływa przez sześćdziesiąt sekund. Aby upłynęła minuta, musi dojść do sześćdziesięciu
mniejszych "zmian" składowych. To jest mechanizm, przy pomocy którego możemy wytłumaczyć
upływ dowolnie długiego lub dowolnie krótkiego okresu czasu. Z wyjątkiem kwantu czasu.
Bo jak upływa kwant czasu?
Kwant czasu upływa i już. Niestety, nie jest to takie oczywiste! Równie dobrze może nie upływać;
nie możemy tego wykluczyć, bo co tak naprawdę wiemy o kwantach czasu? Czy kwanty
czasu były badane empirycznie przez fizyków, aby określić ich zachowanie i właściwości?
Ani czas, ani hipotetyczne kwanty czasu, nie są przecież empirycznie mierzalne. Gdyby
kwant czasu mógł upływać nie składając się z żadnych jednostek, to na tej samej zasadzie
mogły by upływać dłuższe okresy czasu też nie składając się z żadnych jednostek.
Był by to kompletny absurd. Nie zaobserwowano czegoś takiego. Na podobny problem, związany
z "upływem" wielkości skwantowanych, zwrócił uwagę już
Jean Le Rond d'Alembert (1717–1783).
Przy założeniu, że czas składa się z kwantów, wszystko, co można by sensownie powiedzieć
w takiej sytuacji, sprowadza się moim zdaniem do jakiegoś nie całkowicie jasnego
kompromisu, gdzie z jednej strony musimy stwierdzić, że fizyczny czas nie może
być faktycznie nieskończenie podzielny (ciągły) i mimo tego, że czas musi jednak upływać
w jakichś jednostkach, to z drugiej strony, nie może istnieć elementarna jednostka upływu czasu,
fundamentalny kwant czasu.
Ten nie całkowicie jasny kompromis nie dotyczy wyłącznie fizycznie skwantowanego czasu,
ale wszystkiego, co miało by istnieć w rzeczywistości w sposób skwantowany, jak na przykład
cząstek elementarnych materii i energii oraz fizycznie skwantowanej przestrzeni. Fizycznie skwantowana
przestrzeń była by obarczona tymi samymi problemami, co fizycznie skwantowany czas.
Podobnie, jak w przypadku czasu, hipotetyczne kwanty przestrzeni nie są ani empirycznie mierzalne,
ani obserwowalne bezpośrednio lub chociaż pośrednio.
Załóżmy jednak, że czas składa się z kwantów, gdyż wcześniej wykluczyliśmy jego nieskończoną
fizyczną podzielność (ciągłość). Wtedy wyglądało by na to, że coś, co dynamicznie
upływa na wszystkich wyższych poziomach pochodnych, fundamentalnie składało by się z czegoś
"statycznego", co nie upływa. Czy to jest dobry pomysł? Gdyby tak miało rzeczywiście być,
to musielibyśmy stwierdzić, że czas, to fundamentalnie jednak coś "statycznego",
co nie upływa. Ale czy czas, który nie upływa, to jeszcze czas?
Doktor
Jerzy Gołosz
w korespondencji do mnie, oceniając moją pracę, napisał: „Rozważając punktowość vs. kwantowość
czasu powtarza Pan stare argumenty filozoficzne, z których żaden nie jest konkluzywny; ani jedno, ani drugie
założenie nie prowadzi do nieskończoności (czy też sprzeczności).” Pozwolę sobie w tej kwestii polemizować
z doktorem Gołoszem. Jeżeli powtarzam stare argumenty filozoficzne, to tylko dlatego, że są dobre.
Dla mnie nie jest istotne, czy argument filozoficzny jest stary, czy nowy, ale czy jest dobry. Doktor Gołosz jest zdania,
iż żaden z tych argumentów nie jest konkluzywny i ani jedno, ani drugie założenie nie prowadzi do nieskończoności
czy sprzeczności. Szkoda, że doktor Gołosz nie podaje uzasadnienia dla swojego twierdzenia, bo wtedy było by mi
łatwiej odnieść się do jego argumentów. W odpowiedzi na jego zarzuty, postaram się skrótowo podsumować
moje powyższe rozważania. Istnieją tylko dwa zasadnicze modele upływu czasu fizycznego: model matematyczny oparty
na własności ciągłości zbioru liczb rzeczywistych oraz dyskretny, kwantowy model czasu. Należy podkreślić, że oba modele są
praktycznie użyteczne. Warto jednak postawić sobie pytanie: skoro czas jest jeden, to dlaczego
mamy dwa modele? Czas, w swojej rzeczywistości fizycznej, nie może być jednocześnie ciągły i skwantowany,
gdyż to się nawzajem wyklucza. Zasadniczy problem, to: jaki naprawdę jest czas w swojej rzeczywistości fizycznej?
Nasze bezpośrednie doświadczenie na codzień każe nam wierzyć, że czas upływa w sposób ciągły. Stąd pochodzi
model matematyczny czasu oparty na własności ciągłości zbioru liczb rzeczywistych.
Zasadniczym problemem modelu upływu czasu ciągłego jest to, że tzw. chwila obecna, teraźniejszość, jest punktowa,
a więc ma zerową długość. W oczywisty sposób, w rzeczywistości czas nie może fizycznie upływać w momentach
o zerowej długości. Dlatego pojawił się również kwantowy model czasu, w którym czas upływa właśnie w jednostkach
o nie zerowej długości, czyli fundamentalnych kwantach. Model czasu ciągłego, wbrew temu w co wierzy
doktor Gołosz, jak najbardziej prowadzi do problemu rzeczywistej, fizycznej nieskończoności,
bo jak zauważył cytowany już wcześniej profesor John Barrow: „[...]każdy przedział liczb rzeczywistych,
na przykład przedział od zero do jeden, zawiera tyle samo punktów,
ile cały zbiór liczb rzeczywistych od minus nieskończoności do plus nieskończoności.” Wynika z tego jasno, że jeżeli do
opisu rzeczywistego czasu fizycznego chcielibyśmy zastosować matematyczny model nieskończonej podzielności
(ciągłości zbioru liczb rzeczywistych), to każda, najmniejsza nawet jednostka upływu rzeczywistego czasu musiała by
wtedy zawierać w sobie tyle samo punktowych "momentów", co cała wieczność, czyli nieskończoną ich liczbę.
Nieskończona liczba punktowych "momentów" nie jest problemem w matematyce, ale jest po prostu niemożliwa
w rzeczywistości fizycznej dla upływającego czasu. Taki model czasu jest oczywiście matematycznie poprawny, tyle tylko,
że opisuje czas, który jest w rzeczywistości fizycznie niemożliwy.
Zasadniczym problemem modelu upływu czasu kwantowego jest to, że nie istnieje żaden sensowny fizyczny mechanizm upływu
dla pojedynczych, fundamentalnych kwantów, co było szczegółowo wyjaśnione wcześniej. Fizyczny czas kwantowy
zawierałby w sobie pewnego rodzaju sprzeczność, gdyż z jednej strony taki czas generalnie upływałby w kwantach,
a z drugiej strony pojedyncze kwanty nie miały by już jak upływać. Taki model czasu jest oczywiście matematycznie
poprawny, tyle tylko, że opisuje czas, który jest w rzeczywistości fizycznie niemożliwy.
Należy pamiętać, że model czasu, to nie rzeczywisty, fizyczny czas. Nie możemy mylić modelu czasu z samym
czasem. Model, to model, a czas, to czas. Oba modele czasu dobrze funkcjonują w matematycznej teorii, natomiast w praktyce,
w rzeczywistości, fizyczny czas, całkowicie konkluzywnie, ani nie jest w stanie upływać w sposób ciągły,
ani w sposób skwantowany, gdyż jest to po prostu fizycznie miemożliwe. Wniosek jest prosty. Całkowicie
konkluzywnie, żaden z możliwych teoretycznych modeli czasu nie potrafi adekwatnie opisać hipotetycznego
rzeczywistego, fizycznego czasu. Oba modele są tylko
pewnym, bardzo niedoskonałym, wręcz fatalnym przybliżeniem i nie potrafią ostatecznie wyjaśnić, czym naprawdę jest ten
rzeczywisty, fizyczny czas, którego istnienie i upływ rzekomo postrzegamy na codzień bezpośrednio gołym okiem.
A może problem nie leży po stronie modeli, a raczej po stronie hipotetycznego rzeczywistego, fizycznego czasu, który
nie jest nawet empirycznie wykrywalny. Skoro nie istnieje adekwatny model upływu fizycznego czasu, to być może
powodem tego jest fakt, że hipotetyczny rzeczywisty, fizyczny czas po prostu nie istnieje? Być może czas nie jest jednak
wielkością fizyczną, gdyż nie jest empirycznie wykrywalny, a jest jedynie abstrakcyjną koncepcją? Jeżeli przyjmiemy,
że czas, to jedynie abstrakcyjna koncepcja matematyczna, tak, jak na przykład czas relacyjny w sensie koncepcji
Ernsta Macha, to wtedy oba wyżej wspomniane modele, mimo tego, że nawzajem się wykluczają, mogą być stosowane
zamiennie, lub w kombinacji, w sytuacjach, które najlepiej potrafią sobą reprezentować. W tym wypadku model
matematyczny nie opisuje już fizycznego czasu, gdyż czas nie jest fizyczny, ale to model jest czasem,
gdyż czas jest koncepcją.

Ale, czy gdy myślimy o upływie czasu, nie nasuwa się nam nieodparcie analogia z klatkami filmu?
A może czas, to nieruchome, małe kwanty czasu, jednostki elementarne czasu,
które, tak jak klatki w wyświetlanym filmie, same się nie zmieniają, są statyczne,
ale następują szybko po sobie, tworząc w ten sposób wrażenie ruchu? Bingo!
Jak szybko następują po sobie? Bardzo szybko! Powiedzmy, około 1000 "klatek"
(kwantów czasu) na sekundę. Hmmm... Zaraz. Wróć. Przecież czas, to właśnie
te kwanty czasu. One nie mogą następować po sobie "na sekundę", bo to one są czasem.
To tak, jakby powiedzieć, że następują po sobie z prędkością 1000 milisekund na sekundę,
a to przecież nie jest prędkość.
Żeby kwanty czasu, nieruchome "klatki", mogły po sobie następować, zmieniać się,
wymagało by to chyba następstwa czasowego, następstwa w innym czasie, niż
one same? Ale czy po to, aby mogła nastąpić zmiana, potrzebny jest czas? A może czas, to
właśnie zmiana? Proste! Wszystko się po prostu zmienia i już! Jednostajnie, ale raz szybciej,
raz wolniej. Czasami trochę przyspiesza, czasami trochę przyhamuje. Czasami przestaje
się zmieniać i się zatrzymuje, aby odpocząć. Jak to w życiu. Wszystko jasne.
I o co było tyle hałasu?
Dziwne, że Izaak Newton pierwszy na to nie wpadł. Skoro to takie proste i oczywiste?
Nie jestem też taki pewny, czy Albert Einstein zgodził by się z nami. Jeżeli czas to
ruch, lub ogólniej zmiana, to zmiany przecież odbywają się w naszej trójwymiarowej
przestrzeni. Gdzie podziała się więc czasoprzestrzeń Einsteina? Aby zmiany odbywały
się w trójwymiarowej przestrzeni, czas nie jest już przecież potrzebny, ani czasoprzestrzeń.
Wystarczy trójwymiarowa przestrzeń. Biedny Albert! Biedny Izaak!
Nasza hipoteza, że czas to ruch, lub ogólniej zmiana, ma tę słabą stronę, iż istnieje wiele różnych form ruchu i zmian,
a wszystkie te formy można generalnie zaklasyfikować, jako jednostajne, jednostajnie przyspieszone oraz niejednostajnie
przyspieszone. A czy wtedy, gdy przez jakiś czas nie byłoby widocznego, oczywistego ruchu lub zmiany, było by
równoznaczne z tym, że czas nie płynie? Czy czas, który się zatrzymał i już nie płynie, to jeszcze czas? Gdy obserwujemy
dwa procesy zmian równocześnie, to który z nich jest czasem? Czy oba na raz mogły by być czasem? Czemu nie.
Jeżeli częstotliwość oscylacji atomu jednego pierwiastka jest czasem, to na tej samej zasadzie czasem są też wszystkie inne
częstotliwości oscylacji atomów wszystkich innych pierwiastków. Mamy nadmiar "czasów" do wyboru, gdyż nie
istnieje coś takiego, jak jeden naturalnie wyróżniony oscylator-"zegar", za pomocą którego manifestuje
się na naszych oczach obiektywne istnienie i upływ fizycznego czasu.
Propozycja, aby za "czas" uznać coś innego, co już istnieje, np. zmianę, ruch lub energię,
niesie ze sobą ten zasadniczy problem, że takie zjawiska fizyczne, jak ruch lub energia,
były używane w kontekście wcześniejszego pojęcia "czasu", które teraz chcemy
nimi zastąpić. Wprowadziło by to pewne zamieszanie i niejasności, gdyż czasami ruch to był by ruch,
a czasami ruch to był by czas. W fizyce, ruch (prędkość) jest bowiem funkcją czasu.
Profesor Kenneth Denbigh w swojej książce „Świat i czas” doradza nam, że: „Można uniknąć wielu paradoksów
w dyskusji o czasie, jeżeli mocno będziemy się trzymać myśli, że tylko zmiana jest rzeczywistością fizyczną,
podczas gdy "czas" nie jest niczym więcej niż pewnym bytem pojęciowym.”
6.
Jeżeli czas zależy od przedmiotu,
to jak mógłby istnieć bez przedmiotu?
Nie ma przedmiotu istniejącego samoistnie.
Zatem, jak czas mógłby istnieć samoistnie?
Powyższe rozważania doprowadziły nas do strofy szóstej Rozdziału XIX.
Oczywistym jest, że zmiana, to zmiana, a czas, to czas. Jednak wiele osób pozostaje pod silnym,
nieuzasadnionym intuicyjnym wrażeniem, że czas to zmiana, a zmiana to czas. Kto ma rację?
Załóżmy więc, że: czas to zmiana, a zmiana to czas. Zastanówmy się teraz, co jesteśmy w stanie
obserwować oraz empirycznie badać? Czas czy zmiany? Jesteśmy w stanie obserwować i empirycznie badać
tylko zmiany. Nie jesteśmy w stanie obserwować czasu w sposób bezpośredni, gdyż czas to właśnie zmiana,
a zmiana to czas. Zatem wszystko, co jesteśmy w stanie empirycznie potwierdzić, to istnienie zmian! A z tego
wynika, że zmiana, to zmiana, a istnienia czasu niezależnego od istnienia zmian nie jesteśmy w stanie
empirycznie potwierdzić. Dokładnie tak, jak zauważył Nagardziuna w strofie szóstej — jeżeli czas
zależy od zmian, to jak mógłby istnieć bez zmian? Fizycznie istnieją tylko zmiany, natomiast "czas" nie
jest niczym więcej niż tylko pewnym bytem pojęciowym.